Stan narzeczeński to coraz częściej omijana cząstka życia (albo wydłużana niemiłosiernie, albo tylko tak nazywana), co tu dużo mówić i rozwodzić się przed sednem kwestii. Dziś o stanie. Ani wolnym, ani zamężnym. O stanie takim wpół: bycia po i bycia przed. O stanie odważności.
Stan narzeczeński jest stanem słowa. Jestem na-rzeczona, opisana, określona. Coś zatem się rzekło. Słowo: TAK – tak, zostanę, tak, będę. W tych chwilach zawsze przypomina mi się wiersz Herberta „Dałem słowo”. Zamieszczam fragment.
mogłem śmiało powiedzieć/ namyślę się jeszcze/ nie ma pośpiechu/ to nie rozkład jazdy
ale czas eksplodował/ nie było już przedtem/ nie było już potem/ w oślepiającym teraz/ trzeba było wybierać/ więc dałem słowo
Można złamać słowo, wszak to nie to ostateczne. Nie przysięga, bez świadków z cichym towarzyszeniem Boga. Można sprawdzać, można oddać pierścionek i cały bagaż obciążeń (tak wskazuje przecież prawo kanoniczne, choć wątpię w odliczanie do grosza w chwilach rozstania). Ale w tym stanie zawieszenia między dwoma nazwiskami – jest tylko jedna droga. Pre-tożsamości. Pre-siebie.
Droga wspomnień i rozważań o przyszłości, droga kalkulacji własnych sił, pragnień i możliwości, droga poszukiwań Domu i wszelkich niezbędnych drobiazgów kuchennych, doniczkowych, okiennych…, droga słuchania nauk czy pouczeń i słuchania siebie, droga biegania po sklepach z białą konfekcją, droga wyborów i organizacji, sporządzania list i rachunków, droga marzeń, droga niecierpliwości, odliczania i pewności, droga zwierzeń i przygotowań. Droga pozornego stonowania i zatrzymania nad decyzją, a tak naprawdę kilka miesięcy wielkiego szaleństwa i radości.
Wiem, że to czas nie-powtórny. Wiem, że to coś więcej niż Czas.
PS. Szczególne pozdrowienia dla Narzeczonych, dla Wahających się i dla Bagatelizujących sprawę. Odwagi i radości! Sobie i Wam. Wszystkim.
KW