Jestem od zamiatania drogi w Kościele
„Jestem od zamiatania drogi do Kościoła” Z dr Elżbietą Sujak rozmawia Cezary Sękalski
Wyd. Serafin 2009
Dr Elżbieta Sujak, psychiatra i neurolog, wykładowca, przez wiele lat zaangażowana w poradnictwo rodzinne oraz prowadzenie kursów psychologii komunikacji, autorka wielu książek i artykułów oraz… świecka konsekrowana. (z opisu Wydawcy)
Czy wywiad z psychiatrą i neurologiem może być zrozumiały dla ludzi nie mających nic wspólnego z medycyną? Zdecydowanie tak. Dr Elżbieta Sujak w piękny sposób opowiada o swoim powołaniu zawodowym i życiowym oraz o wielu doświadczeniach swojej pracy z człowiekiem i jego rozwojem osobowym oraz z małżeństwami i ich relacjami.
W rozmowie z Cezarym Sękalskim przewijają się sprawa życia duchowego i psychologii, kwestia samotności, odrębności człowieka i jego zdolności do tworzenia relacji. W książce można znaleźć fascynujące opowieści o dojrzewaniu i kształtowaniu człowieka, o pierwszych wykładach z seksuologii dla studentów psychologii (tak, to właśnie dr Sujak je wykładała), o homoseksualizmie, celibacie oraz roli kobiety w Kościele. Można też dowiedzieć się, jak funkcjonowały pierwsze poradnie rodzinne, jak uczono w latach 50. XX w. naturalnych metod planowania rodziny i co było motywacją ku temu. Wiele miejsca zostało też poświęcone powołaniu ludzi konsekrowanych w świecie, trudnościom i radościom związanym z tą nową drogą.
A przez wszystkie te sprawy przeplata się historia życia niezwykłej kobiety od czasów wojennych, poprzez okres przed i po Soborze Watykańskim II, w czasach trudnych dla Kościoła i dla wolności, aż po chwile wielkich zmian politycznych i kulturowych. „Jestem od zamiatania drogi do Kościoła” to niewątpliwie czytelnicze doświadczenie wejścia w bardzo bogatą, mądrą i szczerą rozmowę. Książka naprawdę unikatowa.
Książkę można nabyć w sklepie internetowym www.e-serafin.pl
Dlaczego nosimy ubrania?
Dlaczego nosimy ubrania? Nie jest to bynajmniej pytanie filozoficzne, a tym bardziej nie jest hasłem marketingowym, mającym przyciągać uwagę. Chociaż ciekawa byłabym odpowiedzi, a wraz z nimi i toku Waszego myślenia. Czy zwrócilibyście uwagę, że czasem bywa zimno? Albo – że tak właśnie wszyscy robią? Albo – że przecież nie wszyscy noszą ubrania i pytanie może nie jest zasadne? Albo – że to podkreśla naszą osobowość, indywidualność? Albo – no tak przecież wypada…
W Raju ani Adam, ani Ewa nie nosili ubrań. Czyżby Ogród Eden był niezwykle gorącym miejscem? Czyżby nie było tam żadnych norm, konwenansów? A może to nagość była przyjętą normą? Zbytnie skupienie się na tej sprawie oznacza coś bardzo dobitnie: nienoszenie ubrań wydaje się nam choć trochę dziwne. W XXI wieku już niewiele rzeczy potrafi nas zadziwić czy zszokować, ale jednak chyba nikomu nie przyszło jeszcze do głowy, aby zrzucić odzienie w centrum miasta i tak – jakby nigdy nic – iść do sklepu, do pracy, wsiąść do autobusu, prowadzić rozmowę, itd. Możecie zrobić taki eksperyment myślowy: jak dużo musielibyście otrzymać, aby to zrobić? Albo: jak poczulibyście się w towarzystwie osoby, którą udałoby się namówić do takiego zachowania?
Jak czytamy w Księdze Rodzaju, Adam i Ewa przyodziali się, gdy spostrzegli, że są nadzy. Czyli wcześniej tego nie zauważali? Wcześniej, a to znaczy przed zerwaniem zakazanego owocu, pożądanie nie wzięło góry nad ich miłością. Chyba trzeba powiedzieć wprost: byli nadzy, ale to nie było dla nich ważne. Byli nieodziani, ale umieli ze sobą rozmawiać twarzą w twarz. Byli nadzy i nie wstydzili się! Co zmieniło się, gdy pożądanie wygrało?
Otóż okazało się, że jest inaczej. Odtąd spojrzenie nie było – bynajmniej nie tylko – spojrzeniem miłości. Wkradło się i tu, w ich relację pożądanie. Nie byłoby to czymś bardzo złym, gdyby nie fakt, że odtąd druga osoba mogła jawić się nie w całości, ale w części – i to w tym, co pojawia się pierwsze w kolejności – swojej cielesności. Człowiek mógł zostać potraktowany przedmiotowo i użytkowo. Drugi człowiek (szczególnie kobieta, choć nie tylko) może być postrzegany nie w całości swojej osoby, ale poprzez ciało, poprzez swoją atrakcyjność. Wartość osoby może zostać zdegradowana. Dlatego, aby budować swoją więź, aby poznawać się, musieli zakryć to, co mogło zostać przez drugiego źle wykorzystane. Ubrali się.
Bez-wstydu proszę!
