Tools
A+ R A- wide normal
Zarejestruj Zaloguj
  • Skip to content
Home » Rodzina » Rodzina » Wyświetla wpisy wg etykiety: malzenstwo
  • Projekt KiM
  • NPRjestOK!
  • Ślubne-plany
  • O nas
  • Wydarzenia
  • Linki
  • Homesummary
  • Ona&Onmy work
    • Elementarz
    • Kobieta
    • Mężczyzna
    • Ona&On
    • Perfekcyjna Randka
    • Kącik Singla
  • Relacjewith us
    • Narzeczeństwo
    • Małżeństwo
    • Seksualność
  • Rodzina 
    • Rodzina
    • Dzieci
    • Wokół życia
  • Blogi 
    • Blogi Redakcyjne
      • Z pamiętnika Księżniczki
      • Z rycerskiego szlaku
      • Dziennik pokładowy
      • Antykoncepcyjne dylematy
      • Dei Verbum
      • Między nami
      • Kuźnia Miłości
      • Dzień-Dobry-Dzieci
      • Biblio-teczka Malucha
      • Przestrzenie Miłości
      • Super mamą być
      • Piękno kobiety
      • I love USA
      • Przez żołądek do serca
      • Opowieści z Czarodziejskiej Góry
      • Nowa dieta MŻ
      • Z pamiętnika Panny Młodej
  • Dobra Strefa 
    • Strefa Książki
    • Strefa Filmu
    • Strefa Świadectw
    • Strefa Multimediów
    • Strefa Poezji
    • Strefa Wiary
    • Zapisy na Kursy
  • Forum 
  • Kontakt 
Złote Myśli
"Miłość nie jest skarbem, który się posiadło, ale obustronnym zobowiązaniem." (Antoine de Saint-Exupery)
"Radość i miłość są skrzydłami wielkich poczynań." (J.W.Goethe)
"Najgłębszym pragnieniem w sercu każdego człowieka, przed pragnieniem życia, jest pragnienie kochania i poczucie, że jest się kochanym." (M. Quoist)
"Człowiek jest odpowiedzialny nie tylko za uczucia, które ma dla innych, ale i za te, które w innych budzi." (Stefan Wyszyński)
"Serca przepełnione miłością nigdy daleko od siebie nie odejdą" (Elen White)
"Ach, co za oszczędność czasu zakochać się od pierwszego wejrzenia!" (Jan Kamyczek)
"Gdybyś kiedy we śnie poczuła, że oczy moje już nie patrzą na ciebie z miłością, wiedz, żem żyć przestał." (S. Żeromski)
"Kochamy wciąż za mało i na próżno." (Ks. Jan Twardowski)
"Kochać to wierzyć drugiej osobie i ufać jej, wierzyć w jej ukryte siły, w życie które posiada, jakiekolwiek byłyby kamienie do usunięcia dla wyrównania drogi." (Michel Quoist)
"Miłość oznacza być zupełnie blisko siebie, jednak bez chęci zawładnięcia drugim." (Phil Bosmans)

Wyświetla wpisy wg etykiety: malzenstwo
Subskrybuj RSS
poniedziałek, 06 kwietnia 2009 22:19

Rozwód rodziców a moje małżeństwo

Rozwód rodziców a moje małżeństwo

Rozwód zniszczył moją rodzinę. Czy to normalne, że boję się wejść w związek małżeński? Czy to jest usprawiedliwienie dla moich obaw?


Myślę, że nie jesteś naprawdę przeciwny małżeństwu, ale boisz się rozwodu, a jest to ogromna różnica. Jestem pewien, że pragnienie oddania się komuś całkowicie i otrzymania podobnego daru od drugiej osoby jest bardzo żywe w twoim sercu. Jednak z powodu małżeństwa, którego wzór nosisz w sobie (czyli małżeństwa twoich rodziców), masz uzasadniony lęk, że taka miłość jest poza twoim zasięgiem. Bądź pewien: nie musisz się bać.


Oczywiście, bardzo piękne może być życie samotne, a przy tym bardzo bliskie Boga, ale musisz  wpierw przyjrzeć się twoim oporom przeciw małżeństwu. Każde powołanie jest wezwaniem i każde wymaga wielkiej odwagi, miłości i uświęcania się. Bóg może wzywać cię do stanu małżeńskiego i prosić o zaufanie Mu pomimo wszystkich  małżeństw, które się rozpadały na Twoich oczach.  Skoro w twojej rodzinie wydarzył się szereg rozwodów, być może Bóg planuje dla Ciebie i przyszłych pokoleń całkowite przełamanie tego stanu. Nie ma żadnego powodu, dla którego musiałbyś podążać śladami swoich rodziców, skoro możesz dokonać decyzji, aby kochać wiernie i aż do końca, tak aby pokazać własnym dzieciom inną, możliwą drogę.

Jeśli marzymy o wspaniałym małżeństwie, musimy zacząć budować fundament miłości już teraz. Niestety, wielu ludzi wydaje się przygotowywać bardziej na swój ślub i wesele niż na małżeństwo. Jeśli zaczniemy już teraz pracować, wprowadzając trochę reguł i dyscypliny, będziemy mieć stałą podbudowę wiecznej miłości.

Co rozumiem przez przygotowanie? Kiedy byłem w szkole średniej, spędzałem niezliczone godziny na boisku, kopiąc piłkę. Pewnego popołudnia  pobiłem swój rekord w długości gry i w ilości kopnięć. Kiedy skończyłem, czułem silny ból pleców i byłem niemal ledwo żywy…, ale nie martwiłem się tym, bo to był czas prawdziwego treningu. Można powiedzieć, że to było niemal samobójstwo i to całkiem nieracjonalne, ale ja widzę to w inny sposób. Widziałem wtedy jasno cel. Kiedy dostałem sie do drużyny, myślałem, że już osiągnąłem szczyt marzeń, ale trening dopiero wtedy sie zaczął. Ćwiczyliśmy 6 albo 7 razy w tygodniu po kilka godzin. Takie przygotowania były niezbędne, aby w ogóle marzyć o sukcesach w rozgrywkach.


