Często, gdy czytam o wędrówce Izraelitów do Ziemi Obiecanej, łapię się za głowę. Naród Wybrany w tej wędrówce był narodem za przeproszeniem dość wrednym i niewdzięcznym. Mówi się o nich „Kościół pustyni”. Czas tej osobliwej pielgrzymki do nowego życia był mocną szkoła zarówno dla Żydów, jak i dla samego Mojżesza – przywódcy. Tego, w którym chcemy szukać wzoru.
Z Egiptu do Ziemi Obiecanej można było przejść dość szybko. Na pewno w wiele krótszym czasie niż 40 lat. Jednak Izraelici nie byli gotowi na wejście tam od razu. Przestraszyli się wojsk, które strzegły tych terenów. Tak, jak Bóg potrzebował czterdziestu lat dla Mojżesza wśród Madianitów, tak i 40 lat trzeba było całemu narodowi, by z tłumu niewolników zrobić armię.
Ważniejsze jest, dokąd się idzie niż skąd się wychodzi. Jedną z przypadłości wędrującego ludu była nieumiejętność odwrócenia wzroku od tego, co było w Egipcie. Nie wpatrywali się w cel, ale wspominali z rozrzewnieniem Egipt, którego uroki, obiektywnie patrząc, nie były dla nich zbyt atrakcyjne. Brakowało im zaufania Bogu, który był przy nich w tej, morderczej miejscami, drodze. Brakowało im wiary w to, że Bóg się o nich zatroszczy, brakowało oddania się Jego prowadzeniu. Charakterystyczny był dla nich słomiany zapał. Po cudach, których dokonywał Bóg, przychodził moment próby czy znużenie i natychmiast pojawiało się szemranie. To chyba kolejne postawy, które brzmią nam znajomo, nieprawdaż?
Cuda
Nie pomogło przejście przez Morze Czerwone. Euforia była chwilowa, a znak tak niesamowity! Mojżesz był spokojny, uwierzył Bogu, był pewien Jego interwencji. Po ludzku jak zwykle, wszystko wydawało się bez sensu. Z tyłu goniący ich Egipcjanie, z przodu Morze. Potrzebny był krok wiary. Nie było tak, że najpierw morze się rozstąpiło, a potem naród ruszył. Potrzebne były ich kroki, postawa zaufania. Najpierw naród ruszył, w efekcie morze się rozstąpiło. To wydarzenie utwierdziło też Mojżesza w misji prowadzenia tych ludzi. Bóg naprawdę był z nim. Oni przeszli, morze się zamknęło. Nie było już odwrotu.
Napędzeni tym cudem, szli trzy dni bez przerwy. Gdy zabrakło wody, zaczęli szemrać. Było to kolejne pole do popisu dla Mojżesza. Napotkali wodę, która była gorzka. Bóg oczekiwał od Mojżesza kolejnego kroku wiary. Wrzucone do wody drwa, uczyniły ją słodką. Po ludzku było to niemożliwe, ale Bóg znalazł po raz kolejny u Mojżesza wiarę i to pozwoliło na kolejny cud. W naszym życiu takim drewnem jest krzyż. Wrzucenie go w wody naszej goryczy, niepewności czy jakiejkolwiek trudności, skutkuje tym, że wody stają się słodkie. Uderzenie laską o skałę było podobnym doświadczeniem. Wobec braku wiary ludu, Bóg oczekuje od Mojżesza kolejnego niedorzecznego gestu. Ta próba również została „pozytywnie zaliczona”. Wątpliwości narodu zostały rozwiane. Przyszedł jednak moment, gdy Bóg oczekiwał jeszcze większej niedorzeczności. Mówienie do skały, które miało poskutkować wyprowadzeniem wody, narażało na śmieszność. Mojżesz użył tu starego schematu i uderzył laską. Woda wypłynęła, ale nie to było najważniejsze. W tym przypadku Mojżesz nie uwierzył Bogu i konsekwencje tego ponosił przez resztę życia. Dalszą drogę pokonywał ze świadomością, że nie będzie mu dane wprowadzić Izraela do Ziemi Obiecanej. Ta obietnica ze strony Boga była bezwzględna, ale była przede wszystkim konsekwencją zwątpienia Mojżesza. Mimo wszystko, Bóg sprytnie to wykombinował. Szczegóły znajdziecie pod koniec.