Chociaż nasze czasy coraz mniej lubią (i coraz mniej chętnie stosują) słowo „wstyd”, to jednak nie jest wciąż normą np. chodzenie nago (albo chociaż nieubieranie jakiejś ważnej części garderoby zakrywającej nasze miejsca wrażliwe). Większość z nas odczuwa, że to, co jest najintymniejsze w nas, czyli nasza cielesność, nie jest przeznaczona dla wszystkich. Oczywiście, od razu możemy zapytać, dlaczego więc mamy tyle wypaczeń tej zasady: dlaczego wielu ludzi zgadza się na współżycie na pierwszej, drugiej czy trzeciej randce, dlaczego tak wiele kobiet (i mężczyzn) podejmuje się prostytucji, dlaczego ludzie godzą się na udział w filmach pornograficznych, itd… Ale to nie jest jeszcze – i oby już zawsze – reguła. Nadal dla wielu osób ważne jest, aby dać się poznać drugiemu człowiekowi w odpowiedniej kolejności: najpierw moje „wnętrze” (jakkolwiek abstrakcyjnie to brzmi), czyli moja osobowość, moje zainteresowania, moje ja całościowe, itd. I dopiero gdy mam pewność akceptacji przez drugą osobę, gdy mam zapewnienie miłości – mogę także dać się poznać od najintymniejszych stron. A co ze wstydem wtedy? Otóż rzecz niezwykła: to w małżeństwie miłość absorbuje wstyd!
Wracając do początkowego pytania o powód, dla którego nosimy ubrania… Czy może to być temat do zadziwienia? Czy jednak nie wydaje się to bardzo logiczne?
Temat wstydu w teologii ciała:
K. Wojtyła, Miłość i odpowiedzialność, Lublin 2001.
Jan Paweł II, Mężczyzną i niewiastą stworzył ich, Lublin 2008.
Czystość - coś na swoim miejscu
„Brud to coś, co nie jest na swoim miejscu”
(Mary Douglas, Czystość i zmaza)
Autorka tych słów – jedna z wybitnych antropologów – badała społeczności pierwotne pod kątem ich rozumienia czystości i nieczystości. Jasne było dla niej, że w każdej kulturze istnieje to przeciwstawienie, ale skąd bierze się jego uniwersalność i czy te kategorie rzeczywiście wszędzie są rozumiane jednakowo? Czy po prostu istnieją, ale znaczą nie-to-samo?
Nie chcę streszczać dokonań Douglas, a tym bardziej referować jej książki, jednak to uchwycenie i zdefiniowanie, czym jest brud wydaje mi się godne uwagi. Powyższe rozumienie brudu implikuje – jak stwierdza autorka – dwa warunki: „zbiór uporządkowanych relacji i naruszenie tego porządku” i co za tym idzie: „Brud nie bywa nigdy unikalnym, wyizolowanym zjawiskiem. Tam gdzie jest brud, jest też system. Brud to produkt uboczny systematycznego porządkowania i klasyfikacji rzeczy, o tyle, o ile porządkowanie wymaga odrzucenia nieprzystających elementów”. Przykład, jaki podaje Douglas, to chociażby buty na stole. Same w sobie buty nie są brudne (chyba, że zabłocone), nie są skażone. Natomiast umiejscowienie ich w przestrzeni nie do tego wyznaczonej czyni je brudnymi.
Oczywiście, wiedząc, czym jest brud, możemy stworzyć definicję czystości, która brzmiałaby: „czystość to coś, co jest na swoim miejscu”. Istnieje więc pewien system, istnieją normy, które tworzą zgrabny i sprawny, uznawany i szanowany układ. Poruszanie się wewnątrz niego pozwala nam pozostawać w obrębie czystości, być czystym, być poprawnym, zgodnym z całością. O czystości mówi się dziś w kontekście zachowań w sferze seksualnej. Czyści są ci, którzy wyczekują z rozpoczęciem współżycia do ślubu, czyści są ci małżonkowie, którzy przestrzegają norm personalistycznych w swojej sferze seksualnej. Są czyści, czyli zgodni z normami, zgodni z porządkiem, z ładem. Jednak owi „czyści” przestają być normą, przestają być nawet uznawani za zgodnych z normami, bo zasady zdają się… zmieniać, nie obowiązywać, a może nawet… nie istnieć już więcej.
Nie ma już więcej brudu - we współczesnym głównym nurcie myślowym. Już niewiele co może nas oburzyć. Na bilbordach mogą pojawiać się intymne sceny, w teatrze aktor może się rozebrać, w galerii sztuki można obrażać uczucia religijne lub wystawiać fekalia jako dzieło sztuki (Por. Piero Manzoni i jego praca: Gówno artysty). Cóż więc powiedzieć o seksie przed ślubem czy „skoku w bok”? Przy wcześniejszych, publicznych i bardziej rażących przykładach, te dwa są tylko małą kroplą. Która jednak drąży skałę.
Ogromne zmiany, jakie zaszły w drugiej połowie XX wieku „na Zachodzie” („wolność” kobiet, oderwanie porządku prokreacyjnego od aktu seksualnego, zakwestionowanie wartości rodziców, bunt przeciw normom) rzeczywiście zmieniły świat, zmieniły postrzeganie tego, co białe lub czarne – bo prawdę mówiąc, teraz wszystko jest szare – tylko bardziej szare lub mniej szare. Ale czy te działania odwróciły do góry nogami to, co było „od zawsze”? Czy rzeczywiście zmieniły owe „jądro świata”, zmieniły zasady? Czy tylko to, co zewnętrzne, co powierzchownie ulotne i tylko to, co na pierwszy rzut oka widoczne?... I tylko to, co człowiek może bez głębszego namysłu uznać/odrzucić, aby było prościej?
Mówienie o szarościach jest uproszczeniem. Nie uważam, że nam wszystkim jest obojętne to, jak zdefiniujemy sobie granice przyzwoitości czy czystość. Nie każdy z nas będzie klaskał golasom w teatrze, nie każdy przejdzie obojętnie czy z aprobatą, widząc kolejny plakat-reklamę skierowaną do mężczyzn, gdzie na pierwszym planie jest kobieta w niedwuznacznej pozie. Wciąż wierzymy w podział na czyste – nieczyste, w rozróżnienie tego, co jest na miejscu i tego, co jest nie w swoim przydziale.
