Czarodziejska Góra, 20 XI 2011
Droga moja Przyjaciółko!
Czas tu na górze płynie zupełnie inaczej i nawet się nie zorientowałam, że tak długo nie odpisuję na Twój list. Dlatego spieszę z nadrobieniem zaległości. Wróciłaś na uczelnię po urlopie, powiadasz? I narzekasz na koniec wakacji? Moja Droga! Ja myślę, że z powodu końca wakacji to raczej należy się cieszyć! Nie, nie przesłyszałaś się. Widzisz, patrząc z góry nabiera się na sprawy z dołu zupełnie innego poglądu — do tego stopnia, że tak zwany „czas wolny” zaczyna jawić się jak przekleństwo!
Już spieszę z wyjaśnieniami. Moje wakacje trwały 2 miesiące zanim skierowano mnie tutaj. Jak prawdziwe błogosławieństwo przyjęłam regularny tryb życia, który wyznaczają tu pory wspólnych posiłków. Wreszcie wszystko stało się poukładane, wszystko na swoim miejscu; porządek niekwestionowalny. A wcześniej? Ech. Czas wolny. Wolny, czyli do mojego rozporządzenia, do ciągłego decydowania: co dalej, jak i gdzie i z kim i dlaczego tak, a nie inaczej. I do decydowania o co tak właściwie mi w życiu chodzi, bo chyba nie o marną wegetację, prawda?
Jako dziecko uwielbiałam wakacje, zawsze z utęsknieniem czekałam końca szkoły — jak chyba każdy z nas. Bo to był czas bez-troski, czas zabawy, no i najważniejsze — nie trzeba było wstawać rano i spieszyć na lekcje. Nawet nie wiem, kiedy sytuacja zaczęła być zgoła odwrotna i z czasu bez-troski wakacje stały się czasem troski, nadmiernej zresztą. Od tej pory w każdym razie zaczął się powtarzać taki sam scenariusz: kiedy rok akademicki chylił się ku końcowi, wiesz, egzaminy i te sprawy, niedospany człowiek marzył o tym, aby wreszcie położyć się do łóżka, wyspać; albo zamienić aktywność umysłową na wycieczki po górach, wieczory przy ognisku z przyjaciółmi. A kiedy sesja była zakończona, indeks zdany i wszystkie te wyczekiwane sprawy nadchodziły, człowiek fizycznie odpoczął, świat nagle zmieniał barwy na szarobure zamiast na słoneczne. Bo za dużo czasu wolnego i nagle trzeba myśleć o wszystkim o wiele za wiele. Nic nie rozprasza uwagi, nie trzeba się koncentrować na przygotowaniu się do zajęć, można kontemplować ciszę. Zapytasz, co w tym takiego strasznego? Moja droga! Wszystko, a najbardziej to, że wtedy słyszy się siebie i widzi się siebie, a taki obraz często ciężko znieść.
Już widzę Twoją minę na te moje słowa i niezgodę na to, że czas wolny jest stanem niepożądanym. Wiesz, może są ludzie, którzy potrafią ze sobą w ciszy długo wytrzymać. Ja nie potrafię i muszę to wreszcie przed sobą przyznać. Mimo, że narzekam na codzienne obowiązki, są mi one w gruncie rzeczy wybawieniem. Bo wtedy myślę „tak akurat” i tylko czasem się zapędzę na jakieś manowce, które bynajmniej nie są cudne, jak chciał Stachura.
No ale dość o ciemnych stronach ludzkiej egzystencji. Tutaj mi dobrze, ktoś nadaje ramy moim myślom i dniom, nie martw się więc o mnie i nie tęsknij za bardzo, bo mi się tam na dole, Kobieto, zmarnujesz! A przecież musisz być dzielna i zmagać się ze studiami. Sama sobie takie wybrałaś i teraz ani się waż narzekać! Co z tego, że wciąż jest chaos, zobaczysz, lada dzień się wszystko uspokoi i wpadniesz w rutynę roku akademickiego. Myśl ciepło o mnie i dbaj o swojego chłopaka, zwłaszcza teraz, jak zaczyna doktorat i potrzebuje wsparcia. Michał na pewno sobie poradzi znakomicie, przekaż mu moje gratulacje z okazji tak spektakularnie zdanych egzaminów wstępnych na studia doktoranckie. I nie zrażaj się tym jego marudzeniem, że to wszystko jest bez sensu — jakby tak naprawdę uważał, to by poszedł do pracy, a nie siedział na uczelni.
Oho, czas na mnie. Zaraz podadzą obiad, a jak się spóźnię, będzie nietakt. Czekam na wieści ze Stumilowego Lasu. I wcale, wcale mi Ciebie tu nie brakuje i ani trochę nie tęsknię!
Twoja
Zofia