Biała jak mleko, czerwona jak krew...
Młodość zawsze ma czas. Ważne słowa, gesty, decyzje mogą przecież tę chwilę jeszcze poczekać. Życie wydaje się długą drogą, której kres niknie daleko za horyzontem. Można skupiać się na przyjemnościach: grach komputerowych, piłce nożnej, jeździe na skuterze, ciągłym rozmyślaniu o szkodach, jakie niesie za sobą obowiązek szkolny i krzywdach, które młodym ludziom wyrządzają nauczyciele. Tak właśnie czyni Leo, szesnastoletni bohater książki Biała jak mleko, czerwona jak krew – wymienione powyżej rozrywki po brzegi wypełniają jego dni. Czy jest w tym coś złego? Chyba nie. Młodość ma przecież swoje prawa.
Jednak już wkrótce – nim rozpocznie się kolejny rok szkolny – chłopiec będzie musiał stawić czoła wydarzeniom, które zmuszą go do uporządkowania chaotycznej dotąd rzeczywistość i podjęcia decyzji o wyborze tego, co naprawdę ważne. Na szczęście Leo nie zmieni się całkowicie: nie stanie się w ciągu kilku miesięcy dorosłym, nie przestanie być sobą – kilkunastolatkiem, z nadzieją, odwagą i ciekawością spoglądającym w przyszłość. Jednak otaczający go ludzie (począwszy od ukochanej Beatrice czy przyjaciółki Silvi, poprzez młodego nauczyciela historii i szkolnego katechetę, a skończywszy na rodzicach) oraz tajemnica kruchości życia, z którą przyjdzie mu się zmierzyć, pozwolą na odnalezienie odpowiedzi na nurtujące go pytania, albo przynajmniej wskażą, w jaki sposób tych rozwiązań szukać. A kwestie, które trapią Lea, drzemią zapewne w sercach tysięcy innych nastolatków: poczucie osamotnienia, niezrozumienia, poszukiwanie autorytetów, pytania o własną tożsamość, sens życia, cierpienia, śmierci… Do tego jeszcze odwieczne pytanie: czy miłość naprawdę wszystko zwycięży? Życie przynosi chłopcu niełatwą odpowiedź: tak, choć nie zawsze wygrywamy to, o co walczyliśmy na początku.
Promocja książki Biała jak mleko… wydaje się skupiać przede wszystkim na eksponowaniu znaczenia barw, poprzez które Leo odbiera rzeczywistość oraz dokonuje podziałów i hierarchizacji funkcjonujących w niej elementów. I faktycznie kwestia ta ma niebagatelna znaczenie dla całości powieści – to ona bowiem najwyraźniej ukazuje przemianę, jaka na kartach książki zachodzi w bohaterze. Na początku istniały dla niego tylko dwa kolory – czerwień i biel (w rozumieniu Lea to nie klasyczna opozycja dobro-zło, lecz raczej wszystko i nic), ale stopniowo jego świat wypełniają kolejne barwy (pojawia się niebieski!), z których każda posiada niezliczoną ilość odcieni.
Polecam – książka mądra, ciekawa i na pewno godna refleksji.
Alessandro D’Avenia, Biała jak mleko, czerwona jak krew, Znak, Kraków 2011.
Doskonała miłość usuwa lęk
W miłości nie ma lęku, lecz doskonała miłość usuwa lęk,
ponieważ lęk kojarzy się z karą.
Ten zaś, kto się lęka,
nie wydoskonalił się w miłości. (1 J14,18)
Tak a propo lęku. "Czy nie boisz się wyjść za mąż tak wcześnie?" Dziękuję za pytania. Wszystkim. Tym zadziwionym, zniesmaczonym i przeszczęśliwym. Odpowiadam: nie, nie boję się. Boję się, że mogłabym nie wydoskonalić się w miłości. Że mogłabym stchórzyć.
Księżniczki są dzielne, odważne, wiedzą, czego chcą. Księżniczki są ufne i chcą być coraz doskonalsze. Księżniczki są takie tylko przy swoich rycerzach!