Dziwi mnie dodatkowo fakt, że jednak pewne reguły istnieją prawie wszędzie (choć czasem i tak bledną), np. nie na miejscu jest mówić „na ty” do osób dużo starszych lub dużo wyższych rangą (a jeśli ktoś powie, że np. w języku angielskim jest inaczej, to chociaż do królowej tak się zwrócimy), nie na miejscu jest urządzać dyskotekę w nocy, gdy domownicy śpią itd. Owszem, są to normy kulturowe, umowne, ale jednak obowiązujące po to, aby służyć człowiekowi. O ileż bardziej są one potrzebne w dziedzinach, które są naprawdę po-ważne. Jeśli tylko pobieżnie czytaliśmy "Małego Księcia" lub znaleźliśmy tylko jego streszczenie w Internecie, to nawet z tych najprostszych źródeł nie będzie jak skorzystać. Jeśli w domu nie poznaliśmy norm, nie dowiedzieliśmy się, jak budować związek na całe życie, nie zobaczyliśmy nawet, że istnieje coś takiego jako relacja damsko-męska, to jak mamy w to uwierzyć? To już nie są pokolenia buntu, bo coraz trudniej znaleźć punkt wyjścia - wobec czego można się buntować (nie licząc, oczywiście, tych prądów myślowych i ludzi, którzy wciąż głoszą hasła czystości), co przedstawił świetnie Mrożek z swoim „Tangu”, kiedy to Artur szukał właściwego wyrazu buntu wobec „nowoczesnej” i zdegenerowanej rodziny i ostatecznie poniósł klęskę.
Przywołane wyżej rozumienie czystości wydaje mi się szalenie ważne. Pokazuje ono, że zasady nie wypływają z czegokolwiek, z widzimisię, ale z Całości, z dobra, jakie wypływa z systemu. System jest ukierunkowany na dobro. Mówiąc konkretnie: owa czystość przedślubna nie jest po to, aby uprzykrzać życie ludziom, ale po to, by dbać o szeroki kontekst ich obecnego rozwoju i przyszłego życia. I jej uniwersalność opiera się na prostej zasadzie: człowiek ma swoją stałą naturę i proces tworzenia więzi ma swój konkretny "grafik", który pozwala na najlepszy rozwój. Nie jest zatem czystość oderwana od systemu, a więc kwestionując ten element - wstrzemięźliwości (czy wierności itd.), kwestionujemy istotę tej miłości. Tak, możemy się powoływać dalej na naszą miłość, nasze pragnienie itd, jednak to już nie jest Ta Miłość, o jaką chodzi w pierwotnym rozumieniu. To jest miłość, która nie stawia sobie niektórych wymagań, nie żąda wyłączności czy wręcz wierności, nie stawia dobra drugiego ponad przyjemność, itd. I zgoda: jeśli ktoś rozumie miłość inaczej, ma prawo ją inaczej praktykować, ale może wtedy warto robić przypis, mówić o miłości, jak ją rozumiemy. Bo jeśli to samo rozumienie miłości jednym nie pozwala na seks przed ślubem czy zdradę małżonka, i ta sama miłość innym pozwala, to nie ma w tym logiki. Miłość jest pojęciem, którego treść wypełniamy różnorodnie.
A może... Może jednak dobrze, że mamy wybór: opowiadając się za granicą czystości i brudu albo kwestionując je całkiem i czyniąc wszystko dozwolonym. Bo przecież Wszystko mogę, ale nie wszystko przynosi mi korzyść. (I mimowolnie chcę Was odesłać do piosenki zespołu "Love Story" pt. "Mayday".)
Chrześcijaństwo (katolicyzm) w wersji light?
„Powstała osobliwa sytuacja: Kościół jest nieustannie atakowany za coś, czym nie żyje już znaczna część jego członków.” (Gabriele Kuby, Rewolucja genderowa. Nowa ideologia seksualności)
Atak, o jakim pisze autorka „Rewolucji…”, to atak na „konserwatywną” katolicką naukę o czystości i szacunku dla życia, którą Paweł VI potwierdził w encyklice Humanae Vitae w latach rewolucji seksualnej (1968r!) wbrew oczekiwaniom wielu (w tym także ludzi Kościoła), a co wytłumaczył i rozwinął jego następna Jan Paweł II w tzw. teologii ciała.
Osobom z kręgów bardzo bliskich Kościołowi czasem wydaje się, że problem nie istnieje. „Problemu porno-normy nie ma” – jak napisał ktoś w komentarzu. A ja wchodzę na pierwsze lepsze forum i widzę, że problem jest. I co więcej, nikt nie widzi w tym problemu. Bo to jest norma. Nie jakiś tam grzech czy nieczystość. Te słowa nie istnieją. Nie ma co mnożyć bytów ponad miarę. Załóżmy, że w dyskusji tej bierze udział 40 osób. Statystycznie prawie 36 z nich to ochrzczeni katolicy (katolicy w Polsce to blisko 90% społeczeństwa). Przeglądam gazetę czy włączam telewizor i widzę, czym żyje młodzież i ich rodzice. Co nas karmi. Nie dziwię się, że problem (nie nazywany problemem) jest.