Mojżesz żył w ciągłej przyjaźni z Bogiem, mimo iż nie był doskonały i czasem brakowało mu całkowitego zawierzenia. Był drzewem wydającym dojrzałe owoce. A w takie drzewo przeważnie rzuca się kamieniami. Były to kamienie niezrozumienia, zazdrości, szemrania, rozłamu wewnątrz narodu. Mojżesz nie chciał się usprawiedliwiać. Wiedział, że Bóg przygotował dla niego taką, a nie inną drogę i był wobec tego pokorny. Szukał natomiast pojednania wśród Żydów, których część zbuntowała się. Inna sprawa, że Bóg dla buntowników widział jedną drogę – śmierć. Ważne jednak, że postawa Mojżesza była tu odpowiednia. Czy my również staramy się jako mężowie, ojcowie, narzeczeni, przyjmować „na klatę” obelgi? Czy umiemy się do nich zdrowo ustosunkowywać? Czy potrafimy szukać pojednania? Czy jest w nas pokora i otwartość, którymi odznaczał się wobec Boga Mojżesz?
Bóg przekracza nasze ludzkie możliwości. Widać to na przykładzie manny i przepiórek, którymi na pustyni żywili się Izraelici. Musieli zostawić to, co było w Egipcie. Odciąć się od wspomnień o cebuli i czosnku. Tych „smakołyków” mieli tam pod dostatkiem. Bóg miał dla nich coś o wiele lepszego. Mannę dostawali codziennie i nie mogli jej przechowywać. Byli przez to zależni od Boga. Nie było szans na jakiekolwiek gromadzenie zapasów. Wymagało to od nich postawy zaufania. Jednak po jakimś czasie manna ich znudziła. Bóg w cudowny sposób zaopatruje ich, a oni wybrzydzają. W efekcie Mojżesz popada w depresję. Ma dosyć. W tym wszystkim kieruje swe kroki w stronę Boga. To było jego siła. Wylał przed Bogiem swoje wnętrze - ból, gorycz związaną z prowadzeniem tych ludzi. Ta postawa otwartości była bardzo ważna. A nieprzewidywalna odpowiedź Boga to przepiórki. Nikt nie spodziewał się takiego rozwiązania. Ten wątek pokazuje, że Bóg troszczy się o nas, panowie. Często tego nie widzimy i nie doceniamy. Zbyt łatwo przychodzi nam narzekanie.
Zniewolenie
Każdy z nas ma w życiu jakiegoś cielca. Bożka, który nas odciąga od jedynego Boga. Wiążą się z tym walki duchowe, które musimy toczyć, jeśli chcemy budować zdrową relację i być głową szczęśliwej rodziny. Również tego możemy uczyć się od Mojżesza. W wędrówce przez pustynię przyszedł moment, gdy udał się on na górę, by rozmawiać z Bogiem. Nie było go 40 dni, a naród znał go również od strony uciekiniera, który swego czasu ulotnił się z Egiptu. Zniecierpliwieni, sprzeniewierzyli się przymierzu, jakie Bóg z nimi zawarł. To Jahwe miał być ich Bogiem, a oni mieli być Jego narodem. Tymczasem 40 dni oczekiwania na Mojżesza skutkuje ulaniem złotego cielca, któremu zaczęli oddawać cześć. Znaleźli sobie nowego boga. Takiego po swojej myśli. Chcieli mieć boga, którym mogliby sterować. Myślę, że spokojnie możemy odnieść te słowa także do siebie. Nie dość, że sami musimy walczyć ze swoimi cielcami, to jako przyszłych lub obecnych mężów i ojców, Bóg stawia nas w roli tych, którzy powinni walczyć także z cielcami naszych najbliższych, naszych żon i dzieci. Mojżesz, gdy zszedł z góry i zobaczył swój naród, czczący jakiś bezwartościowy wymysł, ze złości rozbił o ziemię tablice z przykazaniami otrzymanymi od Pana. Wpadł w straszliwy Boży gniew. Gdy ujrzał cielca i tańczących wokół niego Izraelitów, porwał go i spalił, totalnie go zniszczył. Życzę każdemu z was takiej zapalczywej postawy wobec zniewoleń swoich bliskich. Mojżesz schodzący z góry, z przykazaniami w rękach, jest dla nas wzorem mężczyzny reagującego i walczącego z grzechem ludzi, których powierzył mu Bóg.