Nie dziwię się pytaniom. Nie dziwię się niezrozumieniu. Kalkulacje nie zawsze zgadzają się z cudzymi. Jeśli ktoś nie dostał takiego prezentu miłości, nie powinien planować już ślubu ani budować domu, nie wiedząc, kto w nim zamieszka i gdzie on będzie. Ponadto z daleka nic nie jest bliskie. Bliskie jest dopiero, kiedy jest niedaleko. Z bliska sprawy są ostrzejsze.
Ale Miłość usuwa lęk. Bo cóż mamy do stracenia? No, kilka miesięcy, może lat. Czasu, którego nam nikt nie wróci. Do stracenia mamy odrobinę pozornej wolności. Ja mam do stracenia nazwisko panieńskie. On swoją niezależność tak potrzebną mężczyźnie. Mamy do stracenia kilkoro znajomych.
- Gdzie nas zaprowadzi to szaleństwo? No polegniemy... (chwila zwątpienia, przytłoczenia Światem)
- Do Nieba, Skarbie, do Nieba.
I jak tu się lękać?
KW
Taniec miłości
„Chwalcie go bębnem i tańcem…”
Ps. 150,4
"O, Miłość to tylko taniec, gdzie na skrzypkach przygrywa Czas!"
H. A. Dobson
Czym jest taniec? Wiemy o nim tylko tyle, ile tu i teraz widzimy, napotykamy, wytańczymy. Jesteśmy, co tu dużo mówić, ograniczeni w jego rozumieniu. Nie mamy pojęcia o tym, jak i po co tańczono w starożytności czy średniowieczu ani o co chodzi w tańcu orientalnym. I dobrze, bo zbudowalibyśmy wielkie zdziwienie. Albo i nie. Globalizacja i trendy nowości idą naprzód. I nawet współczesny sens może nam umknąć, a byłoby to zubożenie.
Teraz jednak mam na myśli tylko ten dzisiejszy taniec dla mnie, a właściwie dla nas. Dla zakochanych. Taniec, który jest daleki od rytuałów, daleki od chwalenia Boga wprost. Taniec, który bywa też przeinterpretowywany jako „gra wstępna”, jako danie wyrazu piękna i sprawności ciała (o czym traktuje nawet Pnp: „Obróć się, obróć, Szulamitko, obróć się, obróć się, niech się twym widokiem nacieszymy! Cóż się wam podoba w Szulamitce, w tańcu obozów?” Pnp7,1-2) Albo taniec, który jest zawodowstwem jedynie, możliwością zarobku, zapełnieniem czasu, pasją życia. Taniec może być wszakże wszystkim. Zatem także jak pisał Fiodor Dostojewski – „niemym wyznaniem miłości”.
Bywają takie imprezy (wesela rodzinne, bankiety), gdzie wypada się pokazać, gdzie niegrzecznością jest też odmówienie proszącym panom, niewychowaniem jest też niepoproszenie innych pań do tańca. Ale taniec z obcą osobą czy z osobą bliską – wujkiem, bratem jest czymś całkiem innym od tańca z tym, kogo się kocha najmocniej – mężem/żoną. To taki taniec bez iskier, czasem skrępowany.
Moja wychowawczyni w liceum wypowiedziała pamiętne słowa-poradę: „przed ślubem koniecznie idźcie na kurs tańca! Ja zawsze z moim narzeczonym wracaliśmy osobnymi tramwajami po tych zajęciach.” I cóż. Kurs tańca dla narzeczonych dziś to już norma, konieczność, przymus, możliwość, potrzeba. Każda dobra szkoła ma w swojej ofercie lekcje indywidualne. Wszak na weselu trzeba się pięknie zaprezentować, kiedy wszyscy patrzą pod nogi (panu młodemu, niestety). Jednak chodzi o coś więcej niż pokaz nagrywany i oglądany nieraz nawet przez setki osób. Chodzi o swego rodzaju dopasowanie, o pewną wspólną technikę, o poznanie, o poprowadzenie. Chodzi o to, by „partner życiowy był i do tańca, i do różańca” – jak mówi przysłowie.
