„Za mało zwraca się uwagę na skutki, płynące z upadku, dla mężczyzny, wyobrażamy sobie, że jedynie kobieta poniosła straty. By zerwać owoc w ogrodzie Eden, wystarczyło wyciągnąć rękę, natomiast teraz, by żyć, mężczyzna będzie musiał toczyć nieustanną walkę. Będzie musiał walczyć z kolcami i cierniami, a jak tylko przestanie pracować, kolce i ciernie powrócą i opanują ziemię. W wielu krajach Afryki doświadczamy czegoś, co mogłoby stanowić tutaj parabolę: mamy tam braci, którzy bez przerwy walczą, by ziemia wydała owoc, i jak tylko przerwą, niepożądana roślinność wszystko zarasta na nowo.”
(Jo Croissant, Kapłaństwo serca)
Mężczyzna został Wojownikiem – trochę na własne życzenie, trochę z wyznaczenia, z podziału. Ale ta kwestia nie jest dziś oczywista. Człowiek, któremu poddane jest całe stworzenie – o, ten jest nam bliższy, chętnie myślimy o człowieku, któremu powierzony został cały świat we władanie, któremu posłuszne powinny być zwierzęta i wszystko, co „inne”. Nie twierdzę, że jest inaczej. Ale ten piękny stan ukonstytuował się jeszcze przed wyborem zakazanego owocu. A po nim, jak wiemy, coś się zmieniło…
„Przeklęta niech będzie ziemia z twego powodu: w trudzie będziesz zdobywał od niej pożywienie dla siebie po wszystkie dni twego życia” (Rdz 3,17)
Ziemia nie ma więc współpracować, może nie będzie działać na złość, ale to już nie będzie to samo otoczenie, przyjazne, dobrze znane, oswojone. Przykład Afryki wydaje się najbardziej adekwatny, ale przecież w naszym życiu wcale nie jest inaczej. Dobrze wiedzą o tym rolnicy, których praca w dużej mierze zależy od pogody. Praca nas męczy, płata figle tzw. złośliwość rzeczy martwych, musimy wykonywać czynności, których nie lubimy, a wszystko po to, aby przetrwać. Większość z nas, taki jest niestety obraz naszej rzeczywistości, pracuje po to, aby żyć. Nie ma mowy o przyjemności zakupów. Od pierwszego do pierwszego, byle starczyło.
Czy może nasz rozum osiągnął jednak taki stopień przebiegłości i doskonałości, że niemal wszystko wykonują za nas maszyny, praca staje się często przyjemnością i pasją? Gdybyśmy nie oswajali w jakis sposób tej złowrogiej walki, łatwo byłoby się poddać, ale jednak walczymy. Walczymy, ale też buntujemy się. Skutek grzechu pierworodnego, którym obarczona została kobieta, znają chyba wszyscy. „W trudzie i bólach będziesz rodziła.” Nie wiadomo, jak miała wyglądać ta kwestia w idealnym zamyśle Boga. Wiemy, jak jest dziś i co uznajemy za normę, powszechność, nawet za naturę naszą.
Ale nie jest proste ponoszenie tych skutków. Walczymy z nimi. Praca niech będzie łatwa i przyjemna, niech owoce rosną same, a przeciwności uznajemy za niewarte nawet podjęcia. (Także w kwestii porodów istnieje trend unikania trudu - albo "nie chcę dzieci", albo "chcę cesarkę".) I sedno wywodu - obarczenie szczególnym ciężarem pracy mężczyzn. Ostrzegam, że będzie trochę anty-feministycznie. Nie od dziś wiadomo, że oni są silniejsi od kobiet. Ostatnie mistrzostwa świata w lekkoatletyce dały mi do myślenia. Niech mnie ktoś poprawi, bo może się mylę, ale czy w jakiejś dyscyplinie sportu kobiety są lepsze, czy jest jakiś mierzalny dowód? W wielu dyscyplinach rekordy świata kobiet są niższe od męskich, np.
bieg na 800m - dla mężczyzn rekord to 1:41,01, natomiast dla kobiet to 1:53,28
skok o tyczce - mężczyźni: 6,14m; kobiety: 5,06m.
Oczywiście, gdyby poprosić przeciętnego mężczyznę o takie dokonania, nie miałby szans z trenującymi kobietami, natomiast czy nie jest to wyraz tego, że to mężczyźni są obdarzeni szczególną siłą, zdolnościami fizycznymi? (Ach, tylko czekam na zarzuty typu: Kobiety - te, które pobiłyby mężczyzn - muszą siedzieć w domu z dziećmi.) Swoją drogą, czy zwolenniczki walki o równouprawnienie chciałyby, aby np.w lekkoatletyce mężczyźni biegali/rzucali/skakali razem z kobietami?
Jednak nie chciałabym zakończyć konkluzją o przewadze fizycznej mężczyzn, ale o ich roli - tych, którzy walczą. Jasne, że jest to szczególne pole do wymiany zdań między tymi, którzy mówią o partnerstwie. Bo to przecież nie tylko mężczyzna zarabia na rodzinę. To prawda! Ale czy w sytuacji, gdy kobieta musi zająć się małym dzieckiem albo zupełnie wyłączyć się z życia zawodowego z powodu zagrożenia ciąży - czy w takich sytuacjach to nie na barkach mężczyzny leży zapewnienie rodzinie chleba? I czy na pewno wiele kobiet zaraz po urlopie macierzyńskim z wielką radością wraca do pracy? Czy jest to raczej wynik ekonomicznej kalkulacji, która zmusza matkę do zarobków, bo z jednej pensji nie starcza...
Toczenie walki, dynamizm życiowy - to bardzo męskie cechy. Posiłkuję się tu konkretnym źródłem, odpierając zarzut "różnic z rękawa";-)* Kobiety bardzo szybko potrafią dostosować się do innych warunków, mają większą świadomość przemijalności i niestałości, możliwości zmian. Znów tu kłania się kobieca cykliczność oraz - świadomość, że poczęcie dziecka, pojawienie się na świecie nowej istoty całkowicie może zmienić jej życie. Ona czuje swoją ograniczoność. Tymczasem mężczyzna mógłby podbijać świat i chyba nawet wyprawiać się "z motyką na słońce", dopóki naprawdę nie przegra. I wiecie co? Dziękuję Bogu, że mamy na świecie mężczyzn, bo ja bym nigdy po tę motykę nie sięgnęła;-)
Miłe Panie, bądźmy wdzięczne mężczyznom za ich trud, podziwiajmy ich siłę! Panowie, wykorzystujcie te dary w jak najlepszy sposób! I nie zniechęcajcie się kłączami i cierniami.
________________
*G. Paola di Nicola, A. Danese, Mężczyzna i kobieta z perspektywy personalizmu, wyd. KUL 2010.