Czarodziejska Góra, 12 I 2012
Droga moja Przyjaciółko!
Uczenie się własnej niemocy nadal jest dla mnie szalenie męczące. Nie dość, że męczę się chorobą, to jeszcze samą sobą. Zastanawiam się, skąd bierze się taki mocny opór wobec przyjęcia własnej słabości. Myślałam, że po prostu z tego, że człowiek chciałby się widzieć jako silny i wszechmocny, że pycha tutaj daje o sobie znać, a pokora jest trudna do udźwignięcia. Teraz już nie jestem tego taka pewna. Może gdzie indziej jest pies pogrzebany.
Tak sobie myślę, że człowiek wciąż jest zanurzony w głębokim poczuciu winy przez to, kim jest, jaki jest. Bo ciągle mu się wmawia, że powinien się doskonalić, że jeszcze nie zasługuje na miłość, podziw, bo wciąż jest zbyt „przeciętny”, nie dorasta do ideałów, nie potrafi sobie poradzić z tym i z tamtym. Ja nadal żyję w takim poczuciu— powinnam siebie przekształcać, powinnam stawać się lepsza, mądrzejsza, silniejsza, etc. etc. I o ile w samych tych dążeniach nie ma niczego złego, tj. bez nich człowiek osiadłby na laurach i leżał tylko do góry brzuchem, to jeśli zaczynają nam one przesłaniać rzeczy ważniejsze lub bardziej podstawowe, to mamy problem.
Ja mam problem. On wydaje się być banalny, choć myślę, że skoro wielu na niego choruje, to chyba aż taki banalny nie jest. Problem z czym? Z akceptacją samego siebie. Z tym, co Nietzsche nazywał „wybaczeniem sobie samego siebie”. Z powiedzeniem sobie wielkiego „tak”. Z pogodzeniem się z tym, jaki się ma charakter i że jest się takim a nie innym człowiekiem. Stąd rodzi się frustracja, zniechęcenie sobą i wieczne niezadowolenie z siebie i ze świata, z innych ludzi. I niemożność pogodzenia się z własnymi słabościami. Może, paradoksalnie, pokora oznacza przyjęcie siebie w całości. Odpuszczenie sobie, ale nie w sensie „jestem doskonały i palcem już nie kiwnę”, ale w sensie „kocham siebie i będę traktował siebie jak swojego przyjaciela”.
Spróbuj stanąć przed lustrem i powiedzieć „kocham Cię”. Ja na samą myśl mam odruch ucieczki. Dlatego zaczynam małymi kroczkami oswajać się ze sobą. Mam przeczucie, że takie przyjęcie siebie nie prowadzi do zaprzestania pracy nad sobą, ale że jest jej warunkiem. Ja mam siebie zaakceptować i powtarzać sobie Psalm „Dziękuję Ci Panie, żeś mnie tak cudownie stworzył”, i dać się poprowadzić. Dać sobie możliwość bycia prowadzonym przez kogoś (Kogoś?) innego.
Wiesz, teraz jeszcze bardziej zaczynam być przekonana do stwierdzenia, że Twoja frustracja z powodu opóźniających się oświadczyn wynika z braku pogodzenia się ze sobą. (Choć z drugiej strony może to być nieuzasadniona projekcja moich problemów na Ciebie.) Wyznaczasz sobie swoje cele i chcesz je wypełniać, co jest przecież działaniem racjonalnym. Ale przy okazji projektujesz sobie siebie inną od tej, którą jesteś, jakąś „lepszą wersję” siebie, taką, która ma już męża, zakłada rodzinę. Tak sobie myślę, że dopóki się sama ze sobą nie pojednasz, to nie stworzysz prawdziwej bliskości. Może i Michał wciąż zastanawia się nad tym, kim jest, jaki jest i dopóki się tego nie dowie, nie chce wchodzić w małżeństwo. Kiedyś usłyszałam, ze dopóki nie staniemy się bytami odrębnymi, samodzielnymi, umiejącymi przebywać sami ze sobą, nie będziemy potrafili wejść w prawdziwą relację ani jej stworzyć.
A my tak lubimy pogrążać się w poczuciu winy, pozwalać innym je sobie narzucać. Ja bardzo chciałabym się go pozbyć, wciąż mi nie wychodzi. Popatrz, nadal chcę się wy-doskonalać, zamiast powiedzieć sobie „basta”. Ja wiem, że Tobie i Michałowi wszystko się ułoży, ale na to potrzeba czasu. Tak jak i mnie potrzeba czasu, aby się ze sobą poukładać.
Proszę, nie traktuj moich słów jak pouczeń. Ja w gruncie rzeczy sama siebie pouczam, pisząc do Ciebie. Zastanawiam się, jak dobrze odnaleźć siebie w życiu, w świecie. Na razie wydaje mi się, że chodzi o zastosowanie taryfy ulgowej wobec siebie i świata. Zobaczymy, co stanie się, kiedy wprowadzę to w życie. Przepraszam, ze tym razem tak wiele było o mnie. Wynikło to z potrzeby chwili. Obiecuję następnym razem więcej czasu poświęcić Tobie.
Tymczasem bywaj zdrowa,
Twoja zagubiona Zofia