Kobiety w większej mierze wyczuwają rytm, z ochotą biegną na zajęcia i ciągną ze sobą swoich mężczyzn. Potem doskonale słychać to w szatniach (które mają uszy): jeden do drugiego: „I jak?” drugi do pierwszego: „masakra, już więcej chyba nie przyjdę” I co? I przychodzi. Jeden i drugi. Bo panom łatwo nie jest. (Choć na pewno bywają wyjątki.) Zwłaszcza, gdy przychodzi im próbować tańców łacińskich, które wymagają dziwnych „niemęskich” (ich zdaniem) ruchów. Z ofertą standardową bywa lepiej, choć ciężar odpowiedzialności strony męskiej i utrzymania ramy jako najbardziej reprezentacyjnej części jest ogromna. A jeszcze gorzej sytuacja wygląda, kiedy okazuje się, że to kobieta chce prowadzić, że wcale nie chce być prowadzona, bo ona wie lepiej, bo pamięta kroki, bo nie ufa. Ot, i kłótnia gotowa. Ale kochają, walczą, są ambitni, rozumowo podchodzą do tego i znajdują w tym – pomimo wszystko - upodobanie. I panowie, i panie.
Dziś szkoły tańca przeżywają oblężenie dzięki programom telewizyjnym promującym tę formę aktywności. Wiele kursów to minimum podstawy, często nie wyćwiczonych przez wzgląd na zbyt dużą ilość uczestników. A nierzadkim problemem zakochanych jest wymóg szkół, aby zmieniać partnera w czasie zajęć. Czyli jak? Mam pożyczać swojego tancerza/tancerkę? Oczywiście, wytłumaczenia są wzniosłe i pragmatyczne: wszak na kursie chcesz się nauczyć tańczyć, poznać technikę. A co jak będziesz zmuszony do tańca z obcą osobą? Z teściową? Trzeba rozeznać się w innowacjach! Ale te szczytne wymogi przegrywają z naturalną potrzebą poznania swojego partnera jako tancerza, z normalnym planem, że tak wiele przed nami zabaw, balów, na których nie chcemy rozstawać się na parkiecie. Na szczęście niektóre placówki doskonale to rozumieją. Warto nie dać się argumentom przeciwnym.
Jak to jest z techniką i muzyką? Każda para tańczy inaczej, wyjątkowo. W tańcu można pogrymasić – zwłaszcza w tangu. Można się pogniewać, poteatralizować. Można uznać niewzruszonych w walcu, można okazać swoją największą, niepohamowaną radość w cha-chy czy w sambie albo wyszaleć się w rock&rollu. Można pobujać się w bluesie. Taniec to pełen wachlarz emocji, zupełnie jak w życiu. Znana amerykańska tancerka powiedziała, że „każdy taniec jest odkryciem nas samych.” Taniec towarzyski jest zatem podwójnym odkryciem.
Średniowiecze upowszechniło motyw tańca śmierci. Ale w tym samym czasie na dworach odkrywano radość maskarad i bali, gdzie ludzie bawili się w rytm dostojnej (nie zawsze) muzyki i w pięknych strojach. Istnieje – musi bowiem istnieć – taniec miłości, w który należy włożyć (zaraz przed techniką i nauką) – serce. Całe serce. A nawet dwa.
Miłość i odpowiedzialność
Karol Wojtyła, „Miłość i odpowiedzialność”
wyd. Towarzystwo Naukowe KUL, Lublin 2001
Wedle uogólnienia: Filozofia nie jest dla ludzi prostych. Do poduszki nie czyta się traktatów i rozpraw. Nauka pierwsza mówi jedynie o meta-życiu, o meta-rzeczywistości, o meta-miłości. Ale tu sprawa ma się inaczej.
Czy Wojtyła mówi zbyt trudnym językiem? Nie. Mówi o miłości w sposób jej przynależny i adekwatny. Mówi jak poeta, odrywając się czasem od ziemi, ale wciąż do niej powracając. O miłości nie można mówić byle jak – głosiłaby zasada decorum. „Miłość i odpowiedzialność” to perfekcyjne spojrzenie na człowieka jako na osobę, uwypuklając cały jego wymiar duchowy, psychologiczny i cielesny. Człowiek nie jest tworem rozdartym, lecz spójnym naczyniem połączonym. Autor zaakcentował godność i piękno osoby oraz niezwykły wymiar Miłości. Fenomenalne spojrzenie zostało ukształtowane nie tylko przez wnikliwe studia, ale też kontakt i rozmowy z młodzieżą oraz dorosłymi. Praca z lat 60. nie traci aktualności, a właściwie staje się dziś jeszcze cenniejsza, gdy etyczny aspekt odpowiedzialności zostaje popchnięty na pobocze. Prorocze dzieło?...
