Rys etyczny miłości: jest ona afirmacją osoby, bez tego zaś nie jest miłością. Jeżeli jest nasycona właściwym odniesieniem do wartości osoby – odniesienie to nazwaliśmy tutaj afirmacją – to miłość jest w pełni sobą, jest miłością integralną. /MiO/
Pisząc pewną pracę aksjologiczną, odkryłam coś bardzo ciekawego. Nie jest to wielkie odkrycie i raczej wiele nie dostałabym za nie...;-), pewnie ktoś już o tym pisał, ale chętnie podzielę się, bo to naprawdę wydaje mi się ciekawe.
Otóż praca dotyczyła afirmacji wartości osoby w miłości. Jest to dokładnie zacytowany tytuł podrozdziału z „Miłość i odpowiedzialność” Karola Wojtyły (odsyłam Was, naprawdę warto studiować MiO). Pomijam wszelkie zawiłe wywody. Sednem odkrycia niech będzie dwutorowość słowa „afirmacja”.
Dla mnie oznaczało ono dotąd zawsze – zachwyt. Tylko tyle. (Bo czasem tak jest, że coś najoczywistszego długo nie jest dla nas jasne...;-) Jakiś przeogromny podziw. Tymczasem w słowniku znajdujemy dwa znaczenia: uznawanie czegoś, popieranie oraz właśnie podziwianie. Łac. affirmo – ‘potwierdzać’.
O co chodzi? Ano właśnie o to, że aby podziwiać wartość osoby (osobę samą), trzeba wpierw tę osobę odnaleźć i zaakceptować, uznać, potwierdzić. (Może też siebie samego trzeba w tym utwierdzić?) To trochę jak poszukiwanie skarbu, jakiegoś centrum labiryntu, bo człowiek to skomplikowana istota. Trzeba przebić się przez wszystkie wartości składowe, szczególnie przez wartości seksualne i zmysłowe, aby zobaczyć, że ten oto ktoś koło mnie, to Osoba.
Tak, Osoba! I teraz mogę się nią zachwycać.
KW