Żeby nie upierać się przy jednej wersji ani nie mówić, która z nich jest lepsza, przedstawię plusy opcji numer 2, którą sprawdziłam i gorąco, z serca polecam! Oczywiście najlepszym tego dowodem jest to, że kilka znajomych par wzorowało się na naszym pomyśle, co już jest komplementem samym w sobie.
Zatem propozycja jest taka: eleganckie przyjęcie na 50 osób w pięknym, eleganckim miejscu, a zaraz po nim - podróż poślubna, a po powrocie party dla najbliższych znajomych, również dla 50 osób, na przykład na statku...
W Krakowie istnieje wiele miejsc usytuowanych w samym sercu miasta, które swoim eleganckim wystrojem i klasą zachwycą każdego. Od zawsze wiedziałam, że będziemy mieć ślub w uroczym, barokowych Kościele Świętej Anny, tuż przy Plantach, dwie minutki od Rynku Głównego. Tam też ślub mieli dziadkowie i rodzice mojego męża. Wiedzieliśmy także, że byłoby nam miło przespacerować się przez płytę Rynku, w słońcu, z rodziną i gośćmi. Wybór miejsca okazał się łatwy, choć wahaliśmy się między „Hotelem Starym”, przy ulicy Szczepańskiej a „Hotelem pod Różą” na ulicy Floriańskiej. Hotel Stary zachwycił nas możliwością zorganizowania przyjęcia na dachu, pod wielkimi parasolami, do tego widok na Sukiennice i Kościół Mariacki... Ech… Ale jak pogoda nie dopisze?
Więc udaliśmy się do „Hotelu pod Różą”. Jest to najstarszy hotel w Krakowie, w którym od XVII w. zatrzymywali się najznamienitsi goście: car rosyjski Aleksander I, wielki książę Konstanty, poseł perski do Napoleona – Mohamed Riza, Franciszek Liszt czy Honoré de Balzac. Kiedy tylko weszliśmy, wiedzieliśmy, że TO JEST TO, o czym marzyliśmy! Fortepian, na którym zagra nasz znajomy, szklany dach, przez który widać gwiazdy, cudowne schody i piękna sala, która idealnie pomieści pięćdziesiąt osób. A i nasz pokój, elegancki, „antyczny”, ale z wanną z masażem:-) i z widokiem na Kościół Mariacki.
Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy. Słoneczny dzień, piękny ślub i Ave Maria śpiewane przez mezzosopranistkę z filharmonii, Elżbietę Towarnicką wzruszyły gości. Potem życzenia w cieniu wielkich kasztanów i spacer przez Rynek na Floriańską.
Jedzenie „Pod Różą”? Wyśmienite! Wiele razy dostaliśmy propozycję degustacji różnych pyszności po to, by było idealnie! Przyjęcie było eleganckie, pierwszy taniec romantyczny, gra na fortepianie i rozmowy - ujmujące. Wszystko działo się powoli, bez pośpiechu, było dopięte na ostatni guzik. Nie martwiałam się, że ktoś potknie się z zupą, że coś będzie za zimne, że ktoś nie wytrzyma... do tortu czy że muzyka nie ta, a ja zgrzana muszę latać i skakać. Na takim przyjęciu masz czas dla każdego, każdemu poświęcisz czas, aby z nim usiąść i porozmawiać. Wszystko dzieje się bez pośpiechu, na czym i nasz wygląd skorzysta. Od 15.00 do 22.00 - tyle trwał nasz obiad... :-)
A na drugi dzień zdjęcia w plenerze. Pełni sił, wypoczęci pojechaliśmy na pole golfowe, bo na zdjęciach chcieliśmy widzieć bezkres nieba, zieleń trawy i samych siebie.
A na trzeci dzień? Prawdziwy Honey Moon! Prawie pięciotygodniowy wyjazd, co polecam każdemu! Nawet jeśli nie ma trwać tyle, co przysłowiowy miesiąc miodowy, tylko parę dni, tydzień czy dwa - proszę KOCHANI, jeździe na drugi dzień, zaraz, szybko, nagle, by czuć tę radość i wyjątkowość wyjazdu zaraz PO-Ślubie, bo przecież to podróż PO-ślubna!!! Za trzy miesiące też będzie miło rzecz jasna, ale to już nie tak, jak wyjechać radosnym od razu!!
Kiedy wróciliśmy, czekała nas kolejna „impreza”, tym razem dla znajomych. Zorganizowaliśmy ją na statku przycumowanym na Wiśle, oglądaliśmy fotki z podróży, rozmawialiśmy i bawiliśmy się! POLECAM! Nawet teraz po trzech latach myślę, że mieliśmy genialny pomysł!
Plusy? Taniej o połowę od dużego wesela na 150 osób i tę drugą połowę mogliśmy wydać na wyjazd marzeń, by zobaczyć tak odległe, piękne miejsca, które na zawsze zostaną nam w sercu i w pamięci, i nikt nam nigdy tego nie odbierze. Kolejny atut? Możemy się pokazać w dwóch kreacjach;-) Dziewczyny!! W DWÓCH KREACJACH!! :-)