Ludzie młodzi nie myślą o ślubie, bo „boją się odpowiedzialności”. Małżeństwa nie wytrzymują prób i rozwodzą się pomimo deklaracji, pomimo przysięgi, pomimo dzieci. Rozprzestrzeniona rozwiązłość seksualna i brutalne metody zapobiegania poczęciu nowego życia to całkowity brak odpowiedzialności za swoje czyny, za drugą osobę, za własną i cudzą godność. Ucieczka od problemów. Ucieczka od odpowiedzialności. Ucieczka od miłości.
To studium zachwyca i wstrząsa. Jak możliwe jest tak dogłębne przeniknięcie tajemnicy serca, seksualności i duchowości? (przez księdza!) To bez wątpienia arcy-dzieło (nie tylko dla filozofów), do którego nie raz wrócę, o którym nie raz tutaj przypomnę. Do nie-znudzenia. Do za-pamiętania. Do za-kochania! Do od-powiedzenia!
Ona, on i miłość
Ks. Marek Dziewiecki „Ona, on i miłość”
wyd. eSPe, Kraków 2006
„Człowiek, który kocha i który w konsekwencji tego jest szczęśliwy, zawsze będzie fascynował tych, którzy nadaremno szukają szczęścia na innej drodze niż droga miłości.”
Zetknięcie się z książką „Ona, on i miłość” jest wkroczeniem w tak często dziś zaniedbywany (lub spłycany) temat Szczęścia. Miłość jest tutaj jego szczególnym wymiarem, zespołem wielu radości, który dla jednych jest odbiciem ich świata, dla innych złudzeniem lub najpiękniejszą, acz tylko bajką. Autor w niezwykle pogodny, prosty i jasny sposób zarysowuje elementy relacji między kobietą a mężczyzną, uwypuklając ich piękno i wartość, ale też stawiane przed nimi wymagania prowadzące ku-błogosławieństwu. Miłość jest darem, zadaniem i drogą. Lekturka-drogowskaz, ale książka może przypaść do serca nie tylko młodym ludziom. Wszak szczęśliwości pragnie każdy!
Ks. Dziewiecki w „Ona, on i miłość” porusza wiele tematów: geniuszu kobiet, tożsamości mężczyzn, spotkania się Jej i Jego, ich małżeństwa i sfery seksualnej oraz ich miłości rodzicielskiej. Konkluduje swoje rozważania właśnie rozdziałem o Szczęściu. Pisze o charakterystyce szczęśliwego człowieka, o iluzjach jego łatwego osiągnięcia, o różnicy pomiędzy przyjemnością a szczęściem, o drodze, jaka do niego prowadzi, o szczęściu, jakie staje się udziałem małżonków i rodziców, a w końcu o nim jako o wielkim pragnieniu Boga wobec każdego człowieka. Jak stwierdza autor: „...wzajemna miłość między kobietą a mężczyzną to droga powrotna do raju.”
Prawdziwe umocnienie dla zakochanych i wielka zachęta dla wątpiących. Bo któż nie chciałby znaleźć się Tam?
Czy należy mówić o miłości?
Czy należy mówić o miłości? Jak należy mówić o miłości?
Do miłości należy podchodzić ostrożnie. Bez ambicji zrozumienia jej od razu, i broń Boże bez zamiaru rozwiązania jej w całości. Tego nakazuje szacunek do rzeczy, które są dla nas cenne. „Człowiek mówiąc nie powinien używać słów dla niego drogich” (Cz. Miłosz). Do takich można zaliczyć miłość. Zbyt częste i zbyt pewne mówienie o miłości grozi utratą szacunku, który bez wątpienia należy się miłości. Myślę, że o miłości lepiej jest mówić fragmentarycznie, skupiając się na poszczególnych aspektach, na obserwacjach poszczególnych ludzi.