Momentem, który wiele osób zaangażowanych w Boże sprawy „uświadamia” o wadze nie-czystości, mogą być studia, czyli zmiana środowiska. Obracanie się w kręgu studentów pozwala poznać ich myślenie o moralności, o czystości, o mieszkaniu przed ślubem, a także zaobserwować ich styl życia. I tu bywa różnie: jedni nie wytrzymują presji, inni stanowią piękny znak dla studenckiego świata. Jedni jak kameleon, nawet nie zmieniając swoich poglądów, wpasowują się w środowisko, inni nawet za cenę wyśmiania i niezrozumienia (ale często też podziwu!) powiedzą, co sądzą i pokażą, jak żyją.
W badaniach przeprowadzonych przez bliską mi osobę na kursach przedmałżeńskich wyszło, że 65% narzeczonych (chcących wziąć ślub po katolicku w najbliższym czasie!) nie widzi żadnego problemu w stosowaniu antykoncepcji. Co więcej, to wcale nie oznacza, że 35% zamierza postawić na katolicką etykę seksualną. Wielu jest niezdecydowanych.
Myślę, że nie dostrzegamy wagi sprawy. Nie wiemy, jak ogromny wpływ na nasze relacje mają wybory w dziedzinie seksualności. I często – nie chcemy wiedzieć, trzymając się zasłyszanych stereotypów, modeli podanych przez media, jednocześnie uznając, że przecież z Kościoła wcale nie trzeba odchodzić, kiedy coś nam nie pasuje (tak jak i innym tuż obok nas). Bo przecież nie warto się trudzić, lepiej kombinować.
W swojej analizie Kuby pisze dalej: „Jednak ten wielki eksperyment nieposłuszeństwa wobec Urzędu Kościoła nie powiódł się. Chrześcijaństwo w wydaniu light nie funkcjonuje. Jedyną rzeczą, jaką powoduje, jest masowe odchodzenie ludzi od wiary i dramatyczny spadek liczby powołań do życia konsekrowanego. Seks przedmałżeński, seks pozamałżeński, wspólne życie bez ślubu, sztuczna antykoncepcja, homoseksualizm, pornografia na co dzień – wszystko dzisiaj całkiem normalne – przeszkadzają w osobistej, żywej relacji z Jezusem Chrystusem. Kto żyje w nieuporządkowanej seksualności, musi selektywnie traktować przesłanie Jezusa. Kto zaś selektywnie traktuje przesłanie Jezusa, nie może Go naśladować – zawsze jednak, do ostatniego tchnienia, może się nawrócić.”
Lubię rozmawiać z osobami zagubionymi w całym tym medialnym bałaganie, którzy potrafią zapytać: to jak to jest? Po co nam czystość przed ślubem? Po co nam w ogóle dziś czystość? Co jest złego w antykoncepcji? I o co chodzi w NPR? Ale tylko wtedy, gdy są otwarci na prawdę, gdy potrafią słuchać, a nie krzyczeć. Gdy są otwarci na prawdziwe dane z wiarygodnych badań i prawdziwe świadectwa ludzi, a nie na niepotwierdzone, rzucone gdziekolwiek informacje. Sama lubię odnajdywać nowe sposoby myślenia i nowe formy odpowiedzi na stare pytania.
I oby takich poszukujących przybywało tu jak najwięcej.
Rewolucja genderowa
Nowa ideologia seksualności
Słownik w moim programie tekstowym nie zna pojęcia gender, co pokazuje dobitnie, podkreślając to słowo czerwoną linią. Oczywiście, jeśli z języka polskiego przejdę na angielski, program nie ma zastrzeżeń. Ale rzecz w tym, że słowo gender przestało być jedynie angielskim wyrazem, stosowanym zamiennie z sex i oznaczającym płeć, a stało się terminem uznanym przez ONZ i UE, aby opisać płeć społeczno-kulturową - bo to kultura w tym sposobie myślenia czyni nas kobietami/mężczyznami, to ona wpaja nam wzorce zachowań. Fakt urodzenia się biologicznie kobietą czy mężczyzną nie determinuje naszych upodobań i predyspozycji - mówi dalej ta teoria. To nasze społeczeństwo stereotypowo przypisuje kobiecie wrażliwość, delikatność, pragnienie macierzyństwa, a mężczyznom dzielność i odwagę, niesienie pomocy słabszym. (Zgodzicie się z tym?) To kultura nas oszukała, zniewoliła! A że taka ideologia nie ma nic wspólnego z chrześcijańskim spojrzeniem na kobietę i mężczyznę, dodawać nie trzeba. (Bo w chrześcijańskiej antropologii płeć człowieka, jego kobiecość/męskość jest częścią jego natury, jego człowieczeństwa i powołania, nie jest czymś przypadkowym i bez znaczenia, nie jest czymś, co mogę swobodnie zmieniać. Jest darem.)
Instytucje badawcze gender studies stają się coraz bardziej popularne na polskich uczelniach (funkcjonując przy wydziałach socjologii), choć wciąż jesteśmy „w tyle” za Zachodem. Te wydziały szczególnie głośno promują idee tolerancji, walki z nierównością społeczną i dyskryminacją. Ale te szczytne hasła niosą ze sobą relatywizm wartości, a wreszcie po nitce do kłębka i swój ważny cel: „przezwyciężenie <<przymusowej heteroseksualności>> oraz stworzenie nowego człowieka, na którego wolność składa się możliwość wyboru i przeżywania tożsamości seksualnej niezależnie od płci biologicznej” (G. Kuby, Rewolucja genderowa, wyd. Homo Dei 2007).
