O małżeńskich kryzysach, gwieździe polarnej i przewodniku dla zwycięzców z Michałem Piekarą rozmawia Jarek Kumor.
Czy kryzys w małżeństwie jest potrzebny?
Jak najbardziej! Przede wszystkim dlatego, że kryzys możemy traktować jako okazję. Okazję, by coś w swoim małżeństwie udoskonalić, zmienić, przybliżyć do ideału małżeństwa, jakim chcemy się stawać. Pracując z małżeństwami odkryłem ważną prawdę: za każdym konfliktem stoi pozytywne pragnienie, które nie zostało zrealizowane. Przykład: jeśli żona ciągle narzeka na męża, że to ona wszystkim musi się zajmować, że on nie przykręcił uchwytu od szafki, nie zamontował karnisza, nie zajął się dziećmi i z tego powodu dochodzi do konfliktu, to być może małżonkowie stoją przed okazją, by zdać sobie sprawę, że jej pragnieniem jest jego częstsza obecność w domu i przy niej. I to jest dobre i piękne. Podobnie, za narzekaniem męża o to, że żona zajmuje się tylko i wyłącznie dziećmi, być może stoi jego pragnienie bliższej i bardziej intymnej relacji. Kryzys może być zatem wyrazem głębokiego pragnienia, aby było lepiej. Oczywiście sposób przekazu musi być odpowiedni. Pracując z małżonkami, staram się znaleźć to dobre pragnienie, które stoi u źródeł konfliktów, a poszukiwania te traktować jako okazję do zmiany na lepsze. Zdaję sobie sprawę, że to zwykle jest zupełnie nowa perspektywa dla małżonków, narzeczonych czy zakochanych. Ale może warto spróbować nowych sposobów, kiedy te wypróbowane nie zdają egzaminu?
Często osoby przygotowujące się do małżeństwa mają przeświadczenie, że ich droga po ślubie będzie pasmem pięknych chwil bez kryzysów i konfliktów. Skąd bierze się takie myślenie?
Kiedy myślimy o małżeństwie, jawi nam się ono jako coś idealnie pięknego, co nie ma w sobie żadnych rys, jest wolne od konfliktów, smutku, zranień. Wydaje się, że nie może nam być ciężko, że nie będziemy musieli szukać razem kompromisów w inny sposób niż dotychczas. Mamy skłonność do idealizowania małżeństwa. Oczywiście słusznie postrzegamy małżeństwo jako coś pięknego i dobrego, ale nie wiążemy małżeństwa z konfliktem, który przecież został wpisany w relację dwojga osób. Zatem ograniczamy nasze postrzeganie małżeństwa, zamiast je poszerzać i rozumieć coraz dojrzalej. To jest jeden powód. Drugi prezentuje małżeństwo jako coś dla nas tak niebezpiecznego, ograniczającego, odbierającego radość i swobodę miłowania. Do tego stopnia, że uważamy, iż trzeba małżeństwa unikać. Obie skrajności prowadzą do rozczarowań. Zwykle spotykam się ze stwierdzeniem jednego z małżonków: „czuję się rozczarowany współmałżonkiem czy małżeństwem”. Zwykle okazuje się jednak, że to rozczarowanie dotyczy też osoby, która to mówi. Rzadko w ten sposób myślimy o niepowodzeniach w relacji, ponieważ, jako ludzie, mamy trudność w dostrzeganiu, że my też popełniamy błędy. Idealizowanie małżeństwa bierze się właśnie stąd, że zakochani patrząc na siebie, nie widzą pracy, którą przyjdzie im nad sobą i miłością, a potem małżeństwem wykonać. Warto pamiętać, że to, co przed ślubem wydaje się drobną trudnością, po ślubie może stwarzać poważne problemy. Przed ślubem spędzamy z sobą znacznie mniej czasu, nie żyjemy pod jednym dachem, ciągle się zdobywamy, jesteśmy bardziej ofiarni i bardziej gotowi na poświecenia. Dlatego po ślubie nasze oczy zwykle otwierają się na cale spektrum wad i zalet, których nie dostrzegaliśmy wcześniej. Bywa, że dla niektórych to odkrycie jest początkiem dramatu, któremu na imię „małżeństwo”. I z takimi ludźmi pracuję, takim towarzyszę w ich codziennym boju o miłość i marzenia.
W jaki sposób starasz się wyprowadzać ludzi z takich skrajności? Jakie masz techniki pracy na tym polu?
Zwykle, kiedy rozmawiam z małżeństwami, staram się z nimi omawiać kwestię ich wizji małżeństwa. Konfrontujemy, jak to wygląda u niego i u niej. Zastanawiające, że wizje te są często zupełnie różne i do siebie nieprzystające. Zadaję pewne pytania i poszukuję w tym wszystkim jakiegoś złotego środka. Problem najczęściej leży w nieumiejętności rozmawiania. Stawianie pytań w takim temacie często prowadzi do rozwiązania problemu. Rzecz w tym, że jeśli małżonkowie nie potrafią się wysłuchać, konstruktywnie porozmawiać, to tym bardziej nie są w stanie rozwiązać dręczącego ich problemu.