Nie powinno się nadużywać słowa miłość z powodu szacunku. Jednak miłość jest bez wątpienia najwdzięczniejszym tematem do pisania. Wielu ludzi uznało, że ma coś ciekawego do powiedzenia na ten temat. Wielu uznało, że jest to temat dobry, wdzięczny lub płodny. Dobry, bo na przykład ktoś piszący powieść, gdy stara się uzasadnić cokolwiek, zbrodnie, szlachetny czyn, poświęcenie, szaleństwo, cokolwiek jest mu potrzebne, może łatwo uzasadnić to miłością. Wdzięczny, bo zachwycił wielu, którzy miłości poświęcali obrazy, sonety, rzeźby, filmy. Płodny, bo na tym temacie objawiał się talent i geniusz wielu, nieudolność wielu i sama twórczość wielu. Nie sposób tego potępić i nie sposób przemilczać słowa miłość nawet jeśli jest dla nas droga.
Mówienie o niej w sposób zbyt uczony zakłada gdzieś w głębi wyłączanie ludzi prostych z możliwości zrozumienia miłości. A przecież nikt nie może przypisywać sobie względem innych większego prawa do mówienia o miłości. Względem niej jesteśmy wszyscy jednakowo wtajemniczeni. Jednakowo zakłopotani. Zarówno zakochani jak i ci, którzy nigdy nie zaznali miłości. Tak jak nikt nie ma prawa wynosić się nad innych dając świadectwo o życiu. Każdy jest jednakowo wtajemniczony. Każdy ma własne doświadczenie życia i nikt nie może powiedzieć, że jego doświadczenie życia jest poprawniejsze. Dlatego człowiek mówiący o miłości bardzo uczenie powinien zadawać sobie pytanie, czy nie jest to za bardzo uczone dla człowieka prostego. W tym przypadku uczone pisanie, czyli takie, które nie dla wszystkich jest zrozumiałe z powodu używania specjalistycznych pojęć jest łatwiejsze niż szukanie takich wyrażeń o miłości, które są zarówno proste jak i trafne.
Wydaje się, że miłość ma swój własny kod. Który polega na tym, że zdania, które wypowiada się o miłości, potrafią brzmieć bardzo naiwnie albo banalnie. Tymczasem dla ludzi, którzy jej doświadczyli, te same zdania bywają bardzo głębokie i zaskakująco dobrze pasujące. Dla ludzi, którzy nie doświadczyli pewnego aspektu miłości niektóre zdania mogą być nawet całkiem poprawnie rozumiane, ale zupełnie pozbawione niebanalnej treści. Zdania o miłości należą więc do tych, które nabierają sensu nie przez samą ich zawartość intelektualną, ale przede wszystkim przez uprzednie doświadczenie. Dlatego nie warto zabierać nawet najbardziej banalnemu zdaniu o miłości prawa do jej opisu. Kto ma prawo do oceniania tego? Mówienie o miłości jest wtórne w stosunku do doświadczenia. Nie rodzi się z mówienia, tylko z doświadczenia.
Nie ma specjalistów od miłości. Poszczególne zdania o miłości mogą rezonować tylko z nielicznymi ludźmi. Wszystkie zdania o miłości rezonują z całą ludzkością. My wszyscy wiemy, co to jest miłość i jaka ona jest, ale każdy z osobna tego nie może wiedzieć.
Czy w takim razie można pouczać o miłości? Wydaje się, że nie...
Najpiękniejsza historia miłości
Ks. Marek Dziewiecki, „Najpiękniejsza historia miłości”
wyd. eSPe, Kraków 2005
„Miłość Józefa do Maryi dojrzewała pod działaniem Ducha Świętego i pozwoliła obojgu małżonkom na przeżywanie miłości bardzo podobnej do więzi, jakie łączą ludzi, którzy są już w niebie, czyli żyją twarzą w twarz...”
„Najpiękniejsza historia miłości” autorstwa ks. Marka Dziewieckiego to książeczka-medytacja. Zawiera zbiór rozmyślań o niezwykłej Parze, która bywa jednak czasem pomijana jako „niedzisiejsza” albo pojmowana błędnie jako para innej kategorii lub jako ideał zbyt idealny. Nieosiągalny, a więc nie warty do przybliżenia.
