Czytam ostatnio dość dużo na temat miłości oblubieńczej (nawet nie za bardzo jest to bezinteresowne, ale owocne;-), o tym ideale, do którego powinna zbliżać się miłość małżeńska. Lubię mieć dobrą teorię, która pozwoli w praktyce zawsze do siebie powrócić, zweryfikować coś (czasem źle rozumiemy teorię, a mówimy, że do praktyki ma się nijak). Kiedy człowiek zgłębia miłość dwojga ludzi jako wzajemne oddanie się sobie i przyjęcie daru, jako kierowanie się jedynie dobrem drugiej osoby, naturalnie przychodzi konieczność, aby zapytać samego siebie: to na jakim etapie jesteśmy my, małżonkowie po x latach od ślubu? Czy choć odrobinę dalej w rozwoju i zaawansowaniu (miłości) niż wtedy, gdy składaliśmy przysięgę? Myślę, że nie ma żadnych mierników, żadnych średnich, które należałoby wypełniać, w stylu: rok po ślubie miłość dojrzewa o 20%, po dwóch latach o 10%, po dziesięciu latach o 40% itd. Każda para małżeńska to całkiem inna opowieść dwóch niepowtarzalnych osób. I dobrze! Bałabym się jednak sytuacji, w której miłość przestaje się rozwijać. Jednak miłość, która nie dojrzewa, nie utraciła jeszcze mocy witalnych, ale jest wyrazem poważnego zaniedbania, wyrazem nie dopełniania przysięgi. Miłość, którą ślubujemy, musi być gotowa do dojrzewania! Ważne więc, by pozwolić miłości wzrastać, ale nie bezczynnie. Każdy, kto wychował się na wsi (mówię o sobie), a tym bardziej w rodzinie sadowniczej (też ja) i mógł obserwować, ile potrzeba pracy, aby wyrosło taki małe (albo i duże) jabłko, ten wie, że tylko praca pozwala oczekiwać owoców :-)
Optymizm, jaki próbuję wyrazić, dają mi te słowa Karola Wojtyły z „Miłości i odpowiedzialności”:
„Nie tyle zresztą chodzi o to, aby w chwili zawierania małżeństwa ich miłość była już ostatecznie dojrzała, ile o to, aby była dojrzała do dalszego dojrzewania w ramach małżeństwa i przez małżeństwo.”
Życzę więc wszystkim tej dojrzałości i gotowości do dojrzewania!