Niestety, wiele par poświęca mniej czasu na przygotowanie do małżeństwa na całe życie niż my poświęcaliśmy na przygotowanie do kilku miesięcy sportowych zawodów. Jeśli chcę być dobrym napastnikiem, ćwiczę się w kopnięciach, w szybkości, w omijaniu przeciwnika… Jeśli natomiast chcemy przygotować się dobrze do małżeństwa, musimy szkolić się w takich cnotach jak skromność, ofiarność, czystość, uczciwość itd. Rozpocznij pielęgnowanie tych cnót teraz, a będziesz miał większą pewność na długotrwałość miłości. Wtedy też, jeśli Bóg wzywa cię do innego stanu niż małżeństwo, będziesz miał pokój, wiedząc, że nie uciekasz od małżeństwa ze strachu, ale wybierasz inną drogę ponieważ tak usłyszałeś i poszedłeś za tym głosem.


Tłum. Katarzyna Więcka


Tekst pochodzi z: www.chastity.com

Opublikowane w Narzeczeństwo
Czytaj więcej...
piątek, 28 listopada 2008 21:12

Aby małżeństwo mogło się powieść

Denis Sonnet "Aby małżeństwo mogło się powieść"

Wydawnictwo św. Stanisława BM, Kraków 2000


Miłość jest piękna, małżeństwo wspaniałe, a przeniesione na praktykę życia – trudne. Ileż razy słyszałam te słowa, bym w końcu sama zaczynała je rozumieć.

 

Różnic nie można przeskoczyć ani bagatelizować. Obrączka i przysięga nie są magicznym zaklęciem i talizmanem (a jednak dla ludzi wierzących są umocnieniem i łaską; łaską, z którą trzeba współpracować). Odmienność nie znika i trzeba się z nią mierzyć do końca. „Związek zawiera się po to, by dochodzić wspólnie do pełni, a nie po to, by się wzajemnie niszczyć" – pisze autor. Tylko jak to zrobić? W swojej książce Denis Sonnet mierzy się z rzeczywistością, nie układa zbioru złotych recept, uwzględnia niezwykłość każdego człowieka, ale jednocześnie uwypukla reguły rządzące naszą kobiecością lub męskością. Małżeństwo nie jest celem, a drogą – o wiele łatwiejszą, gdy znane są zasady, nasze różne pragnienia i potrzeby trzech budowanych pomostów: serca, ciała i ducha. Autor nie omija żadnej sfery życia, nie umniejsza... Oni. W ich naturze wpisane są odmienne sposoby okazywania miłości – u niej przeważa uczuciowość, a u niego ciało; ich wykresy natężenia uczucia zmieniają się wraz z upływem czasu i zwykle rozmijają się, co pokazują ilustracje. Oni potrzebują innych słów: dla żony przyjemnością będzie usłyszeć: „jesteś piękna", „to, co zrobiłaś jest wspaniałe", dla męża – „przy tobie jestem szczęśliwa" czy „nie ma takiego jak ty". Oboje cieszą się małymi drobiazgami i smucą szczegółami (i są one odmienne). Inne są też oczekiwania, np. kobiety oczekują łagodności, dialogu i elegancji, a mężczyźni wdzięku i duchowego oparcia.

Autor nie pomija kwestii intymnych i potrzeb z nimi związanych, opatrując wszystkie praktyczne porady najwyższą zasadą miłości. Małżeństwo jest wspólnotą dążącą do dojrzałości, której charakter zmienia się wraz z upływem czasu. Co robić, by zawsze iść w górę? Jak nie nudzić się sobą, jak rozwijać się w związku, jak patrzeć na sam sakrament? Denis Sonnet pisze o tym, co najprostsze, co teoretycznie już poznane, ale zawsze niezgłębione. Mówi w piękny sposób o zachwyceniu się małżeństwem! (Rozumianym jako „lina, do której się przyczepiamy, dla większego bezpieczeństwa i zarazem wolności" czy „ w którym stawiamy na drugiego i na miłość" czy też jako „przymierze, a nie kontrakt prawny".)

„Aby małżeństwo mogło się powieść" stało się pięknym prezentem ślubnym dla znajomych. Ale też nieocenionym podarkiem dla rodziców czy rodzeństwa. Nigdy nie jest za późno... Książka ujmuje nie wykładnią strategii (choć rady są naprawdę cenne). Urzeka natomiast głębokim spojrzeniem na dwoje ludzi, którzy mają nie dzielić serca, nie wstawiać przegródek, ale dążyć we wszystkim razem (co doskonale tłumaczy autor) do Serca Idealnego...

Opublikowane w Strefa Książki
Czytaj więcej...
sobota, 27 grudnia 2008 21:50

Do małżeństwa trzeba się przygotować (1)

Do małżeństwa trzeba się przygotować (1)

Nie jest łatwo młodym ludziom, żyjącym w obecnej dobie, z odwagą i nadzieją patrzeć na swoją przyszłość, marzyć o udanym życiu małżeńskim. Wielu młodych boi się małżeństwa. Przyczyną takiego stanu rzeczy jest bardzo duża ilość rozwodów, rozpadów związków, bardzo często już w pierwszych latach ich istnienia. Trzeba więc zadawać pytania: jak dobrze przygotować się do małżeństwa, aby przeżyć je w upragnionym szczęściu, w miłości, z radością i zrozumieniem? Czy w ogóle istnieje recepta na udane małżeństwo?

Z wielkim przekonaniem pragnę zapewnić młodych czytelników, że możliwe jest dobre przygotowanie się do małżeństwa, nawet, jeśli związek rodziców nie może stanowić pozytywnego przykładu. Istniej też recepta, mocno podnosząca prawdopodobieństwo sukcesu w małżeństwie. Jest to w zasadzie złota recepta gwarantująca szczęście w małżeństwie, pod warunkiem, że będzie się konsekwentnym w jej realizacji.


W przedstawionych rozważaniach postaram się odpowiedzieć na postawione pytania. Zapewne nie uda się to w jednej części, ale nie żałujmy miejsca i czasu, gdyż zamierzamy zmierzyć się z zagadnieniami dla nas wszystkich fundamentalnymi, warunkującymi wszystko, co w życiu robimy. Tak jest w rzeczywistości: od jakości małżeństwa zależy jakość, każdego z nas, jakość rodziny, parafii i całego narodu!
Jak dobrze przygotować się do małżeństwa?