Maryja i Józef – główni bohaterowie tak bliscy, a tak nieznani. Ukryci i skromni, a jakże sławni! A przecież to ludzie prawdziwi, z krwi i kości. Mąż i żona. Ludzie, którzy stworzyli najpiękniejsze małżeństwo. Wzorcowe. Czego mogą nas nauczyć? Jaka jest droga męskości i ojcostwa Józefa? Jaka jest droga kobiecości i macierzyństwa Maryi? Jaka jest ich wspólna droga? Warto pochylić się nad Tą Tajemnicą wraz z autorem. Wielkimi rzeczami warto się zachwycać.
Nasz lot
O tym, że razem jest łatwiej, wiadomo nie od dziś. Jakiś czas temu podczas naszej rozmowy, uświadomiliśmy sobie, że „mamy dobry czas”. Chwilę potem przyszło małe uzupełnienie – „mimo tylu trudności”… I to jest tak bardzo niewiarygodna rzecz:-) Bo ostatnio faktycznie było tak, że wokół nas problemy wyrastały jak grzyby po deszczu. Ciągle coś się działo, czasem człowiek już miał serdecznie dość, a mimo tego się nie poddawał.
SKĄD TA SIŁA?
Po pierwsze - świadomość celu, do którego się dąży. Coś o czym się marzy; przyszłość, którą się planuje. Dlaczego to tak ważne? Nasz przyjaciel powiedział, że człowiek, który nie ma celu, zadowala się tym, co da mu życie, mimo że stać go na więcej. A od tego tylko krok do tego, by wpaść w przepaść przeciętności. Ktoś może stwierdzić, że przecież nie wszystko da się w życiu osiągnąć, nie wszystko można zrealizować. Fakt. Ale istotniejsze jest to, że mimo przeciwności, widzimy punkt, do którego zmierzamy. Jak samolot, który podczas burzy musi zawrócić lub wylądować na zupełnie innym lotnisku – nie zmienia to jednak jego punktu docelowego. I jeszcze jedno – cele można modyfikować - ważne, żeby były i żebyśmy konsekwentnie je realizowali, nie obniżając poprzeczki. To wzmacnia nasz charakter i wspomaga wytrzymałość.
Po drugie – o czym była już mowa – razem łatwiej. Ludzie, którzy się kochają, którzy mają wspólne marzenia, obdarzają się siłą. Wspierają siebie nawzajem, gdy ta druga połówka widzi w danym momencie wszystko w ciemnych barwach (zwykle nazywa się to „realnym spojrzeniem na świat”). Bardzo często jest tak, że problemy i trudności jeszcze mocniej wzbudzają w nas chęć działania. Wówczas rodzi się determinacja – damy radę, mimo wszystko! Razem potrafimy zdziałać wiele – bo, co dwie głowy, to nie jedna:-)
I na koniec zachęta, by nikt już nie wątpił w swoje możliwości:-)
„Nie wolno zgadzać się na pełzanie, gdy czujemy potrzebę latania.” (Helen Keller)
I niech to będzie nasze motto:-)
Rodzinny Papież
Czy ktoś, kto wychował się prawie bez matki, doświadczył wojennej traumy, nie założył rodziny, mógł prawie jak nikt rozumieć małżeństwo i rodzicielstwo, stać się ojcem dla wielu, a z milionów tworzyć rodzinę? Psychologia pewnie by temu zaprzeczyła, ale Jan Paweł II stał się uosobieniem takiej możliwości…
Ponoć dajemy ludziom nie to i nie tyle, ile chcemy dać, ale ile mamy w sobie Boga. I do takich ludzi garną się inni, często nie wiedząc, dlaczego. Trudno więc ogarnąć, ile ludzi znajdowało przy księdzu, biskupie, kardynale Wojtyle, później Papieżu Janie Pawle II domowe ciepło, ojcowską moc i mądrość, przyjacielską bliskość i rodzinność najpiękniej pojętą. Nie miał on bynajmniej kompleksu sieroty, nie bał się w sobie ludzkich odruchów, czułości, przywiązania. I jego nie bali się zakochani, narzeczeni, małżonkowie, którym błogosławił, rodzice, ich dzieci, rodziny, w które wrastał i z których czerpał swoją mądrość i wiedzę, gdy pisał o rodzinie, bronił jej i ją uświęcał. Nieprzypadkowo nazwano go Wujkiem, a on to przyjął do czasu, gdy został już Ojcem Świętym. Z bardzo ciepłych wspomnień wielu rodzin o nim można byłoby złożyć księgę, ale tutaj można tylko dać znać w paru punktach, jak mu na rodzinach – tych konkretnych oraz tych w Kościele i w świecie – zależało.