W swojej książce „Rewolucja genderowa. Nowa ideologia seksualności” Gabriele Kuby, Niemka, z wykształcenia socjolog, analizuje tę nową ideologię, wyrosłą po rewolucji seksualnej ’68 roku. Autorka sama była świadkiem przemian, jakie zaszły w niemieckim społeczeństwie. Kuby opisuje nową wizję człowieka „wyzwolonego”, wybierającego swobodnie swoją tożsamość płciową (z wszystkich możliwych opcji), a jednocześnie wskazuje, z jaką mocą ta ideologia zostaje wtłaczana w dzieci – już w przedszkolu, gdzie dzieci są uczone, że każda forma wyrazu seksualności jest dobra a rodzicom wpaja się, że niemowlęta też mają potrzeby seksualne. Co więcej, idea tolerancji kuleje, jeśli chodzi o poglądy odbiegające od gender mainstreaming – czyli rodzice, którzy nie zgadzają się, aby ich dzieci uczono technik masturbacji w przedszkolu, ponoszą prawne konsekwencje. Podobnie rodzice, którzy nie chcą, aby ich syn był uczony przez nauczyciela, który po wakacjach okazuje się nauczycielką (po operacji).
Kuby staje się dla nas prorokiem, mówiąc o procesach, w których samym środku się znajdujemy i dlatego też sami nie możemy ich opisać. Jak można się domyślić, Kuby przez swoją działalność w Niemczech spotyka się ciągle z atakami i wieloma trudnościami. Szczerze polecam jej książki, których w Polsce ukazało się już kilka. Szczególnie zachęcam do „Rewolucji genderowej”, która została napisana przystępnym językiem, zawiera wiele danych, które potwierdzają diagnozy i analizy autorki. Czyta się ją jednym tchem. I mnóstwo spraw staje się o wiele jaśniejszych!
Coś specjalnego! Konkurs!
W czerwcu 2011 Gabriele Kuby była gościem sympozjum „Miłość i odpowiedzialność – wychowanie do czystości po rewolucji seksualnej” (organizowany przez Ruch ku Cywilizacji Miłości). Wygłosiła znakomity wykład (który niedługo będzie dostępny do odsłuchana). Mieliśmy wielki zaszczyt spotkać się z nią. Przy okazji Sympozjum odbyła się promocja nowowydanej w Polsce małej książeczki „Only you”, która jest wstępem do opracowanego przez Kuby kursu dla młodzieży pod tym samym tytułem. Mamy do sprezentowania jedną taką książeczkę z autografem samej Gabriele Kuby!
Do godz. 12.00 w niedzielę (24.07) czekamy na Wasze odpowiedzi na pytanie: Ile książek napisała do tej pory Gabriele Kuby? (Uwaga! Nie wszystkie są przetłumaczone na język polski.) Odpowiedzi wysyłajcie na adres: redakcja@za-kochanie.pl Spośród poprawnych odpowiedzi wylosujemy zwycięzcę.

Seks [nie] zakazany owoc w Biblii
„Gdyby nasze życie było muzyką, seks byłby crescendo”
M. Pearl
Jeśli spojrzeć na powszechnie funkcjonujące stereotypy, znajdujemy się w ambiwalentnej sytuacji. Z jednej strony świat zewsząd bombarduje nas seksem – w filmach, reklamach, gazetach, Internecie, poprzez pieprzne żarciki czy modę (zwłaszcza damską). Wszelkiego rodzaju programy telewizyjne i poradniki chętnie podpowiedzą, jak stworzyć odpowiedni klimat, w jaki sposób czerpać z seksu maksymalną przyjemność, jak się zabezpieczyć przed ciążą i chorobami przenoszonymi drogą płciową. Dylematem jest, czy iść do łóżka już na pierwszej randce, czy warto jednak „trochę” odczekać (dwa tygodnie? miesiąc? dwa? pół roku?) Ów „rozpasany” obraz silnie kontrastuje z tym propagowanym przez Kościół, gdzie stawia się przede wszystkim na czystość przedmałżeńską (i czystość w ogóle) oraz naturalne sposoby regulacji poczęć. Stosunkowo niewiele mówi się jednak w tych środowiskach o zmysłowej relacji między małżonkami. Tę „lukę w systemie” skwapliwie wykorzystują ateiści w swojej batalii przeciwko Kościołowi. Padają stwierdzenia typu: „Zabrania seksu”, „Pozbawia przyjemności”, „Ogranicza”.
Czy to znaczy, że Kościół potępia seks? Czy wierzący i praktykujący katoliccy małżonkowie powinni nastawić się stricte na prokreację, a rozkosze łoża odstawić na bok jako grzeszne i złe?
Michael Pearl w swojej książce proponuje na nowo przyjrzeć się „tym” sprawom, za punkt wyjścia i najlepszy przewodnik obierając… Biblię! Autor zdaje sobie sprawę z wielorakich mitów, jakie narosły na temacie miłości zmysłowej oraz poczucia winy, jaki staje się udziałem wielu par chcących żyć „po Bożemu”. Wykorzystując cały szereg różnorodnych fragmentów z Pisma Świętego (m.in. z Ksiąg: Rodzaju, Ezechiela, Izajasza, Ozeasza, Psalmów oraz Ewangelii, Listów Apostolskich i Apokalipsy) stara się pokazać i udowodnić, że cielesny związek między małżonkami jest nie tylko niewyobrażalnie piękny, ale też dobry, gdyż jest darem od samego Stwórcy!
„Jeśli czujecie, że erotyczna przyjemność między mężczyzną a jego żoną jest niegodna świętości Boga, że nie jest równie wzniosła i święta, jak najbardziej szczere uwielbienie dla Niego, to nie jesteście w harmonii z Bogiem i wasze sumienie potrzebuje Bożej instrukcji. Nie przestawajcie teraz czytać”.
