Czy my, ludzie mamy prawo (być rodzicami)? Obowiązek? Misję? Powołanie? Dar?
Godne pochwały są wszelkie starania o dziecko, czekanie na maleństwo, cieszenie się nowym życiem, dawanie życia, rozwijanie go, tworzenie specjalnie dla niego atmosfery miłości, budowanie dlań domu. Każdy człowiek jest przecież powołany do ojcostwa/macierzyństwa, do płodności i do miłości. Ach, jak dobrze (?) jest wypełniać takie misje!
Natrafiłam na publikacje na temat leczenia niepłodności i na opis procedur związanych z dawcą nasienia albo komórki jajowej. Między wierszami można niemal wyczytać: „Bogu dzięki, że mamy tak wielu ludzi na ziemi, którzy chętnie pomogą”. Nie jest więc już problemem nawet fakt, że jedno z małżonków ma problemy z płodnością. Metod coraz więcej. Oczywiście dzisiaj już wszystko bardzo kulturalnie, w warunkach laboratoryjnych, nie tak jak to może kiedyś. W tekście o dawcach wybrzmiewa dylemat, który jednak dość szybko zostaje rozwiązany. No bo przecież nasze dziecko jest tylko w połowie nasze. Połowa genów to nie geny od tego wychowującego/przyjmującego ojca/tej matki. Szok? No, można nad tym przejść. Jeden mężczyzna przyznaje, że jednak jego syn jest do niego dość podobny, bo to też kwestia wychowania, nie tylko genów. Pewna kobieta dziwnie czuje się z myślą, że są w niej plemniki nie jej męża. No ale to przecież leczenie. A więc dziecko nie musi powstawać z miłości, z tych dwojga.
(Dawcy pomagają też w sytuacjach samotnych rodziców albo par tej samej płci – zero problemów.)
Czy my ludzie dostajemy dziecko w darze (albo go nie dostajemy – też w jakimś darze)? Czy po prostu możemy je mieć, kiedy tego zachcemy (i oczywiście nie mieć, kiedy to nam na rękę)? Czy mamy postawę miłości i otwartości czy postawę roszczenia?
„Oto ja i dzieci moje, które mi dał Pan, stanowimy cudowne znaki…” (Iz 8,18)
KM