Czy zauważalny jest w Twojej pracy z parami brak przygotowania do małżeństwa?
Odpowiem przykładem. Miałem niedawno okazję porozmawiać z dziewczyną, która za dwa miesiące ma zaplanowany ślub. Sala wynajęta, zaproszenia rozesłane, suknia w szafie, menu dobrane… Podczas spotkania usłyszała ode mnie o rzeczach, o których nigdy wcześniej nie słyszała, o których zupełnie nie wiedziała, których się nie domyślała, których nie było na kursie przedmałżeńskim, a które otworzyły jej oczy na tyle, że od razu podjęła decyzję o przesunięciu ślubu o rok. Zobaczyła, że jest zupełnie nieprzygotowana i ślub mógłby być początkiem końca. Myślę zatem, że faktycznie przygotowanie do małżeństwa może zostawiać wiele do życzenia. Być może wynika to faktu, że na kursy przedmałżeńskie poświęca się za mało czasu (zwykle trwają kilka wieczorów lub weekend), zatem wielu rzeczy nie da się przekazać. Często sami narzeczeni mają złe, dość powierzchowne nastawienie do kursu, który trzeba „zaliczyć”. Może się też rodzić pytanie jak one są prowadzone, przez kogo, na co kładzie się akcent i tak dalej. Wierzę, że osoby prowadzące kursy przedmałżeńskie robią co w ich mocy, ale to nie wystarcza. Moje doświadczenie jest takie, że wśród uczestników warsztatów dla par, które prowadzę m.in. w Kielcach, zdecydowaną większość stanowiły osoby po kursie przedmałżeńskim. To świadczy, że szukali czegoś więcej, a kurs im nie wystarczył.
Pomówmy o oczekiwaniach względem małżeństwa. Najpierw panie.
Łatwiej będzie mi powiedzieć, czego im nagminnie brakuje. Kobiety najczęściej pragną, byśmy spędzali z nimi więcej czasu, poświęcali im więcej uwagi, dbali o ich uczucia, reagowali na ich potrzeby zanim nam o nich zakomunikują. Rzecz w tym, abyśmy się o nią starali, wciąż ją zdobywali, budowali tę więź z rosnącym zaangażowaniem, byli twórczy, nie uciekali w pracę. Kiedy tego wszystkiego brak może dojść do eskalacji wielu drobnych spraw, które nie powinny stanowić problemu, ale stają się nim, ponieważ ta jedna potrzeba bliskości i budowania więzi była zaniedbana.
A panowie?
Żeby nie mówić ogólnie, oprę się na swoim doświadczeniu rozmów z mężczyznami. Najczęściej brakuje im wolności. Mężczyzna potrzebuje chwil samotności, aby poukładać sobie codzienne sprawy, aby przemyśleć to i owo. To w samotności (nie osamotnieniu!) mężczyzna prowadzi swoje walki duchowe, zbiera siły, by poradzić sobie z przeciwnościami. Kobiety zwykle dzielą się swoimi problemami, my – mężczyźni – częściej radzimy sobie z nimi samotnie lub przy wsparciu innych mężczyzn. „Po co on ma chodzić samotnie na spacery, skoro ja mogę być przy nim?” – zdają się mówić. Trzeba zrozumieć, że jest to ważna potrzeba, bardzo często mężczyznom zabierana. Często kobietom wydaje się, że im więcej będą przy mężu, im bardziej będą miały wpływ na to, co i kiedy robi, zdobędą pewność, że on jest tylko dla nich. Ale prawda jest taka, że taka zaborcza postawa buduje wokół nas klatkę, która odbiera nam radość życia, miłość i nasze męskie serce.
Druga istotna rzecz – związana z poprzednią - to powinność, by mężczyzna był głową rodziny w swoim domu. Jeden mężczyzna może tę powinność czuć w swym sercu bardzo mocno i ją realizować, a drugi może być zepchnięty do roli osoby, która tylko przynosi wypłatę i utrzymuje rodzinę. Niezależnie od tego jak sytuacja wygląda, w męskim sercu jest pragnienie brania odpowiedzialności za swoją rodzinę. Jeżeli jemu jest to odebrane lub w nim tłumione, wówczas takiemu mężczyźnie odbiera się z jego serca to piękne pragnienie bycia obrońcą.