Co więcej – natchnieni autorzy Pisma Świętego niejednokrotnie sięgali po „miłosne” metafory, aby zobrazować relację między Bogiem a człowiekiem, czego najbardziej ewidentnym i znanym przykładem jest cała Pieśń nad Pieśniami. I właśnie tej niezwykłej, pozornie tak niepasującej do reszty Biblii księdze autor Seksu… poświęca szczególną uwagę. Przekłada jej treść na bliższą i bardziej zrozumiałą dla współczesnego czytelnika, okraszając ją przy tym niezwykle interesującymi i inspirującymi komentarzami. Co ciekawe (i równocześnie nieco kontrowersyjne), skupia się na literalnym, a nie metaforycznym odczytaniu PnP:
„Jeżeli sprzeciwiasz się uznaniu seksualnej zawartości Pieśni Salomona za ważną i mającą praktyczne zastosowanie dla wszystkich zamężnych par, to ty najbardziej jej potrzebujesz”.
W tej fascynującej, choć niewielkiej rozmiarowo książce małżonek z trzydziestoletnim stażem akcentuje także istotne miejsce seksu w życiu męża i żony, porusza kwestie poczucia winy (i przezwyciężenia go) czy wynaturzeń w sferze erotycznej.
Ogromną zaletą tej książki jest to, że świetnie łączy erudycyjny, teologiczny wywód z osobistymi refleksjami i przeżyciami autora. Wspaniale się ją czyta, strona po stronie coraz bardziej zachwycając się fenomenem tego niezwykłego daru, jakim jest płciowość, zdolność do wspólnego przeżywania jej i dopełniania się w akcie miłości małżeńskiej.
Polecam!
Michael Pearl, Seks [nie] zakazany owoc w Biblii (Holy Sex, Songs of Salomon), Oficyna Wydawnicza „Vocatio”, Warszawa 2011.
Kobieca seksualność
Tajemnice Ewy. Jak zrozumieć kobiecą seksualność?
wyd. Logos
www.logos.warszawa.pl
O tym, że kobieta nie jest istotą zbyt prostą wiedzą i same kobiety, i mężczyzny. Ona jest po prostu skomplikowana i złożona. Ale ta złożoność nie jest całkowitą dysharmonią czy chaosem. Istnieją w kobiecie pewne struktury, które warto poznać i zrozumieć. A jakie to przynosi dobre skutki, chyba nie trzeba przekonywać.
Powstało już wiele książek o psychologii czy duchowości kobiety. To bardzo cenne propozycje. Jednakże książka o poświęcona w całości seksualności kobiety jest swego rodzaju novum. Temat to przecież niełatwy a tym bardziej dość złożony. A jednak autorzy podołali. Książka jest oparta na wielu badaniach, wypowiedziach czy też zwierzeniach kobiet z różnych środowisk i w różnych sytuacjach życiowych. To sprawia, że treść uderza w samo sedno problemu, odpowiada na konkretne pytania.
Z książki można dowiedzieć się, jaki naprawdę wpływ mają hormony na kobiecą seksualność, jaki jest popęd płciowy kobiet i co na niego wpływa, jak radzić sobie z kryzysem energii (i co go powoduje), a także czego kobiety naprawdę pragną.
Autorzy mówią o sprawach intymnych w sposób bardzo delikatny i taktowny ale nie w sposób pruderyjny.
Bardzo dobra lektura zarówno dla pań, jak i dla panów!
Człowiek realizuje się w ciele
Fragmenty wywiadu pochodzą z czasopisma "W drodze" nr 9 (421) 2008
Zachęcamy do przeczytania całości!
(…)
Zasadnicze zło moralne przedmałżeńskich pieszczot seksualnych polega na tym, że istnieje możliwość zajścia w niechcianą ciążę i wystawienie się na pokusę aborcji czy istnieje jednak jeszcze jakieś inne, wewnętrzne zło takich zachowań?
Oczywiście, że istnieje. Dialog między płciami polega na dopełnianiu się odmiennych spojrzeń, odmiennych wrażliwości. Tutaj on niszczeje. Naskórkowość i pozostawanie wyłącznie na płaszczyźnie odreagowania i przyjemności prowadzi do banalizacji wszelkiej międzyosobowej wymiany. To nie jest forma przekazu, wzbogacania się, nie jest to żadna forma obdarowywania się sobą. To tylko poszukiwanie przyjemności.
(…)
Życie erotyczne przeżywane w czystości pomaga człowiekowi rozwijać się duchowo?
Naturalnie. To wynika z nierozdzielności ducha i ciała. Równocześnie musimy jednak zobaczyć, że człowiek jest z jednej strony osobą cielesną, a z drugiej strony jest ciałem uduchowionym. Jedność. To bardzo ważne. Czystość zachowań w sferze ciała jest nieodłącznym, koniecznym elementem wzrostu duchowego.
Niektórzy powątpiewają, że stosunek do własnego ciała i stosunek do ciała małżonka ma rzeczywisty wpływ na nasz rozwój duchowy. „Ciało to tylko ciało, a duch to duch”. Tymczasem Kościół głosi, że ciało ma udział w rozwoju ducha, a duch w integracji ciała. Ciało wyraża, symbolizuje ducha.
(…)
Jaka jest różnica między antykoncepcją a naturalnymi metodami planowania rodziny? Zwolennicy tej pierwszej powiedzą, że taka jak między noszeniem bielizny z tworzyw sztucznych a noszeniem bielizny bawełnianej.
Można tak mówić tylko wtedy, kiedy kompletnie się nie rozumie, na czym polega naturalne planowanie rodziny. O co chodzi w antykoncepcji? Otóż, antykoncepcja to czynienie się bezpłodnym, to blokowanie twórczych sił w człowieku. A to już jest patologia. Mentalność antykoncepcyjna polega na tym, że człowiek nie potrafi przyjąć własnej płodności i z niej rezygnuje. Natomiast gdy stosuje się naturalne metody planowania rodziny, biologiczny rytm płodności pozostaje nienaruszony. W ten sposób nie odcinamy się od tego, co w nas płodne. Małżonkowie świadomie niestosujący antykoncepcji zawsze pozostają płodni. Trzeba widzieć istotną, biegunową różnicę między tymi małżeństwami, które stosują antykoncepcję, a tymi, chcą kierować własną płodnością, opierając się na naturalnym cyklu płciowym kobiety.