Najpierw potrzebne jest uświadomienie sobie, że konieczny jest konkretny trud i czas, na zdobycie zasobu wiedzy, przyswojenie sobie konkretnych treści merytorycznych. Jest rzeczą dziwną i smutną, że potrafimy bardzo dużo czasu i zaangażowania poświęcić na zdobycie umiejętności posługiwania się komputerem, językiem, pojazdem, na podnoszenie swoich kwalifikacji zawodowych, sprawności fizycznej, a niewiele konkretnego czasu angażujemy w przygotowanie się do zadania, które jest najważniejsze. Tak, wszystko, co robimy, zamierzamy robić, jest ważne i potrzebne, ale najważniejsze jest małżeństwo i trzeba się do niego bardzo dobrze przygotować. Bardzo często po głoszonych naukach dla małżonków słyszę słowa: gdybyśmy my wiedzieli to wcześniej! Gdyby nam ktoś to wcześniej powiedział! Wybrzmiewa tu też pewien żal, że zapewne uniknęło by się wielu trudnych, przykrych sytuacji, jeśli posiadało by się konkretną wiedzę. Właśnie wiedzę. Niestety, wielu patrzy na małżeństwo, na miłość i szczęście z nastawieniem: jakoś to będzie. Nie! Szczęśliwe małżeństwo to nie dar, to nie przypadek, to sukces, wielokrotnie okupiony wielkim trudem, wysiłkiem, dziesiątkami wyrzeczeń.


W pierwszej kolejności potrzebne jest więc uświadomienie sobie konieczności podjęcia systematycznej pracy kształceniowej i samokształceniowej, ułożenie planu rozwoju, można by powiedzieć: w kierunku małżeństwa.

A teraz konkretne treści do przyswojenia.

1. Jednoznacznie odrzucić myślenie o życiu w jakiejkolwiek formie związku partnerskiego, która nie jest małżeństwem sakramentalnym. A więc żaden wolny związek, wspólne zamieszkanie „na próbę”, związek z osobą po rozwodzie! Tylko małżeństwo sakramentalne gwarantuje pełny, optymalny rozwój miłości ku prawdziwemu, pełnemu szczęściu. Każdy inny sposób realizacji życia we dwoje jest gorszy, zakłamany i zmierzający ku niszczeniu. Bardzo proszę dostrzec, że nie odnoszę się do istniejących związków niesakramentalnych, lecz proszę i przestrzegam młodych ludzi, bez doświadczeń w tej dziedzinie, będących dopiero na starcie wspólnej drogi życiowej. I ich zdecydowanie ostrzegam przed komplikowaniem sobie życia. Małżeństwo sakramentalne jest najpiękniejszą drogą życia mężczyzny i kobiety, gdyż opiera się na odniesieniu do Jezusa, umożliwia Jego stałą obecność. Taki stan rzeczy jest związany z nieograniczonymi możliwościami rozwoju wszelkich relacji miedzy żoną a mężem. Daje możliwość korzystania z wielkich dóbr duchowych, które zawsze przyczyniają się do udoskonalania ludzkich dążeń. Rozsądek podpowiada, że powinno wybierać się rozwiązania najlepsze. Stwórzmy hasło reklamowe: „Małżeństwo- wybierz co najlepsze”; albo: „Małżeństwo- nie dla idiotów”; czy może: „Wolny związek - prawie małżeństwo. Prawie robi wielką różnicę”.

„Wolny związek ma miejsce wówczas, gdy mężczyzna i kobieta odmawiają nadania formy prawnej i publicznej współżyciu zakładającemu intymność płciową.
Określenie to jest zwodnicze: Co może oznaczać związek, w którym osoby nie podejmują zobowiązań wobec siebie i dają w ten sposób wyraz brakowi zaufania w odniesieniu do drugiej osoby, do samej siebie lub do przyszłości?” (KKK)

Za wielką tragedię uznaję sytuację, kiedy wierzący młodzi ludzie, często regularnie praktykujący, podejmują decyzję o wspólnym zamieszkaniu, uzasadniając to wielorakimi korzyściami, zupełnie nie dostrzegając, że stoi to w sprzeczności z nauką Jezusa i Kościoła, że jest to trwanie w śmiertelnym grzechu. Często owo wspólne zamieszkiwanie bez ślubu dokonuje się za przyzwoleniem katolickich rodziców, również naiwnie mówiących: a cóż w tym złego, przecież to dzisiaj takie modne, wszyscy tak robią. Straszne słowa, potwierdzające brak odpowiedzialności rodziców za zbawienie swoich dzieci!

2. Za nadrzędną wartość w okresie przed zawarciem małżeństwa uznać trwanie w czystości. Wiem, że wielu młodych ludzi ma alergię na słowo: czystość przedmałżeńska. Nie dziwię się: to wartość, na zniszczeniu której najbardziej zależy szatanowi, a nasze odczucia są efektem jego skutecznej propagandy, ośmieszającej ten stan. Prawie się do dzisiaj udało przeciwnikowi Boga. Zaproszenie do trwania w czystości do dnia ślubu, do uznania dziewictwa za największy dar, jaki małżonkowie mogą sobie złożyć na początku swojej wspólnej drogi, napotyka na ogromny i niestety irracjonalny opór w świadomości młodzieży. Jakże często doznaję wręcz zdumienia, kiedy rozmawiając o tym z młodymi ludźmi, dostrzegam w nich narastanie oporu i emocji, zamykanie się na racjonalne, rzeczowe argumenty. Często jest to młodzież, angażująca się w działalność różnych grup parafialnych, chodząca na pielgrzymki, często wyjeżdżająca na rekolekcje! Szatan zaciera ręce.


Argumenty są bardzo konkretne. Po pierwsze: Dekalog, jego szóste przykazanie. Pamiętać trzeba, że cudzołóstwo to wszelki seks pozamałżeński. Często młodzi ludzi myślą, że łamanie tego przykazanie dokonuje się tylko przez zdrady małżeńskie, a podejmowanie współżycia przed ślubem, tym bardziej w narzeczeństwie, kiedy jest się już ze sobą bardzo blisko uczuciowo, nie jest cudzołóstwem. Często młodzi ludzie mówią: ponieważ się kochamy, to możemy. Brak wiedzy. Konieczne jest też otwarcie się na prawdę, że Dekalog, jest zbiorem praw naturalnych, których zaistnienie w społecznościach ludzkich gwarantowało najwłaściwsze relacje, chroniło i zabezpieczało przed wielorakimi konsekwencjami. Jest to zbiór praw dla dobra człowieka, a nie dla jego zniewolenia, ograniczenia. Prawa gwarantujące optymalny rozwój jednostki i wspólnoty. W „Kazaniu na górze” Jezus nie znosi Dekalogu, a dopowiada słowa, mające na celu ułatwienie nam realizację i dostrzeżenie motywacji. W odniesieniu do tego przykazania Jezus mówi: „Słyszeliście, że powiedziano: Nie cudzołóż! A Ja wam powiadam: Każdy, kto pożądliwie patrzy na kobietę, już się w swoim sercu dopuścił z nią cudzołóstwa. Jeśli więc prawe twoje oko jest ci powodem do grzechu, wyłup je i odrzuć od siebie. Lepiej bowiem jest dla ciebie, gdy zginie jeden z twoich członków, niż żeby całe twoje ciało miało być wrzucone do piekła. I jeśli prawa twoja ręka jest ci powodem do grzechu, odetnij ją i odrzuć od siebie. Lepiej bowiem jest dla ciebie, gdy zginie jeden z twoich członków, niż żeby całe twoje ciało miało iść do piekła” ( Mt 5,27-30).