Ani słowa o seksie. W obliczu dzisiejszych statystyk na temat zdrad i rozwodów, jest to zastanawiające…
Prawda jest taka, że jeżeli seks nas rozczarowuje, to coś w tym małżeństwie źle funkcjonuje albo w ogóle nie funkcjonuje już od dawna. To, że nie czujemy się usatysfakcjonowani sferą seksualną, wynika zwykle z frustracji codziennością, pewnych aspektów codziennego życia, które są niepoukładane. To się odbija na życiu seksualnym. Jest to bardzo ważny element życia małżeńskiego, ale z pewnością przeceniany. Zawsze coś leży u podłoża. Jeśli seks nie daje satysfakcji, powodem jest jakiś aspekt życia małżeńskiego, który nie funkcjonuje. I tym samym brak satysfakcji w sferze seksu staje się kolejną przestrzenią, która frustruje małżonków. Koło się napędza…
Czy jest jakaś uniwersalna wartość, która pomaga Ci w pacy z małżeństwami, a małżonkowie, mając ją za swój priorytet, są o wiele dalej od rozejścia się?
Jednej nie ma. W pracy z małżonkami kieruję się siedmioma fundamentalnymi dla związku wartościami i staram się je przekazywać. Pierwsza to miłość, drugą jest wiara (nie tylko w sensie religijnym, ale również wiara w to, że można coś zmienić). Następnie: wierność, szacunek, wsparcie, niezależność i wolność. Zatem jest siedem takich wartości, choć - jak mawiał św. Paweł - największa oczywiście jest miłość.
Jakie znaczenie dla małżonków ma wspólna modlitwa?
Może mieć fundamentalne. Znam pary, które wspaniale funkcjonują i nie są ludźmi wierzącymi, choć ideały, które wyznają są te same. Wiemy, że wspólny cel bardzo konsoliduje. W przypadku wiary będzie to życie wieczne, a modlitwa będzie swoistą treścią takiego małżeństwa. Jednak nawet, jeśli małżonkowie stawiają sobie cel niezwiązany z wiarą, z byciem katolikiem, to on i tak ich bardzo jednoczy. Mówiąc o małżeństwach wierzących, mogę powiedzieć jedno: znacznie chętniej i często dzielniej walczą oni o swoje małżeństwo i jednocześnie znacznie rzadziej dopuszczają możliwość rozejścia się. To ich mobilizuje do walki. To jest piękne. Małżeństwa, które nie mają tego fundamentu wiary, często dopuszczają rozejście się, rozwód jako opcję, jako rozwiązanie problemu. Takie postawienie sprawy nie motywuje do walki. Kiedy rozwód stawia się jako jedno z rozwiązań, małżonkowie nie będą zdolni dać z siebie maksimum.
Wystarczyło, bym przeczytał spis treści Twojej najnowszej książki, a już zaciekawiło mnie pewne stwierdzenie. Czym jest „gwiazda polarna” w małżeństwie?
Ciekawe pytanie. Bardzo ważne jest określenie wspólnej wizji małżeństwa, do czego chcemy dążyć, jakie sobie stawiamy cele na wspólnej drodze. I „gwiazda polarna” to właśnie taki wspólnie ustalony główny cel. Realizowana małżeńska misja w rodzinie, okolicy, świecie.
Małżeństwo musi mieć określoną misję. Jest to bardzo ważne. Jeżeli jesteśmy małżeństwem, które nie ma celu, poczucia misji, jesteśmy jak łódź, która dryfuje bezwładnie. Płynie tam dokąd wiatr powieje na morzu życia. Musimy mieć konkretny kierunek, w którym zmierzamy, ponieważ to nadaje sens naszemu życiu. Określenie gwiazdy polarnej jest pierwszym krokiem. Drugim jest ustalenie konkretnych, małych kroków, które będą nas przybliżały do jego realizacji. Trzeba również zastanowić się nad trudnościami, które mogą nam stanąć na drodze. Innymi słowy, poznać swoje mocne i słaby strony: indywidualnie oraz jako para. W mojej najnowszej książce „Razem przez życie. Przewodnik dla małżeństw, które pragną zwyciężać” proponuję małżonkom konkretne ćwiczenia, które pozwalają im na określenie swojej gwiazdy polarnej.
Jaka jest najkrótsza droga do rozwodu?
W przed chwilą wspomnianej książce można znaleźć instrukcje obsługi, jak doprowadzić do rozwodu w rok. Można w niej przeczytać, jak tego cudu dokonać (śmiech). Opisuję proces, który następuje u małżonków zaczynających myśleć o rozwodzie. Warto się mu przyjrzeć. Dzielę go na siedem etapów, z których pierwszym jest zaniedbanie. To zaskakujące, że zaniedbanie jest pierwszym krokiem w stronę rozpadu więzi i rozwodu. Przecież wielu małżonków czuje, że ich relacja jest zaniedbana. Na tym pierwszym etapie jest nam również najłatwiej pomagać małżonkom. Istnieje ryzyko, że jeśli zaniedbanie będzie dominowało w małżeńskiej codzienności rozpocznie falę znacznie trudniejszych do opanowania trudności. Wrażliwość na kwestię spełnienia w związku oraz rozbudzanie w sobie twórczego przeżywania relacji może uchronić małżonków od poważnych tarapatów. Trzeba pamiętać, że myślenie, czy rozmowy o rozwodzie nie są dowodem na to, że w małżeństwie coś zaczyna się źle dziać, ale że się tak dzieje od dłuższego czasu!