(...)
Zło antykoncepcji w istocie nie polega na tym, że urodzi się mniej dzieci, ale że człowiek staje się bezpłodny duchowo? To znaczy – czy antykoncepcja przede wszystkim wywiera niewłaściwy wpływ na rozwój wewnętrzny tych, którzy ją stosują?
Tak. Musimy to wyraźnie powiedzieć. Są ludzie, którzy – przepraszam za określenie – zabierają się do poczęcia dziecka, odblokowując zdolności prokreacyjne. Odstawiają pigułkę, wyjmują spiralę, zdejmują prezerwatywę. Robią to po to, aby w tym czasie dorobić się dziecka, po czym, po jego urodzeniu, znów wracają do pigułki i spirali. Ci ludzie nie są w pełni odpowiedzialni ani za siebie, ani za dziecko. Nie panują nad popędem i nad własnym stosunkiem do dziecka.
Płodność jest zjawiskiem biologicznym, jest owocem ciała, które jednocześnie uczestniczy w duchowym obdarowywaniu się małżonków. W antykoncepcji to, co duchowe, stopniowo jest wymazywane, odrzucana jest nie tylko płodność biologiczna, ale i duchowa. Uczynienie się bezpłodnym nie dotyczy wyłącznie ciała. Niemożliwe jest, żeby człowieka uczynić sterylnym tylko cieleśnie. Jest to równocześnie osłabianie ducha. Albo jesteśmy czyści i zdolni do duchowej kreatywności, albo nieczyści i pozbawieni możliwości, które w nas tkwią. Jedno albo drugie, trzeba wybierać. Czyniąc bezpłodnym ciało, jednocześnie czynisz bezpłodnym ducha, zatem kastrujesz całego siebie.
WŁODZIMIERZ FIJAŁKOWSKI ur. 1917, ginekolog położnik, więzień obozów koncentracyjnych, szykanowany przez Komitet Uczelniany PZPR Kliniki Ginekologii i Położnictwa w Łodzi za odmowę dokonywania aborcji, został zwolniony z pracy, w roku 1981 oficjalnie przeproszony wrócił na uczelnię, gdzie w 1992 roku otrzymał tytuł profesora, twórca Szkoły Rodzenia i promotor programu Naturalnego Planowania Rodziny, autor ponad 150 artykułów oraz 26 książek, zmarł w 2003.
Burza hormonów... Dlaczego teraz?
Dlaczego teraz, kiedy mamy kilkanaście lat, przeżywamy istną burzę hormonów, a przecież nie możemy planować małżeństwa wcześniej jak za 10 lat? Czy czystość nie jest tu heroizmem?... Albo czymś wbrew naturze?
Myślę, że jest kilka powodów. Chyba najbardziej oczywistym jest fakt, iż w naszym nowoczesnym świecie ludzie pobierają się w późniejszym wieku niż czynili to nasi przodkowie. W wielu kulturach dziewczęta wychodziły za mąż krótko po uzyskaniu dojrzałości płciowej, a chłopcy mogli żenić się około 18-stki. Oczywiście, czasy się zmieniły i nie zachęcam, aby licealiści oświadczali się koleżankom z podstawówki.
Innym powodem późnego małżeństwa jest fakt, iż w naszej kulturze ludzie dorastają trochę później. W wielu społeczeństwach na Ziemi chłopcy stają się mężczyznami jako nastolatkowie. Dostają pracę, uczą się troski o samych siebie oraz przygotowują się do wzięcia odpowiedzialności za całą rodzinę. Bywają – nierzadko – przypadki panów 28-letnich, którzy całymi nocami grają w gry komputerowe. Istnieją oczywiście osoby, które dojrzewają wcześnie, ale nasze społeczeństwa są bardziej nastawione naukowo i młodzi wybierają studia czy karierę przed swoim życiem rodzinnym. To jest właśnie wybór.
Ważnym powodem związanym z powyższym jest ukazanie, że Bóg nie popełnił błędu, kiedy nas stwarzał. My po prostu zmieniliśmy tradycje małżeńskie na nasz styl. I nie sugerowałbym wczesnego ślubu, ale po prostu mądrość we wszelkich pożądaniach ciała a także w trakcie burzy hormonów.
W Pieśni nad Pieśniami (Pnp3,5) czytamy: “nie budźcie ze snu, nie rozbudzajcie miłości, póki nie zechce sama.” Niestety media rozbudzają w nas pożądanie. Badania wykazują, że przeciętny nastolatek zobaczy 14 tysięcy aluzji i odwołań o zabarwieniu seksualnym każdego roku!
Teraz możesz myśleć: “Ja niczego nie rozbudzam. Te pragnienia biorą się znikąd, samoistnie!” Musisz wiedzieć, że sam Bóg dał Tobie te pragnienia. Pamiętasz z Księgi Rodzaju, co stało się kiedy Adam pierwszy raz zobaczył Ewę? Krzyknął: „Ona jest ciałem z mego ciała i kością z mojej kości!” Zobaczył wtedy w niej uzupełnienie siebie i poczuł się pociągnięty do tego, by dać jej dar z siebie jako odpowiedź. Ta potrzeba uczynienia z siebie daru dla kobiety jest wszczepiona w twoje ciało i w jej ciało. I to jest całkowicie dobre!