* „Miłość to nie jest przygoda. Ma smak całego człowieka. Ma jego ciężar gatunkowy. I ciężar całego losu. Nie może być chwilą. Wieczność człowieka przechodzi przez nią. Dlatego odnajduje się w wymiarach Boga, bo tylko On jest wiecznością” – tak napisał Karol Wojtyła w sztuce „Przed sklepem jubilera” i tę mądrość rozwinął potem w książkach: „Miłość i odpowiedzialność”, „Mężczyzną i niewiastą stworzył ich”, w adhortacji apostolskiej „Familiaris Consortio”, w „Liście do rodzin”. Nie sposób wymienić wszystkich kazań, dokumentów, wystąpień, w których rodzina była jego przysłowiowym „oczkiem w głowie”.
* Już w Krakowie ks. Wojtyła prowadził spotkania dla małżeństw zagrożonych, którym czasem mówił: „Jest zawsze jeszcze jedno wyjście – furtka pokory. Niech każdy z was klęknie i powie: to moja wina. Dopóki mówicie: twoja wina, wyjścia nie ma”. Tam też razem z dr Wandą Półtawską założył poradnię rodzinną, pierwszy w Polsce dom samotnej matki i Instytut Rodziny dla studiów nad dobrem rodziny. Bo już wtedy trzeba było walczyć z aborcją, uczyć naturalnego planowania rodziny, bronić jej przed szkodliwą „opieką” państwa.
* Kiedy abp Wojtyła został Papieżem, 5 września 1979 roku wygłosił katechezę o teologii ciała (maleńki cytat z owej teologii: „Seks jest mocą sakramentalną, nie tylko ludzkim działaniem. Jest mocą powodującą życie samego Boga w nas, wciągającą nas w miłosną grę Trójcy Świętej. (…) W Trójcy nikt nie zatrzymuje niczego dla siebie. (…) Jezus oddaje nam Siebie w dokładnie taki sam sposób. A zatem ta gra miłosna powinna być trwałym stanem każdego chrześcijanina. Ale co to oznacza? Tylko tyle, że ekstaza, oddanie siebie (…) ma być odgrywane we wszystkich okolicznościach naszego życia – nie tylko w intymnych chwilach miłosnych zbliżeń”).
* 26 września 1980 roku Jan Paweł II otworzył pierwszy synod biskupów swojego pontyfikatu poświęcony zadaniom rodziny w świecie, na który zaprosił Barbarę i Dicka McBride – wielodzietne małżeństwo. Po rozmowie z nimi podczas śniadania obdarował ich różańcami, powtarzając za Matką Teresą z Kalkuty, że rodzina, która wspólnie się modli, przetrwa.
* Kiedy ONZ ogłosiła rok 1994 Międzynarodowym Rokiem Rodziny, Papież w szczególny sposób walczył z prawem dopuszczającym aborcję w większości krajów świata. W tym bardzo mocno wspierał go francuski genetyk prof. Jérôme Lejeune ze swoją rodziną. Naukowo udowodnił on, że moment poczęcia jest początkiem nowej ludzkiej istoty. W tym roku Papież skierował do uczestników konferencji w Kairze list, w którym jest takie zdanie: „człowiek jest wezwany do życia w prawdzie i rodzina nadal jest szkołą życia”.
* W tymże roku 24 kwietnia Papież zaskoczył i Kościół, i świat beatyfikacją Joanny Beretty Molli i Elżbiety Canori Mory, o których powiedział, że są to „kobiety heroicznej miłości, przykładne żony i matki, które w codziennym życiu dały świadectwo trudnym wartościom Ewangelii”. Pierwsza oddała życie, rodząc dziecko, druga doprowadziła do nawrócenia swojego męża.
