A jak odbywa się zdobywanie kobiety?
Zdobywanie kobiety dziś też odbywa się inaczej niż np. w czasach prehistorycznych. Już nie wystarcza mocny chwyt za włosy i zręczne wciągnięcie szamoczącej się niewiasty do swojej jaskini. To wymaga nieco większej finezji, może nawet jest to najtrudniejsze zadanie dla mężczyzny, który na ogół lepiej radzi sobie raczej z materią nieożywioną. W końcu większość męskich zawodów to właśnie praca w takim nieożywionym środowisku: na budowie, w warsztacie samochodowym czy w biurze maklerskim, gdzie głównie obcuje się ze słupkami liczb… Natomiast jeśli mężczyźni pracują z ludźmi, to ich relacje zawodowe często są czysto formalne, zadaniowe i nie ma w nich miejsca na jakieś głębsze więzi.
Kiedy mężczyzna wchodzi w relację z kobietą, nagle otwiera się przed nim zupełnie nowy horyzont. Świat kobiecej wrażliwości jest pełen komplikacji, subtelnych niedopowiedzeń i oczekiwań przekazywanych za pomocą delikatnych aluzji – to dla niejednego mężczyzny zupełnie nowa rzeczywistość. To planeta Wenus – jak twierdzi John Gray – na której mieszkańcy Marsa czują się na początku bardzo zagubieni. Z czasem jednak na szczęście zaczynają mozolnie uczyć się nowego języka porozumienia, który oprócz intelektu domaga się także pewnej sprawności na polu emocji. Zwykle nauka ta trwa przez całe życie…
Oczywiście istnieją mężczyźni typu macho, którzy uważają, że swoją brutalną pewnością siebie i wtartą we włosy brylantyną, są w stanie rzucić na kolana każdą kobietę, na szczęście nie jest to jednak trend dominujący. Dziś zdobywanie kobiety polega na subtelnej próbie pozyskania jej przychylności i niejako na zasłużeniu na jej miłość i zaufanie. Mężczyzna chce przyciągnąć uwagę swojej wybranki, próbuje być miły, czasem zaczyna prężyć muskuły albo pokazuje, jaki jest sprawny intelektualnie. A zatem chce być zauważony i doceniony. Jeśli kobieta przyjmuje te zaloty i daje swoje przyzwolenie, zaczyna się wspólne spędzanie czasu (tzw. chodzenie) i wzajemne poznawanie się. W cywilizacji patriarchalnej, która dziś odchodzi w przeszłość, to jednak nie wystarczało. Kandydat na męża musiał przede wszystkim udowodnić, że jest w stanie utrzymać rodzinę na odpowiednim poziomie.
W powieści Pasja życia Irvina Stone’a, zakochany Van Gogh prosi o rękę swojej wybranki najpierw jej ojca, oświadczając przy tym, jakie są jego roczne dochody i na jakim poziomie jest w stanie zapewnić jej życie.
Również w Biblii możemy znaleźć wiele tego typu ciekawych przykładów. Jakub, aby poślubić Rachelę, musiał służyć ojcu, Labanowi przez siedem lat, a – jak czytamy w Księdze Rodzaju – wydały mu się one jak dni kilka, bo bardzo miłował Rachelę (29, 20). Później został oszukany i zamiast swojej ukochanej otrzymał podstępem za żonę jej starszą siostrę Leę. I znowu, aby poślubić Rachelę (w tamtejszych czasach funkcjonowała bowiem poligamia), musiał pracować jeszcze kolejne siedem lat, czyli łącznie czternaście. Ilu mężczyzn dziś byłoby stać na taką determinację i poświęcenie?
Z kolei Mojżesz, wziął w obronę przed pasterzami córki Jetry, kapłana Madianitów i pomógł im napoić owce. W ten sposób na tyle potwierdził swoje walory osobowe i zaskarbił sobie życzliwość ich ojca, że został przyjęty do jego domu, a z czasem nawet otrzymał za żonę jego córkę Seforę (por. Wj 2, 16-22. 3, 1). Potem, mimo że jego teść był bogaty, też nie jadł darmo chleba, ale był pasterzem jego owiec. Widać zatem, że nie wystarczyły – jak to bywa dziś – piękne oczy i „niezła nawijka”. Mężczyzna był kiedyś po prostu krótko trzymany.
Z drugiej strony patrząc, zdobycie kobiety to było prawdziwe wyzwanie dla mężczyzny. Przyszły teść zdawał się mówić: „chcesz moją córkę za żonę, to musisz zapracować, pokazać, że jesteś człowiekiem prawym, pracowitym, odpowiedzialnym, że będziesz potrafił utrzymać ją i dzieci, które przyjdą na świat”.
Dziś czasem krytykuje się społeczeństwa patriarchalne, zarzuca się im, że to ojciec decydował, kogo córka ma poślubić. Co prawda, rzeczywiście zdarzało się w tamtych czasach, że ojcowska wola była narzucana siłą i wynikała często bardziej z rodzinnych interesów, niż z rzeczywistego dobra córki. Jednak niejednokrotnie bywało i tak, że ojciec miał po prostu lepsze rozeznanie w tym względzie. Podejmując decyzję, za kogo wyjdzie córka, nie brał on pod uwagę pięknych oczu kandydata ani jego elokwencji i talentów towarzyskich, lecz zwracał uwagę na to, kim przyszły zięć jest w życiu i czy będzie umiał sprostać obowiązkom męża i ojca.
Jest to fragment książki Cezarego Sękalskiego „Przepis na miłość. PORADNIK DUCHOWY dla początkujących i zaawansowanych” wyd. Serafin
Książkę można nabyć w Księgarni Wydawnictwa Serafin.