Nie są to słowa mające na celu pognębienie nas, utrudnienie życia, ale ułatwiające poruszanie się w zagmatwanej rzeczywistości. Po prostu unikanie wszystkiego, co potęguje pożądliwość, sztucznie pobudza zmysły jest dla naszego dobra. Jakże aktualne są te słowa dzisiaj, kiedy źródeł pobudzania pożądliwości jest tak wiele. Nie ma lepszego znawcy ludzkiej natury od Chrystusa, dlatego nie dziwmy się, że są tu użyte tak drastyczne słowa. Chodzi o uchronienie nas przed strasznymi konsekwencjami. Wszyscy katoliccy księża egzorcyści potwierdzają, że obecnie ogromna większość zniewoleń i opętań młodych ludzi przez szatana swoja przyczynę ma w stałych wykroczeniach przeciwko czystości w postaci oglądania pornografii, samogwałtu, seksu przedmałżeńskiego. Jest to stałe trwanie w grzechu śmiertelnym, wielokrotnie z ukrywaniem takich zachowań w czasie spowiedzi.

„Narzeczeni są powołani do życia w czystości przez zachowanie wstrzemięźliwości. Poddani w ten sposób próbie, odkryją wzajemny szacunek, będą uczyć się wierności i nadziei na otrzymanie siebie nawzajem od Boga. Przejawy czułości właściwe miłości małżeńskiej powinni zachować na czas małżeństwa. Powinni pomagać sobie wzajemnie we wzrastaniu w czystości” (KKK)
Pragnę bardzo mocno zachęcić do wytrwania w czystości wbrew lansowanym poglądom. Może warto właśnie tak podejść do tego zagadnienie: wytrwam w czystości, ponieważ do tego zachęca mnie Jezus, a wiem, że On pragnie mojego prawdziwego dobra. Ponieważ nie jest to łatwe, dlatego warto intensywnie wspierać się środkami nadprzyrodzonymi: regularna spowiedź, modlitwa w intencji wytrwania, jak najczęstszy pełny udział w Mszy św.

W tej części już wystarczy. Jeszcze raz zachęcam do zaangażowania konkretnego trudu w dobre przygotowanie się do małżeństwa, pamiętając, że to właśnie ono jest dla każdego z nas najlepszą formą przeżycia ziemskiej wędrówki.

W części następnej przedstawię odpowiedź na pytanie drugie, ukażę złotą receptę na udane życie małżeńskie, którą koniecznie trzeba poznać, aby zagwarantować sobie sukces w tej najważniejszej dziedzinie.

Opublikowane w Narzeczeństwo
Czytaj więcej...
piątek, 12 listopada 2010 08:29

O przy-należności

O przy-należności

„Mój miły jest mój, a ja jestem jego” /Pnp/

 

Rozmawiałam z bliską osobą o miłości. Mimowolnie padło to jedno pytanie:

- Czy potrafiłabyś oddać go [ukochanego „mojego”] Bogu?

Padła ta jedna wewnętrzna odpowiedź:

- Nie. Zbuntowałabym się przecież.

Czy więc przywłaszczam sobie to nie-przy-właszczalne?

 

Bóg nie gra z nami w karty. Ktoś tak powiedział. Na pewno ma wiele asów w rękawie (a może i nawet jokerów!), ale nie jest tym, który zabiera. Nie tym, który obiecuje i daje, a potem pozbawia prezentu bez uzasadnienia. (Bo to, że czasem zabiera, to fakt, zwłaszcza, gdy dar zaczyna Go przysłaniać.) Stawia na drodze Człowieka jak upominek. Prowadzi krętymi ścieżkami, daje wskazówki, pomimo ślepoty i zagłuszenia. Nie zwodzi. Czy mamy więc brać, tak jakbyśmy nie brali? Posiadać, jakbyśmy nie posiadali? Kochać, jak byśmy nie kochali?...

 

Człowiek jest alteri incommunicabilis, czyli niedostępny innym. Pozostaje więc w głębi swej istoty – nieznany, niepojęty, nie doświadczalny tak, jak można doświadczyć samego siebie czy czegokolwiek innego. Jakże zatem można by posiąść coś (kogoś), kto jest całkiem niedostępny? Wkrada się tu myśl paradoksalna, o ile nawet nie absurdalna. Nie ma mowy o posiadaniu drugiego człowieka tak, jak można „mieć” dom, samochód, pralkę czy komputer. Człowiek w takim szeregu jawi się jako coś o wiele bardziej skomplikowanego. A może jest to całkiem inne „posiadanie”? A może nie dorośliśmy do tego pojęcia?

 

Przynależność jest wpisana w historię naszych relacji. Nie przynależność rzeczowa, użytkowa – jak ją dzisiaj rozumiemy. „Ta dopiero jest kością z mojej kości i ciałem z mego ciała” (Rdz2, 23) – krzyknął z radości Adam w Raju. Musiał się zadziwić, że ktoś stał się tak do niego podobny, tak do niego pasujący, jemu najbliższy. Nie powiedział, że ją stworzył, ale widział swój głęboki udział w jej istnieniu, w sensie jej przybycia. Kość z mojej kości – a zatem jest to wyraz wielkiego szacunku dla Ewy jako tej, która ma jego cząstkę, a on ma cząstkę jej. Tej, która jest z nim połączona niezbywalnie – przez korzenie... Nie ma tu mowy o niewolnictwie, które kojarzy się brzemiennie z przynależnością w relacjach ludzkich. Podstawą należności jest tu największa wolność i wybór, a jednocześnie prze-znaczenie.