* W cztery dni potem Papież miał wypadek, po którym powiedział: „mam wprowadzić Kościół Chrystusowy w trzecie tysiąclecie (…) przez cierpienie – przez zamach trzynaście lat temu i dzisiaj. (…) Dlaczego właśnie w (…) Roku Rodziny? Właśnie dlatego, że rodzina jest zagrożona, rodzina jest atakowana. Także Papież musi być atakowany, musi cierpieć, aby każda rodzina i cały świat ujrzał, że istnieje Ewangelia – rzec można – «wyższa»: Ewangelia cierpienia, którą trzeba głosić, by przygotować przyszłość, trzecie tysiąclecie rodzin, każdej rodziny i wszystkich rodzin”. W tym roku został ogłoszony przez tygodnik „Time” Człowiekiem Roku, co uzasadniono następująco: „Papież musi być siłą moralną”.
* Weselem wesel nazwał ktoś beatyfikację małżeństwa Alojzego i Marii Beltrame Quatrocchi (21.10.2001), na której Papież powiedział: „Nie ma bardziej szczęśliwej i wymownej okazji niż dzisiejsza, by celebrować dwudziestolecie Adhortacji Apostolskiej „Familiaris Consortio”.
To tylko niektóre przykłady słów, działań, troski Jana Pawła II o rodziny pojedyncze, jak i rodzinę jako taką. W jednym z listów do zaprzyjaźnionej pani Aleksandry Papież jakby to wszystko podsumował: „<<Miłość i odpowiedzialność>> została napisana pod natchnieniem tych wszystkich Waszych miłości, które dane mi było przeżyć wspólnie z Wami. Czegóż mogę pragnąć jak tylko tego, by książka ta służyła właśnie miłości i odpowiedzialności właśnie tych Waszych dzieci i innych młodych ludzi i żeby Wam także pomagała pośród różnych cierpień i doświadczeń, od których miłość jest silniejsza”.
br. Tadeusz Ruciński
Artykuł pochodzi z miesięcznika "Sygnały Troski" nr 5/2011

Ten, który kocha me serce
Elena Bosetti, „Ten, który kocha me serce. Ekstaza i poszukiwania.”
wyd. eSPe, Kraków 2008
„O jak piękna jesteś, przyjaciółko moja, jak piękna!
Twoje oczy to gołębice.
O jak piękny jesteś, umiłowany mój,
O jakże cudowny!” (Pnp)
„Ten”, czyli który?... I czyje to „serce”? Ona – Oblubienica i On – Oblubieniec i ich Pieśń nad Pieśniami, czyli najpiękniejszy bodaj opis miłości oblubieńczej: miłości poszukującej, ekstatycznej, tajemniczej, bardzo zmysłowej. Niepopularne jest czytanie tekstów wielkich, tekstów przerażających swoją doniosłością, zbyt trudnych dla zbyt małych – po prostu. Tekstów wymagających (a przez to naj-cenniejszych). Ale tu może być inaczej. Książka Eleny Bosetti jest doskonałą pomocą w czytaniu, w zrozumieniu księgi Pisma Świętego, w której ani raz nie pojawia się Imię Boga. Księgi niemal mistycznej, a bardzo przyziemnej. Historii miłości, której każdy pragnie – wytrwałej, szalonej, odważnej. Autorka wspaniale komentuje, wprowadza w klimat epoki, zarysowuje tło i zwraca uwagę na język. Inspiruje i motywuje do zanucenia własnej pieśni miłości nad miłościami. Dlatego polecam.
Wyszukiwarka
Ostatnio na Forum
-
-
- Mężczyzna i NPR
- 3 tyg., 4 dni temu
-
Tagi
Ostatnie komentarze
-
Zgadzam się w 100% z treścią artykułu :)! Pamiętam tę…
Napisane przez Agnieszka Kowal
na piątek, 27 kwietnia 2012 14:15
-
Dla mnie ta rzeźba jest piękna w formie i bardzo…
Napisane przez Ewa Maria
na środa, 25 kwietnia 2012 17:29
-
Dobry, pomocny tekst. Dzięki wielkie :-)
Napisane przez Maciej Kryczka
na czwartek, 12 kwietnia 2012 09:30
-
Wspaniałe :)
Napisane przez Agnieszka Kowal
na wtorek, 20 marca 2012 22:23
-
Uwielbiam tę książkę! Sięgam po nią przynajmniej raz w roku…
Napisane przez Agnieszka Kowal
na wtorek, 20 marca 2012 22:15