Zanim Mojżesz zszedł z góry, wiedział, co dzieje się na dole. Bóg mu to zrelacjonował. Tu widzimy kolejną ważną cechę przywódcy narodu. On błagał Boga za swój naród. Prosił, by powstrzymał swój gniew. Tego również musimy się uczyć. W naszych działaniach i walce nie możemy zapominać o modlitwie, która jest fundamentem tego wszystkiego.
Nagroda
Widzimy, że Mojżesz nie miał łatwo. Prowadzenie narodu wymagało od niego postawy zawierzenia, stanowczości, odporności na obelgi. Mówi się o nim jako o wielkim proroku i przywódcy. Jego misja została zakończona sukcesem. Taki Boży upór w dążeniu do celu i trwanie w wielkiej przyjaźni z Bogiem, pozwoliły mu uczynić z Izraela wolny naród. Był dla Boga wspaniałym narzędziem. Cała ta historia, nie opowiedziana przecież w całości, pokazuje nam, ile go kosztowała najpierw wewnętrzna przemiana, a potem wędrówka z narodem wybranym, której celem zasadniczo było wewnętrzne wyzwolenie tych ludzi. Tylko tacy mogli posiąść Ziemię Obiecaną. Tylko tacy mogą być szczęśliwi. I wydawałoby się, że idealną puentą historii Mojżesza byłoby Jego triumfalne wkroczenie na czele ludu do Kanaanu. Bóg jednak zaplanował to inaczej.
Myślę, że koniec tej historii odzwierciedla to, co czeka nas panowie, jeśli damy się Bogu prowadzić na naszej małżeńskiej i rodzinnej drodze. Mojżesz ujrzał piękno Ziemi Obiecanej – tego celu, który pochłonął ostatnie 40 lat jego życia. Dla Izraelitów ten widok był wstępem do lepszych dni. Dla Mojżesza zaś, ten widok był przedsmakiem nieba. Miał za sobą szkołę faraona, była też szkoła Madian, przeszedł w końcu katorżniczą szkołę pustyni, a teraz przyszedł czas na szkołę niebios. Mojżesz był posłuszny do końca. Siły go nie opuściły i spokojnie mógł dowodzić narodem. Jednak tę misję Bóg przeznaczył Jozuemu. Dla Mojżesza nagrodą za cały ten nieopisany trud było niebo. Umarł, mając 120 lat i, o ile misja wprowadzenia narodu do Ziemi Obiecanej zakończyła się sukcesem, cóż powiedzieć o tym, jak zakończyła się jego osobista misja. Taką „puentę” Bóg ma w planach dla każdego z nas. Wzorujmy się na Mojżeszu, by osiągnąć niebo.
Mam nadzieję, że ta dwuczęściowa opowieść nie tylko zainspiruje was do dobrych zmian w postępowaniu i postrzeganiu swojej misji jako mężów i ojców, ale też zachęci do prześledzenia i przemedytowania Księgi Wyjścia, Liczb i Powtórzonego Prawa. Ten artykuł był zarysem najważniejszych spraw, a tam jest zawarta cała ta historia, z której możemy czerpać garściami dla naszego męskiego ducha.
________________________________