 

Niezmiernie ważny jest także aspekt przymierza, obu-stronności wyznania i wielkości przysięgi małżeńskiej: „biorę Ciebie”... Tego obustronnego oddania, posiadania i bycia ogarniętym. „Pan będzie dla ciebie Bogiem (...), a ty będziesz ludem stanowiącym jego szczególną własność” (Pwt26,17-18) Czy można ‘posiąść Boga’? Oczywiście duchowo można odczuwać silne ‘posiadanie’ Go, wyrażające się w przebywaniu z Nim, w poznawaniu Go. Podobnie Bóg tak przywłaszcza sobie człowieka – jako swą szczególną własność, jako kogoś, kogo kocha najmocniej. I właśnie ta nasza ludzka przynależność do Boga jest – wedle intuicji – najgłębszym gruntem miłości oblubieńczej w małżeństwie.


"(Małżeństwo) musi ono zakładać Jego aprobatę. Nie wystarczy, że kobieta odda swoją osobę przez małżeństwo mężczyźnie, a on jej swoją. Jeśli każda z tych osób jest równocześnie wartością Stwórcy, wobec tego i On musi oddać jego jej, a ją jemu, a w każdym razie musi zaaprobować ich wzajemne oddanie się zawarte w instytucji małżeństwa" (Karol Wojtyła, „Miłość i odpowiedzialność”)


Tylko w chwili, kiedy uznaję, że jestem połączony z Stwórcą niezbywalnie i najściślej, i że pragnę tej przynależności zostać wiernym, a jednocześnie wiem, że Ten Sam Bóg jest ‘właścicielem’ osoby, którą chcę zaślubić, to wszystko staje się dialogiką w naszym Trójkowym obrębie. Bóg udziela nam aprobaty, oddaje nas sobie wzajemnie. Oddaje nas sobie jako oblubieńców, przeznaczonych do „życia dla...” Bóg zazdrosny nie może być zazdrosny w sposób ludzki. Zwłaszcza, gdy wchodzimy poza naszą ludzką miłość. I staramy się kochać w sposób nie światowy, w sposób nie powtarzalny, w sposób jedyny.

 

Przynależmy do siebie jako zaobrączkowane gołębie w drodze do Nieba.

 

KW

Opublikowane w Elementarz
Czytaj więcej...
sobota, 27 grudnia 2008 21:58

Do małżeństwa trzeba się przygotować (2)

Do małżeństwa trzeba się przygotować (2)

W kolejnej części naszego „kursu” zachęcam do spojrzenia na treści wypływające ze starożytnego tekstu „Księgi Rodzaju”, ale zawierającą bardzo czytelną receptę na zbudowanie szczęśliwego małżeństwa: „Dlatego to mężczyzna opuszcza ojca swego i matkę swoją i łączy się ze swą żoną tak ściśle, że stają się jednym ciałem”( Rdz 2, 24)


Przedstawiony fragment zawiera warunki, które muszą być spełnione, aby małżeństwo mogło w ogóle zaistnieć, a które powinno się spełnić przed wejściem do kościoła. Mamy tu zasady, które decydują o zbudowaniu trwałego związku, a które trzeba spełnić zanim się w ten związek wejdzie. Jeżeli obserwujemy wzrastającą ilość niepowodzeń w małżeństwach, to jedną z głównych przyczyn jest lekceważenie właśnie tego warunku wstępnego.


K o l e j n o ś ć

Pierwsza zasada zawarta w naszym wersecie to kolejność:

1.      Opuszczenie

2.      Połączenie

3.      Jedno ciało


Niezależnie od głębszych treści tych wyrażeń, samo opisanie ich w takiej kolejności jest potwierdzeniem genialności natchnionego autora. Już wiele tysięcy lat temu zapisał on krótkie zdanie, zawierające logiczne i zawsze aktualne przesłanie: udany związek mężczyzny i kobiety musi być budowany według tej kolejności. Najpierw trzeba oddzielić się od rodziców, następnie zawrzeć małżeństwo (formalnie, nie tylko wspólnie zamieszkując, ale realizując konkretna procedurę), a to dopiero potem tworzy się pełne zjednoczenie duchowe i cielesne. Cielesne jest uzupełnieniem duchowego. Samo cielesne nie jest połączeniem, zjednoczeniem, ale i samo duchowe, uczuciowe i pobłogosławione nie powoduje pełnego zjednoczenia, dopiero jego „skonsumowanie”. Nie wnikając w treść poszczególnego sformułowania, na tym etapie naszej refleksji zatrzymujemy się tylko na kolejności. Trwałość związku małżeńskiego uwarunkowana jest zachowaniem przedstawionej kolejności.

 

W otaczającej nas rzeczywistości bardzo często obserwujemy zależność polegającą na odwracaniu przedstawionej kolejności z jednoczesnym lekceważeniem treści poszczególnego etapu. Młodzi ludzie najpierw „konsumują” małżeństwo (jeszcze nim nie będąc), korzystając z uciech cielesnych, tworząc jedno ciało, ale tylko na płaszczyźnie cielesnej, całkowicie spłycając i degradując wartość prawdziwej jedności. Następnie myślą o ślubie, co bardzo często jest wymuszone istniejącą ciążą. Dopiero w następstwie tych kroków zastanawiają się gdzie zamieszkać, wielokrotnie nie będąc usamodzielnionymi nie tylko finansowo, ale i zawodowo, nie mając wykształcenia. Ta ostatnia płaszczyzna jest także nie spełniona poprzez pozostanie w domu rodziców. A więc nie dość, że odwraca się kolejność, to jeszcze nie wypełnia się treści, nie przestrzega się warunków zawartych w przedstawionym sformułowaniu. Mamy więc do czynienia z dramatycznym paradoksem, który doprowadza do zniszczenia małżeństwa jeszcze przed jego powstaniem!


Tekst natchniony wyraźnie nam wskazuje, że warunkiem zbudowania trwałego związku jest zachowanie tej kolejności, ale także zrealizowanie całej treści zawartej w poszczególnym zwrocie.

O p u s z c z e n i e


Opuszczenie jest warunkiem szczęścia w małżeństwie. Tak jak niemowlę, nie może dalej rosnąć i rozwijać się zanim nie opuści łona matki, i nie zostanie odcięta pępowina, tak małżeństwo nie może się w pełni rozwinąć bez opuszczenia przez nowożeńców domu rodzinnego. Opuszczenie ojca i matki wiąże się często z bólem, ale jest to niezbędne cierpienie, które trzeba ponieść dla dobra swojego związku.

