Czrodziejska Góra, 6 XII
Droga moja Przyjaciółko!
I po co ten krzyk na moje słowa? Przecież wiesz, że emocjami mnie nie przekonasz, co najwyżej porządnymi argumentami. Piszesz, że czas wolny bywa wybawieniem? Ależ ja nie przeczę, że może być zbawienny dla niektórych; ja tylko grzecznie zaznaczam, że dla mnie nie jest. Odpoczynek, wytchnienie… Tu masz rację. Ale czas wolny jest odpoczynkiem wtedy, kiedy człowiek potrafi zahamować ten strumień myśli, który jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pojawia się w umyśle z chwilą, kiedy przestaje się wykonywać swoją pracę. A jeśli Ty potrafisz się nim cieszyć, to znaczy, że jesteś bardziej poukładana wewnętrznie niż ja. Ja potrafię jedynie komplikować swoje myślenie zamiast je upraszczać (co przekłada się bezpośrednio na jakość mojego życia).
U mnie znów wszystko wywróciło się do góry nogami, tj. wreszcie naprawdę zrozumiałam, co oznacza fakt, że jestem tutaj, w górze. Musiałam przewartościować wszystko i spojrzeć prawdzie w oczy: zdrowie jest na pierwszym miejscu. Jest przecież koniecznym warunkiem możliwości działania w świecie, więc bez niego trudno o cokolwiek. (Zawsze można przedefiniować zdrowie tak, żeby włączyć w nie część czynników chorobowych.) Człowiek goni cały czas - w tak zwanym codziennym życiu - i w ogóle nie myśli o „warunkach możliwości”, bo i po co, skoro one są dane - człowiek jest zdrowy. Ale pewnego dnia coś zaczyna się psuć, coraz bardziej i bardziej, i trzeba iść do lekarza. Jednego, drugiego, aż w końcu wysyłają człowieka tutaj, w górę. I trzeba się skupiać na swoich płucach, oskrzelach, dbać o swoje ciało, aby pozwalało nam funkcjonować. Tak, człowiek faktycznie jest tą myślącą trzciną. Póki jest zdrowy, potrafi pięknie myśleć. Kiedy zaczyna chorować, pozostaje mu tylko bycie trzciną - mały podmuch wiatru potrafi go złamać. Potrzebuje pomocy z zewnątrz, żeby się podnieść. Ja mam tendencję do patrzenia na człowieka jako „najwspanialszy cud natury”, ale trzeba skonfrontować się z rzeczywistością choroby i jakoś ją do tego określenia odnieść. Czy choroba odbiera człowiekowi jego cudowność? Czy - jak to mówią - cierpienie uszlachetnia? Kiedy męczy mnie kaszel skłaniam się ku odpowiedzi „tak” na pierwsze pytanie; kiedy „w środku” zapanuje spokój, myślę raczej o drugiej opcji. Kontekst jednak zmienia wszystko, a mówiąc trywialnie: „punkt widzenia zależy od punktu siedzenia”. Absolutnej odpowiedzi więc póki co nie znalazłam, chętnie wysłucham Twojej opinii.
Moja Droga, wydaje mi się, że coś kręcisz. Z jednej strony piszesz, że z Michałem Ci się układa świetnie, a z drugiej wyczuwam jakąś dziwną nutkę w Twoim liście. Jakiś smutek, zdezorientowanie, niepewność. O co chodzi? Dopóki mi nie napiszesz wprost, będę skazana na domysły, a jak wiemy, nadmierne myślenie nie sprzyja zdrowiu, etc. Michał dostał stypendium na ten rok studiów, robi to, co lubi, więc tu raczej pies nie jest pogrzebany. Widujecie się bardzo często, dba o Ciebie (przynajmniej tak twierdzisz). Kochana, pamiętaj - szczera rozmowa jest (prawie) zawsze najlepszym rozwiązaniem na wszelkie problemy. Jeśli się nie rozmawia, traci się porozumienie - to brzmi jak truizm, warto go jednak przytoczyć, bo często boimy się rozmawiać, a przecież rozmowa jest warunkiem możliwości wyjścia z trudności! (Coś dziś dużo o tych „warunkach możliwości”…). Powtórzę raz jeszcze: napisz do mnie o tym, co Cię gnębi, a może a nóż widelec znajdę jakieś rozwiązanie albo chociaż jakąś wskazówkę? Spojrzenie z zewnątrz często ułatwia analizę sytuacji (może znów panikujesz bez przyczyny).
Ciało moje choruje, duch ma więc lekką gorączkę, zobaczymy, jak sytuacja się dalej potoczy. Nabieram powoli dziwnych przyzwyczajeń - tj. tutaj moje zachowanie jest jak najbardziej w granicach normy, ale norma „z góry” nijak ma się do tej „z dołu”. I znów: kontekst wszystko zmienia!
Bądź dzielna, uważaj na kontekst, czekam na Twój list.
Zofia