Ale mamy także te pragnienia jako single po to właśnie, abyśmy nauczyli się nad nimi panować. Jeżeli mężczyzna nie nauczy się samokontroli przed małżeństwem, nie będzie potrafił naprawdę kochać swojej żony. Będzie jej po prostu używał. Kontrolować swoje pożądania teraz to trenować się w wierności i oddaniu. Ponadto, jeśli teraz wejdziesz całkowicie w swoje popędy, zobaczysz, że nie jesteś wcale spełniony. Pewien młody chłopak powiedział: „Zacząłem zauważać, że im więcej seksu otrzymywałem, tym bardziej go chciałem. Zawsze słyszałem, że kiedy się już zaspokoję, to całe napięcie mija, ale jest właśnie odwrotnie. Współżycie zwiększało moje pożądanie. Nie mogłem się ani opanować, ani być naprawdę usatysfakcjonowanym”.
Zatem rozwiązaniem na nasze pragnienia "singla" (czy też osoby w jakimś związku, ale dorastającej dopiero do małżeństwa) nie jest ślepe poddawanie się poruszeniom ciała, ale opanowywanie ich ze względu na miłość. W moich relacjach odkryłem, że najłatwiej było zachować czystość i niewinność, kiedy byliśmy naprawdę czyści. Współczesna logika powiedziałaby inaczej: że jeśli chcesz być abstynentem, musisz się w jakiś sposób wyładować i tylko to zachowa cię od innych pokus. Każdy człowiek, który jest szczery z samym sobą zrozumie, co to za żart. Tym sposobem pragnienie tylko wzrasta.
Na podstawie: www.chastity.com
Tłum. Katarzyna Więcka
Czy "czyści" mają mniejszy popęd seksulany?
Czystość nie oznacza braku pociągu seksualnego (ani jakiegoś znacznego obniżenia libido). Czystość jest odmówieniem pierwszeństwa swojej pożądliwości na rzecz wymagań miłości. Stawia ona miłość ponad hormonami. Do tego potrzebny jest prawdziwy charakter! Pewien młody mężczyzna powiedział: „Ktoś kiedyś stwierdził: możesz osądzić swój charakter przez sprawy, które robisz prywatnie. Powiedziałbym więcej: możesz oceniać swój charakter przez to, co robisz ze swoją dziewczyną.” (1)
Inni ludzie często pytają „czystych”, czy praktykują to, co głoszą. Gdy mówimy, że zachowaliśmy dziewictwo dla małżonka, słuchacze są zadziwieni i wtedy pada kolejne pytanie: „Więc nie miałeś wtedy ochoty?” Dzisiejszy świat nie może sobie wyobrazić młodego człowieka ze swoimi popędami i pożądaniami, których nie realizuje. Pracowanie z Bożym planem nie eliminuje pożądań, ale je porządkuje. Osoba „czysta” doświadcza seksualnej atrakcyjności w całej jej intensywności, ale stawia miłość ponad tym wszystkim.
Kiedy odmawiasz pójścia za Bożym planem, możesz nazywać siebie seksualnie „wyzwolonym”, ale tak naprawdę właśnie wtedy stajesz się niewolnikiem swoich hormonów. Zamiast kochać całą osobę, kochasz tylko jej ciało – co już nie jest miłością. Kiedy pożądliwość opanowuje całą miłość, człowiek redukuje drugą osobę do jej cielesności.
Spójrzmy na tekst piosenki “Mambo Number 5.”: ‘Troszkę Rity to wszystko, czego potrzebuję; troszkę Tiny jest tym, co widzę; troszkę Sandry jest moim słońcem; troszkę Marii przez całą noc; troszkę Jessicy i już tam jestem; troszkę ciebie czyni mnie twoim mężczyzną!'
Dlaczego tylko „troszkę”? Bo piosenkarz nie jest wystarczającym facetem, aby utrzymać i pokochać całą kobietę. Pożądliwość pozwala nam redukować innych do „troszeczkę”.
I dlatego nieczystość nie jest nigdy satysfakcjonująca albo wolna. Trzeba się nauczyć, że nie można osiągnąć pełni, zubożając największe wartości i dary. Prawdziwa satysfakcja i wolność czeka właśnie tam, gdzie nowoczesny świat tego nie chciałby znaleźć – w czystości. Ona pozwala nam opanowywać siebie i pozostawać prawdziwie wolnym. Jak mówi KKK: „Alternatywa jest oczywista: albo człowiek panuje nad swoimi namiętnościami i osiąga pokój, albo pozwala zniewolić się przez nie i staje się nieszczęśliwy.”(2)
Tłum. Katarzyna Więcka
Źródło: www.chastity.com
_____________
1. True Love Waits, "Interview with a Non-virgin," 15 April 2001 (www.lifeway.com/tlw/tns_adv_wjjarc.asp).
2. KKK 2339
Wyszukiwarka
Ostatnio na Forum
-
-
- Mężczyzna i NPR
- 3 tyg., 4 dni temu
-
Tagi
Ostatnie komentarze
-
Zgadzam się w 100% z treścią artykułu :)! Pamiętam tę…
Napisane przez Agnieszka Kowal
na piątek, 27 kwietnia 2012 14:15
-
Dla mnie ta rzeźba jest piękna w formie i bardzo…
Napisane przez Ewa Maria
na środa, 25 kwietnia 2012 17:29
-
Dobry, pomocny tekst. Dzięki wielkie :-)
Napisane przez Maciej Kryczka
na czwartek, 12 kwietnia 2012 09:30
-
Wspaniałe :)
Napisane przez Agnieszka Kowal
na wtorek, 20 marca 2012 22:23
-
Uwielbiam tę książkę! Sięgam po nią przynajmniej raz w roku…
Napisane przez Agnieszka Kowal
na wtorek, 20 marca 2012 22:15