 

W przytoczonym fragmencie jest mowa o mężczyźnie, jest to jednak oczywiste, że opuszczenie dotyczy obojga. Może tylko z dostrzeżeniem, że prawie we wszystkich tradycjach i kulturach to mężczyzna był odpowiedzialny za zbudowanie domu i wprowadzenie do niego swojej wybranki.

 

Aby w pełni zrealizować ten pierwszy etap należy osiągnąć pułap samodzielności zawodowej, czyli zdobyć takie wykształcenie, które zagwarantuje znalezienie pracy, pozwalającej na utrzymanie siebie i rodziny. Następnie zdobyć niezależność finansową, pozwalającą na wyprowadzenie się z domu rodzinnego. Element wyprowadzenia się jest tu prawie całkowicie konieczny, jest to „techniczny” sposób opuszczenia, oddzielenia się od rodziców, pozwalający na odczucie pełni samodzielności i niezależności. W tych treściach zawiera się także osiągnięcie samodzielności emocjonalnej i psychicznej, pozwalającej egzystować bez „prowadzenia za rękę”. Jest to umiejętność zatroszczenia się nawet o podstawowe elementy życia, w postaci załatwienia formalności w urzędzie, zadbania o własne zdrowie itp. Mowa tu również o podjęciu odpowiedzialności za siebie, za swoje czyny. Opuszczenie to także gotowość podjęcia odpowiedzialności za inne osoby, za współmałżonka, za poczęte dziecko, dojrzałość do pełnienia roli męża, żony, rodzica. To także świadomość gotowości podjęcia ofiary za innych, poświęcenia się, cierpienia, to znajomość podstawowych zasad moralnych, treści Dekalogu i Katechizmu oraz rozumienia istoty sakramentalności małżeństwa.

 

Często  sami rodzice uniemożliwiają dziecku realizację tego kroku zniewalając je psychicznie, uzależniając od siebie emocjonalnie, ale i ekonomicznie. Wielokrotnie budują duże domy, planując zamieszkanie w nich zamężnych dzieci. Jest to wielkie nieporozumienie i krzywda wyrządzana dzieciom. W usamodzielnieniu się na wielu płaszczyznach pomaga wyjazd dziecka na studia do innego miasta. Myślę, że w przypadku mężczyzn ważnym etapem wydoroślania jest służba wojskowa.

 

W przeszłości łatwiej było realizować ten etap życia przedmałżeńskiego ze względu na szybsze dojrzewanie psychiczne człowieka niż obecnie. Nawet warunki skrajne, np. wojna i jej konsekwencje, znacznie przyśpieszały wejście w dorosłość, często bardzo młodych ludzi. Dlatego też dawne rodziny wielopokoleniowe nie przeszkadzały w funkcjonowaniu małżeństwa bez wyprowadzenia się z domu, gdyż zarówno rodzice, jak i młodzi małżonkowie byli bardziej świadomi swoich ról życiowych. Zapewne także zależności ekonomiczne, majątkowe, dziedziczenie, konieczność bycia kobiet na utrzymaniu mężów,  jak i silny patriarchat rodzin, uznanie autorytetu seniora, czasami też seniorki rodziny. U podstaw rodziny wielopokoleniowej był także bardzo wysoki poziom rozumienia istoty roli męża, ojca, żony, matki, ale i odpowiedzialności za szerszą społeczność, za naród.

 

W obecnych warunkach, kiedy zarówno poziom dojrzałości emocjonalnej, psychicznej, jak i odpowiedzialności za siebie i za innych zostaje daleko w tyle za dojrzałością fizyczną, wyprowadzenie się z domu rodzinnego, nawet kosztem przesunięcia w czasie momentu zawarcia małżeństwa, staje się warunkiem fundamentalnym dla zbudowania trwałego małżeństwa.

 

Wyprowadzenie się z domu nie powoduje zerwania więzi z rodzicami, zatarcia odpowiedzialności dzieci za rodziców, szczególnie w ich podeszłym wieku. Daje jednak dla obu stron płaszczyznę wyjściowego komfortu i ułatwia rozwijanie wzajemnego szacunku. Łatwiej jest się szanować na odległość, nie będąc od siebie zależnym. Zamieszkanie wspólne ma swoje korzyści, ale jest ich znacznie mniej niż strat i często wyniszczeń wynikających z takiej sytuacji. Jeżeli staje się to nieunikniona koniecznością wymaga od obu stron ogromnej tolerancji, nieustannych kompromisów. Sytuacja taka powinna być potraktowana jako chwilowa, tymczasowa, przejściowa ze świadomością dążenia do wyprowadzenia się.

 

Opuszczenie domu rodzinnego staje się więc nieodzownym warunkiem zbudowania trwałego związku i osiągnięcia największego stopnia człowieczeństwa gdyż: „Dopiero oderwanie się od tej rzeczywistości wyjściowej i zdolność zawierzenia się komuś innemu, zdolność powierzenia swojego życia komuś innemu, ukazuje to, co w człowieku jest specyficzne na obraz i podobieństwo Boga” (Bp Z. Kiernikowski, „Dwoje jednym ciałem w Chrystusie”).

 

Zewnętrzna (wyprowadzenie się) i wewnętrzna realizacja tego ideału wyraża się także w  pełnym uznaniu, że od tej chwili małżonkowie stają się dla siebie najważniejsi. Opuszczenie rodziców, jest więc także dojrzałością do uznania, że są oni nadal ważni, ale już nie najważniejsi, tak jak było do tego momentu. Trzeba przyjąć, że na pierwszym miejscu sytuuje się współmałżonek, potem dzieci będące owocem małżeństwa, a dopiero potem rodzice i rodzeństwo, znajomi itd. Także rodzice muszą uznać tę prawdę i  nie oczekiwać od dzieci, aby traktowały ich jako ważniejszych od współmałżonka.

 

Można także dostrzec w idei opuszczenia domu rodzinnego konieczność, ale i zdolność do powierzenia się komuś innemu. Jest to wielkie ryzyko, kiedy zrywając więzy i zależność z rodzicami, robi się kolejny odważny krok rzucenia się w ramiona innej osoby, z którą nie łączą mnie więzy krwi.  To oddanie się współmałżonkowi jest już zupełnie czymś innym niż wcześniejsze relacje z rodzicami. Przy nich było się bardziej odbiorcą dobra, czynności opiekuńczych, było się tym, komu rodzice służyli, komu poświęcali się. Obecnie przyjmuje się postawę dawcy dobra. Jest to przejście z poziomu tego, któremu służono, na poziom tego, który służy. Odejście staje się więc przejściem na znacznie wyższy pułap wartości. Jest to niesłychanie trudne, ryzykowne i wręcz niewykonalne w pełni. W nowym Chrystusowym wymiarze realizacja tego ideału staje się możliwa głównie poprzez Eucharystię, w czasie której niemożliwe (po ludzku) staje się możliwe.  Może szczególnie na tym etapie wchodzenia w życie dorosłe, zarówno w przypadku odchodzących dzieci, jak i rodziców, którzy muszą zgodzić się na to odejście, decyzje ludzkie muszą być wspierane łaską Bożą.

