Jakiś czas temu przeczytałam o ciekawej różnicy w postrzeganiu samych siebie przez kobiety i mężczyzn. Było to może miesiąc temu i od tego czasu towarzyszyła mi ta myśl, którą starałam się zweryfikować w obserwacjach i przez odświeżenie pamięci.
Otóż według tego podziału mężczyźni w samoocenie są bardziej skupieni na auto-postrzeganiu. Oceniają to, jak się zachowują, jakie mieli intencje, jakie skutki przyniosło ich działanie. Kobiety tymczasem poza swoim subiektywnym wejrzeniem w siebie dużą wagę przykładają do tego, w jaki sposób wyglądają ich relacje z innymi: czy inni dobrze ją postrzegają, czy była wobec nich miła, czy kogoś nie uraziła, co ktoś o niej myśli. Ten element ma ogromne, może nawet kluczowe znaczenie w kobiecej samoocenie. Gdy tylko to przeczytałam, otworzyłam szerzej oczy, uszy oraz zagłębiłam się w różne spotkane już sytuacje.
I tak, myślę, że to prawda. Na pewno linia nie prowadzi sztywnego podziału, ale w bliskich mi osobach potrafię to dostrzec. Pewna bliska mi kobieta nie da sobie spokoju, dopóki nie upewni się, czy kogoś nie zraniła swoją uwagą; zastanawia się, co inni o niej myślą i te możliwe czy też zasłyszane oceny wplata w swój bilans. Pewien znany mi mężczyzna potrafi pokłócić się z przyjacielem, gdy tylko uważa, że ma wystarczający powód, a to, że tamten może źle odczytać jego działania czy wytknąć mu przez to więcej, to go "nie rusza", bo ma to "w nosie". On jest "czysty".
Taka mała wieczorna dygresja, która już nie wytrzymała ciemności...:-)