„I w tym cały jest ambaras….
…żeby dwoje chciało naraz”, jak głosi stare porzekadło. Nad wyraz częstym i – co tu dużo kryć – bolesnym problemem, z jakim borykają się single, jest nie tyle zupełny zastój emocjonalny, ile jedynie jednostronne zaangażowanie. Wbrew pozorom, sytuacja przedstawia się nieciekawie zarówno wtedy, gdy kochamy kogoś bez wzajemności, jak i wówczas, gdy sami jesteśmy obiektem czyichś gorących westchnień.
Zacznijmy od sytuacji, gdy to my cierpimy miłosne katusze. Obiekt naszych uczuć nie zna nas/nie zauważa/traktuje po koleżeńsku/ (niepotrzebne skreślić). Co do pierwszej opcji – w marzeniach już widzimy pełne szczęścia i miłości sceny z waszego związku i pocieszamy się, że wcielenie ich w czyn to tylko kwestia przełamania nieśmiałości, bo gdyby tylko… Albo też przyjmujemy postawę aktywną, czyli próbujemy jakoś zaaranżować sytuację sprzyjającą poznaniu – wchodzimy w jego/jej środowisko, wtajemniczamy wspólnych znajomych itd. W zależności od naszego usposobienia oraz wraz z rozwojem wypadków jesteśmy coraz bardziej pełni nadziei lub też zniechęcenia. Sytuacje jednak, gdy on/ona nas zna, ale nie wykazuje inicjatywy lub uważa jedynie za koleżankę/kolegę, są o tyle trudne, że znacznie ograniczają pole manewru. Trudno postawić wszystko na jedną kartę i okazać wyraźniejsze zainteresowanie (mężczyźni boją się porażki, kobietom natomiast „nie wypada”), ryzykując pogorszenie atmosfery w szkole czy pracy lub nawet zupełne zerwanie relacji. Z kolei częste przebywanie w towarzystwie obiektu nieodwzajemnionej miłości i udawanie, że wszystko jest w najlepszym porządku frustruje i sprawia ból – szczególnie, gdy on/ona już kogoś ma.
A co w sytuacji, gdy to nas ktoś obdarzy uczuciem, którego my nie odwzajemniamy? Przyznajmy – jakby na to nie spojrzeć, jest to miłe. Z drugiej jednak strony – niezwykle krępujące, zwłaszcza, gdy jest to osoba przez nas lubiana. Nie chcemy dawać komuś złudnych nadziei, ale też z różnych powodów potrafimy lub nie chcemy „na siłę” się angażować w związek lub też wolelibyśmy pozostać na stopie koleżeńskiej. Stopień dyskomfortu zależy w tej sytuacji od tego, na ile ta druga strona afiszuje się ze swoim uczuciem. Bo bywa różnie. Niektórzy dają tylko subtelne sygnały, inni w natrętny (czyli nawet po kilkakrotnej, stanowczej odmowie) sposób zapraszają na randkę, nagabują, wydzwaniają… (jaskrawym przykładem jest tutaj postawa Dariusza z kultowego już chyba odcinka 24 serialu Trudne sprawy). Co gorsza – nachalny/a absztyfikant/ka może odstraszyć Tego Jedynego/Tą Jedyną!
Co zatem robić? Każda tego typu sytuacja ma rys indywidualny, dlatego trudno tutaj dać jakąś konkretną receptę. Niemniej, po pierwsze trzeba pamiętać, że jest to materia niezwykle delikatna i należy się w niej poruszać z wyczuciem – tak, aby w miarę możliwości nikogo nie zranić. Po drugie – zachowywać się naturalnie. Ani nie szukać kontaktu, ani też specjalnie go nie unikać. Po trzecie – mówiąc kolokwialnie – nie „nakręcać się”. Nie myśleć nieustannie, nie zadręczać się, nie szukać desperacko sposobów wyjścia z sytuacji. Zająć się czymś innym. Kolejna sprawa – nic na siłę. Bóg dał człowiekowi wolną wolę, w związku z czym nie można nikogo zmusić do miłości. Nie ma więc sensu dawać wchodzić w związek pod wpływem wzruszenia, współczucia czy czystej sympatii. Z kolei jeśli widzimy, że nadzieje wobec kochanej przez nas osoby są daremne, może lepiej odpuścić? No i najważniejsze – zarówno w pierwszej, jak i drugiej sytuacji największym sprzymierzeńcem człowieka jest czas, a cnotą – cierpliwość. Wiem – brzmi to bardzo mentorsko i nie jest łatwe do zrealizowania, ale życie naprawdę pokazuje, że wiele spraw rozwiązuje się w sposób zupełnie naturalny. Bo np. wychodzi na jaw, że nasz wybranek/nasza wybranka wcale się na naszego życiowego partnera nie nadaje (i nie musi tu nawet chodzić o czyjąś winę, po prostu – niezgodność charakterów, odmienny tryb życia, inne wyznawane wartości). Albo poznajemy kogoś innego i zakochujemy się ponowie, tym razem z wzajemnością. Lub też – co też się zdarza i czego z całego serca każdemu życzę – po pewnym czasie obiekt naszych westchnień podzieli nasze uczucie lub też czynił/a to od dawna, ale się z tym krył/a. A niechcianym/ą wielbiciel/ka? Jeżeli nie będziemy w żaden sposób wzniecać jego/jej zapędów, w końcu odpuści (chyba, że ma zadatki masochistyczne). Albo po przemyśleniu damy mu/jej jednak szansę…?
Wszystkim tym, którzy kochają lub są kochani bez wzajemności, życzę dużo sił do pokonywania wszelkich trudności, spokoju i dystansu oraz wiary i optymizmu – bo ta sytuacja, choć nie wiadomo jak bardzo wydawałaby się beznadziejna, kiedyś się rozwiąże. A jak? Z Bożą pomocą – właśnie tak, jak będzie dla nas najlepiej.