Opublikowane w Narzeczeństwo
Czytaj więcej...
niedziela, 15 marca 2009 23:29

Stan pre-małżeński

Stan pre-małżeński

Stan narzeczeński to coraz częściej omijana cząstka życia (albo wydłużana niemiłosiernie, albo tylko tak nazywana), co tu dużo mówić i rozwodzić się przed sednem kwestii. Dziś o stanie. Ani wolnym, ani zamężnym. O stanie takim wpół: bycia po i bycia przed. O stanie odważności.

 

Stan narzeczeński jest stanem słowa. Jestem na-rzeczona, opisana, określona. Coś zatem się rzekło. Słowo: TAK – tak, zostanę, tak, będę. W tych chwilach zawsze przypomina mi się wiersz Herberta „Dałem słowo”. Zamieszczam fragment.

 

mogłem śmiało powiedzieć/ namyślę się jeszcze/ nie ma pośpiechu/ to nie rozkład jazdy

ale czas eksplodował/ nie było już przedtem/ nie było już potem/ w oślepiającym teraz/ trzeba było wybierać/ więc dałem słowo


Można złamać słowo, wszak to nie to ostateczne. Nie przysięga, bez świadków z cichym towarzyszeniem Boga. Można sprawdzać, można oddać pierścionek i cały bagaż obciążeń (tak wskazuje przecież prawo kanoniczne, choć wątpię w odliczanie do grosza w chwilach rozstania). Ale w tym stanie zawieszenia między dwoma nazwiskami – jest tylko jedna droga. Pre-tożsamości. Pre-siebie.

 

Droga wspomnień i rozważań o przyszłości, droga kalkulacji własnych sił, pragnień i możliwości, droga poszukiwań Domu i wszelkich niezbędnych drobiazgów kuchennych, doniczkowych, okiennych…, droga słuchania nauk czy pouczeń i słuchania siebie, droga biegania po sklepach z białą konfekcją, droga wyborów i organizacji, sporządzania list i rachunków, droga marzeń, droga niecierpliwości, odliczania i pewności, droga zwierzeń i przygotowań. Droga pozornego stonowania i zatrzymania nad decyzją, a tak naprawdę kilka miesięcy wielkiego szaleństwa i radości.

Wiem, że to czas nie-powtórny. Wiem, że to coś więcej niż Czas.

 

PS. Szczególne pozdrowienia dla Narzeczonych, dla Wahających się i dla Bagatelizujących sprawę. Odwagi i radości! Sobie i Wam. Wszystkim.

 

KW

Opublikowane w .:BLOG:. Z pamiętnika Księżniczki
Czytaj więcej...
czwartek, 04 czerwca 2009 22:11

Reguły życia w rodzinie i w zakonie

Reguły życia w rodzinie i w zakonie

„Reguły życia w rodzinie i zakonie”
Z o. Piotrem Jordanem Śliwińskim OFMCap rozmawiają Dominika i Łukasz Kozłowscy

Wyd. Znak 2009

Nie jest to wywiad. Wbrew narzucającemu się podtytułowi osobą odpowiadającą nie jest tylko o. Piotr Jordan, kapucyn. Pytania, podsycane ciekawością, przeplatają się z obu stron: „A jak to jest u Was?”

Zakon a rodzina – czy to dwa odrębne światy? Czy nie mają ze sobą nic wspólnego? I tu, i tu – ludzie. Ludzie skądś. Z rodziny. I tu, i tu – droga do Boga we wspólnocie. A jak wygląda codzienność? Rozmowa zawarta w książce porusza bardzo wiele tematów życiowych. Jakie są zwyczaje zakonne i rodzinne? Jak pracują rodzice, a jak zakonnicy? Na czym polega modlitwa braci i co ją odróżnia od modlitwy małżonków? O co wszczynane są kłótnie i jak na nad nimi przejść cało? Jaka jest droga do Boga w obu przypadkach? Jakie są ich kryzysy i jak je przejść? Czym jest powołanie?

To jak zderzenie dwóch światów, a jednak zaskakujące staje się, jak bliskie są troski jednych i drugich (także dla samych autorów, co przyznają na koniec książki).


Polecam wszystkim, którzy wciąż mało wiedzą o klasztorach (albo o życiu w rodzinie), wszystkim, którzy szukają harmonii i wszystkim, którzy wciąż nie mogą się zdecydować, gdzie jest ich miejsce.

„Rozmawiać to przede wszystkim słuchać i uczyć się, a w konsekwencji patrzeć inaczej. Z jednej strony na życie małżeńskie i rodzinne, ale i na nasze kapucyńskie, a ostatecznie także kościelne. Słuchając was uczyłem się codzienności odmiennej od mojej. To wasz szlak, na którym spotykacie Boga, przeżywacie waszą z Nim historię…”

„Wspólne rozmowy uświadomiły mi, że nasze drogi do Boga są tak samo uprawnione. Choć jego ścieżka może nam się wydać pod wieloma względami łatwiejsza, to jednak wcale taka nie jest. I choć nasza droga do Boga może mu się wydać pod wieloma względami prostsza, to jednak wcale taka nie jest.”

Opublikowane w Strefa Książki
Czytaj więcej...
piątek, 13 stycznia 2012 14:49

Czy istnieje dobry czas na dziecko?

Czy istnieje dobry czas na dziecko?

Jestem w takim wieku i na takim etapie życia, że rozmowy na temat dzieci stają się coraz częstsze. Zarówno ze świeżo upieczonymi rodzicami jak i z tymi, którzy mają kilkanaście (lub więcej) lat doświadczenia, a także z tymi, którzy o dzieciach dopiero myślą. W moim wypadku poniższe rozważania będą czysto teoretyczne. A może nie do końca? Przecież nie mając dziecka, tym bardziej zadaję sobie owo pytanie: kiedy jest na nie najlepszy czas?

