Po co kobietom wiedza...
…o nich samych?!
„This is pro religion and anti science. A back ward step for man kind. Go back to the middles ages and live there. In our modern world women do not need this kind of information.” [To jest religijne i nienaukowe. Krok wsteczny dla ludzkości. Wracajcie do średniowiecza i żyjcie tam. We współczesnym świecie kobiety nie potrzebują takich informacji.]
/Tak w nawiasie i na marginesie - choć tu marginesów nie ma - ostatnie zdanie skojarzyło mi się z piosenką "Na co komu dziś wczorajsza miłość..." Piosenka jest tak mało wartościowa, że nieskromnie owe skojarzenie uznaję za trafne!:-) /
Zgadniecie może, pod czym pojawił się taki komentarz?... Pod filmikiem, który prezentuje działanie tabletki antykoncepcyjnej. Niby tytuł wskazuje, że będzie o działaniu poronnym tabletki (i tu, mówiąc językiem naukowym, trzeba powiedzieć, że działanie to jest anty zagnieżdżeniowe, a nie poronne, choć dla tych, którzy uznają istnienie człowieka od poczęcia, nie ma to żadnej różnicy), jednak film w bardzo prosty sposób pokazuje działanie sztucznych hormonów i to, że przez ich zawodność może dojść do poczęcia dziecka, które jednak nie będzie mieć odpowiednich warunków do zagnieżdżenia się w macicy matki. Ale skupiam się tu przede wszystkim na komentarzu, nie na filmiku. To nie był odosobniony wpis, a właściwie ten jeden z "głównego nurtu".
Czy kobiety współczesne rzeczywiście nie potrzebują wiedzy po pierwsze: o tym, jaka jest ich płodność, jak zostały stworzone do tego, by być matkami? Kiedy są płodne i co na to wskazuje, a kiedy nie są płodne (wciąż spotykam dorosłe osoby, które uważają, że w ciążę można zajść cały, cały czas! W każdym dniu cyklu. Czy nie jest to sukces np. dla producentów prezerwatywy i tabletek "po"?) A te współczesne panie, z akcentem na działaczki ruchów ekologicznych, zagorzałe fanki zdrowego stylu życia - czy one naprawdę też uważają to za średniowiecze?
Po drugie: czy kobiety nie powinny (bo potrzebują) mieć wiedzy na temat działania tabletek antykoncepcyjnych? Jedna wspaniała dziewczyna opowiedziała mi kiedyś o swojej pierwszej wizycie u ginekologa w celu uzyskania recepty na tabletki. Zebrała wcześniej informacje o tym, co lekarz powinien zbadać i sprawdzić przed wybraniem odpowiednich "antyków", ale pani doktor od razu "wiedziała", co przepisać. Na pytanie pacjentki: jak te hormony działają, opowiedziała tylko o skutkach ubocznych, a więc o powiększonych piersiach i pięknej cerze. A gdy dziewczyna spytała o to, jak one działają na jej organizm, ginekolog odparła, że nie będzie opowiadać, bo ona tego i tak nie zrozumie. Osoba ta sama dotarła do tego, jak działają tabletki i jak pięknie stworzony jest jej organizm, i... i nigdy ich nie wzięła!
Czy więc my kobiety nie zasługujemy (a niech tak trochę feministycznie zabrzmi o naszych prawach;-) na to, aby wiedzieć o sobie i o tym, co się nam proponuje (a czasem nie proponuje, tylko nachalnie w nas wrzuca)? Czy w XXI wieku, kiedy zdobyliśmy Kosmos, powietrze i docieramy do mini cząsteczek niewidzialnych gołym okiem, wiedza nie jest czymś "na topie"? Czy wiedza o nas samych może być przerażająca? Czy wiedza o wytworach człowieka nie jest czymś koniecznym, nawet gdy okazuje się być fatalnym wynalazkiem?
Ale nie ma co ograniczać wiedzy! Nie tylko my kobiety mamy prawo i nawet powinność poznawać siebie i opcje proponowane przez świat, aby wybrać co-naprawdę-dobre. Podobnie powinni czynić mężczyźni, szczególnie ci, którzy kochają swoje dziewczyny, narzeczone i żony.
I na koniec cudowny cytat, który bardzo przykuł moją uwagę. Tak dla refleksji, szczególnie dla tych, co to wciąż nie dowierzają...
To fragment tekstu "Prawda o antykoncepcji" dra Macieja Barczentewicza z czasopisma "Zbliżenia" (nr 3):
"...pyta, czy mógłbym jej przepisać tabletkę antykoncepcyjną. (...) przyjmuje już taką tabletkę, czy to w celach antykoncepcyjnych, czy dlatego że ma trądzik i problemy z samooceną i nie jest zadowolona ze swego wyglądu, czy też lekarz przepisał jej tabletkę antykoncepcyjną jako lekarstwo, bo albo nie miesiączkowała, albo miesiączkuje za często, krwawienia są zbyt bolesne lub za bardzo obfite. (...) W swojej praktyce lekarskiej zdarzyło mi się raz przepisać tabletkę antykoncepcyjną, i to zakonnicy. Przepisanie tabletki antykoncepcyjnej przez lekarza w celach leczniczych jest zupełnie niepotrzebne, gdyż tabletka ta nie jest lekiem. Tabletka antykoncepcyjna to preparat, który niczego nie leczy, ponieważ nie jest przeznaczony do leczenia. Wręcz przeciwnie, jest to preparat przeznaczony do tego, aby niszczyć zdrowie."
Niszczy zdrowie (płodność) a także niszczy życie (zdrowie kobiety i życie poczętego dziecka). Parafrazując internautę: "na co kobietom dziś ta wiedza?" No właśnie, czyż nie na Coś-Wielkiego i Ważnego?