Czy masz przykłady ewidentnych, często powtarzających się błędów w komunikacji, które potrafią zdruzgotać relację małżeńską?
Jest ich bardzo wiele. Istnieje natomiast kilka sposobów, które pozwalają nad tym wszystkim zapanować. Można się ich nauczyć, choć nie jest to łatwe, ponieważ zwykle mamy jakieś utarte schematy rozwiązywania konfliktów, wyrażania się, budowania komunikacji. Do tego, by poszukać zupełnie nowego sposobu inspiruje książka, o której już powiedzieliśmy. Zawsze warto próbować czegoś, co może funkcjonować lepiej. Po każdym rozdziale książki występuje część nazwana „Małżeńską Akademią Komunikacji”. Jest to najistotniejsza część tej książki, gdy idzie o oddziaływania na małżonków oraz wspólną pracę małżonków. Pomaga zmieniać sposób komunikowania się i inspiruje do pięknych działań w tej materii. Wiem z doświadczenia, że zmiana sposobu komunikowania się w małżeństwie bywa bardzo trudna, ale po pewnym czasie, gdy dostrzegamy jej owoce, zdajemy sobie sprawę, że być może uratowała związek. W końcu przez komunikację rozwiązujemy wszystkie problemy. Każda kwestia, która wysysa z małżeństwa życie, musi zostać omówiona i przepracowana. Najczęściej nie umiemy rozwiązywać problemów między sobą, bo po prostu nie umiemy o nich porozmawiać. Odpowiednia komunikacja jest zatem niezbędna.
Być może to pytanie zabrzmi banalnie, ale co miałeś na celu pisząc swoją najnowszą książkę?
Widzę bardzo wiele małżeństw, które doświadczają poważnych trudności. Są w mniejszym lub większym kryzysie. Obserwuję ogromną liczbę małżeństw, które nie są do końca usatysfakcjonowane swoim życiem nawet, jeśli nie przeżywają jakichś nadzwyczajnych konfliktów. I mam wrażenie, że wszystkie te małżeństwa są pozostawione trochę same sobie. Przychodzą i mówią, że chciałyby coś zmienić, czują palącą potrzebę, by to zrobić, ale właściwie nie wiedzą jak. Książka jest nie tylko teoretycznym przewodnikiem pomagającym w zmianach, ale też narzędziem do ich dokonania. Jej novum polega na tym, że zawiera elementy niezwykle inspirujące i mające odcień terapeutyczny. Tego w książkach chrześcijańskich na ten temat bardzo brakuje. Na ogół opisane są jedynie pewne trudności w małżeństwie wraz z propozycjami, co można z tym zrobić. To bardzo ważne i te sprawy też poruszam. Jednak czym innym jest opowiedzieć o narzędziu, które pomaga, a czym innym je małżonkom wręczyć… Czytelnicy ocenią sami (śmiech), choć już docierają do mnie głosy i listy od małżeństw, dla których książka stała się inspiracja do zmian, znakiem nadziei, że marzenia mogą się spełnić, początkiem czegoś nowego i pięknego.
Dziękuję za rozmowę.
Michał Piekara – Wraz z żoną Urszulą założył w 2006 roku Fundację Rodzin Pełna Chata, w której cały czas posługuje. Autor licznych artykułów, audycji radiowych i telewizyjnych poświęconych budowaniu dojrzałego narzeczeństwa i małżeństwa. Twórca Romantycznych Wieczorków dla Zakochanych (warsztatów dla zakochanych i narzeczonych) oraz kursu dla małżeństw „Razem przez Życie”. Prowadzi konferencje dla młodzieży akademickiej, narzeczonych i małżeństw w Polsce i zagranicą. Autor książek: „Halo, chłopaki! My potrafimy je kochać!”, „Przytul mnie choć na chwilę… Jak być twórczym mężem?”, „Przytul mnie choć na chwilę… Jak być twórczą żoną?” oraz „Razem przez życie – przewodnik dla małżeństw, które pragną zwyciężać”. Założyciel Przymierza Wojowników. Badawczo zajmuje się czynnikami wpływającymi na trwałość relacji małżeńskiej. Pasjonuje się pogłębianiem wiedzy o Bożym Prowadzeniu. Szczęśliwy mąż Urszuli oraz ojciec dwójki dzieci – Julii i Emilki.