Często spotykam się z zarzutem, że teoria i praktyka to dwie zupełnie różne, nieprzystające do siebie kwestie. Odnoszę się tu do spraw bardzo delikatnych, np. czas poporodowy, odrzucanie antykoncepcji i odkładanie poczęcia albo wielkie pragnienie poczęcie dziecka i rysująca się jedyna możliwość – in vitro, i tak dalej… I wszelkie związane z tym wyłomy w pięknej teorii.
Teza intelektualizmu etycznego Sokratesa mówiła, że kiedy człowiek wie, co jest dobre, to umie postępować dobrze i tak też czyni. Taaak, mocne postawienie sprawy przez filozofa z innej, zupełnie innej epoki, czy też zupełnie nierealne?
Zastanawia mnie podejście sceptyczne i łagodzące: „Teraz masz swoją silną i skrajną teorię, ale zobaczysz, co będzie, jak staniesz przed tą sytuacją”. Ja też się zastanawiam, co zobaczę. I właśnie ponieważ się zastanawiam, dlatego mam swoje konkretne zdanie, swoją teorię, którą staram się nadbudowywać, umacniać, obwarowywać nowymi argumentami, czasem mocować się z nimi długo i z bólem. Właśnie po to, żeby w chwilach trudnych ta moja wiara w jej prawdziwość i prawość była nie do zburzenia.
Może ze względu na zajmowanie się filozofią, uważam, że teoria jest podstawą do działania. To właśnie ona nadaje cel, ona pokazuje „za” i „przeciw”, ona jest motywatorem. Jasne, że teoria nie może poprzestać na swoim obecnym stanie, zwłaszcza, gdy jest słaba, gdy jest byle jakim przekonaniem. Takie byle jakie przekonanie łatwo upada w sytuacjach kryzysowych. Teoria-wiedza-postawa (jakkolwiek to określimy) musi być rozbudowywana przez rozum, przez doświadczenie, przez przekonanie, przez mocowanie się. W sytuacjach bardzo trudnych jest się do czego odwołać, jest coś, nas ukształtowało, coś, w co uwierzyliśmy. Jest jakiś ideał.
Jak na przykład jest z wiarą? (Odwołam się do wiary mi najbliżej, ale to może dotyczyć każdej) Skoro poznałam Boga jako dobrego i kochającego, jako dawcę życia, czy mam prawo zwątpić w Niego i w te Jego przymioty, kiedy odchodzi bliska osoba? Kiedy dzieje się coś złego? Czy to, od czego wychodzę, a więc wiara nie jest tym, do czego trzeba powracać?
Dlatego właśnie sama tak sceptycznie spoglądam na pytania o sytuacje kryzysowe, kiedy moje przekonanie o prawowierności nauki o czystości czy o Bogu jako dawcy życia ma być rzekomo niewystarczające.
Bo jeśli wszystko faktycznie jest tak względne, to nie istnieje żadna Prawda. A kiedy człowiek nie jest w stanie wytrwać w swoich ugruntowanych postanowieniach, to nie jest on naprawdę stworzony przez Boga jako imago dei, i nie jest odkupiony. Wątpię i w jedno, i w drugie.
KM