 

Powinnam zacząć od tego, że już sam nasz ślub nie był w „dobrym” czasie. Obecnie wśród zakochanych studentów tendencja jest taka, aby z małżeństwem poczekać przynajmniej do zakończenia studiów. My tymczasem postanowiliśmy pobrać się po trzecim roku studiów. Wspominając to, co działo się po ich zakończeniu, jestem wyjątkowo wdzięczna, że nie daliśmy się przekonać o tym, aby poczekać. Końcówka ostatniego roku studiów (jesteśmy w tym samym wieku) i żegnanie się ze statusem studenta było naprawdę trudnym zadaniem. Walka ze sobą podczas pisania pracy magisterskiej, stres związany z terminami, niepewność wynikająca z poszukiwaniem stałej pracy, a do tego wszystkiego koniec z ulgami studenckimi, które znacząco ułatwiają życie. To był dla nas gorący okres i nie wyobrażam sobie wrzucić do tego kotła jeszcze ślubu – tych emocji oraz całego galimatiasu związanego z przygotowaniami.

 

Czy sprawa wygląda podobnie jeśli chodzi o potomstwo? Czy naprawdę należy osiągnąć tę mityczną stabilizację (przez wielu rozumianą jako dobrze płatna praca z umową na czas nieokreślony, samochód i własne mieszkanie)? Ile przyszłoby nam czekać, jeśli faktycznie chcielibyśmy począć dziecko dopiero w momencie, gdy zdobylibyśmy mieszkanie co najmniej dwupokojowe (niech będzie na kredyt) i całkiem niezły samochód? Patrząc tak na rzeczywistość należałoby pogratulować rozsądku tym, którzy późno się zakochują i późno biorą ślub – ich omijają podobne rozważania dotyczące potomstwa – mają już wszystko, czego potrzeba, a czas goni, więc na dziecko trzeba decydować się szybko. Ale przecież nie wybieramy sobie czasu, w którym na naszej drodze staje przeznaczonym nam mąż/żona!

 

Póki co mam poczucie, że nasza stabilizacja nigdy nie nadejdzie w takiej formie jak życzy sobie tego świat – nastał kryzys, kredyty dają niechętnie, o pracę ciężko, do tego mamy wykształcenie humanistyczne, z dziedziczeniem i bogatymi rodzicami też krucho. Dom, auto, dobrze płatna praca? Czasem chciałoby się powiedzieć: chyba w innym wcieleniu! Czy to oznacza, że mamy nie mieć dzieci? A może jednak powinniśmy zebrać się w sobie, zacisnąć zęby i pracować do 35 roku życia, aby zadbać o ową stabilizację?

 

Czasem mam wrażenie, że stabilizacja jest słowem, które zastępuje wygodnictwo. „Musimy osiągnąć stabilizację zanim zdecydujemy się na dziecko” może być tak naprawdę niechęcią do rozstania się z obecnym stanem rzeczy i sposobem funkcjonowanie. A poza tym, jak dziecko pojawi się na świecie, to i tak zburzy naszą dotychczasową stabilizację – jeśli nie finansową to emocjonalną, towarzyską...

 

Moja mama ostatnio powtarza, że dzieci rodziły się nawet podczas wojny. Czasem trzeba matkom rację przyznać. Oczywiście, na pewno należy się starać o zapewnienie godnych warunków dla naszego malucha, ale przy okazji warto się zastanowić, czy nasze wymagania względem statusu posiadania nie są aby wygórowane.

 

Poza finansami, o niedobrym czasie na dziecko świadczy fakt, że akurat jest dobry czas na coś innego: karierę, podróżowanie, młodzieńcze szaleństwa. Decydujemy, że warto poczekać na awans albo na spełnienie marzenia o podróży do Ameryki Południowej. Tymczasem wraz z awansem mamy coraz większą chęć na kolejny, do którego jesteśmy tak blisko i znów czas nie dziecko jest nieodpowiedni. Po Ameryce przychodzi planowanie wyprawy po Afryce, a czas upływa i z każdym dniem coraz trudniejsze wydaje się odnalezienie w roli przyszłego rodzica. Czy naprawdę realizowanie pasji z dzieckiem jest niemożliwe?[1]

 

Myśląc o swoich przyszłych dzieciach, warto być szczerym z sobą samym. Bez wątpienia jest to bardzo wymagająca decyzja, która musi być podjęta w pełni odpowiedzialnie. Ale chyba nie ma potrzeby zbytnio się bać – zawsze w naszym życiu może zdarzyć się coś nieprzewidywalnego (ot, chociażby utrata pracy) i prawdopodobnie nigdy nie nastanie czas idealny. Ilu jest rodziców, którzy po kilku latach od urodzenia nie w pełni planowanego dziecka mówią: „To był najlepszy moment w naszym życiu – sami byśmy tego tak perfekcyjnie nie zaplanowali”.

 

Nie pamiętam gdzie i kiedy, ale usłyszałam od rodziców kilkorga dzieci taką myśl: musimy zadać sobie pytanie nie tylko o to, czy my chcemy przyjąć dziecko, ale również czy ono nie potrzebuje, abyśmy je przyjęli. Ta przewrotna i nie do końca oczywista myśl może sprawi, że spojrzymy na całą sprawę z innej perspektywy. Może jest jakieś dziecko, które tylko czeka na to, aby urodzić się w naszej rodzinie, poznać swoich dziadków i nacieszyć ofiarowanym mu, wyjątkowym ciepłem.

 

Czy istnieje dobry czas na dziecko? Myślę, że nie. Na dziecko nie ma dobrego czasu, bo ono zawsze nam w czymś przeszkodzi, zawsze będziemy musieli mu jakąś część swojego życia poświęcić. Myślę też, że istnieje moment, w którym coraz bardziej pragniemy dziecka i w którym ono pragnie nas. Naszej miłości, czułości, radość i ciepła. Warto wsłuchać się siebie, aby nie zagłuszyć tego pragnienia.

 


[1] O tym jak mając dzieci rozwijać pasje do podróży i kolarstwa można się przekonać na stronie: http://www.rowerowarodzinka.pl/

Opublikowane w Rodzina
Czytaj więcej...
sobota, 09 maja 2009 23:51

Małżeństwo - wieczna młodość!

Małżeństwo - wieczna młodość!

Czy wiecie dlaczego małżeństwo to cało-życiowa młodość? Żeby nie powiedzieć: ‘wieczna młodość’?


Człowiek nie zauważa procesu starzenia, który w nim się dokonuje. Patrzy w lustro codziennie a zmiany tygodniowe czy miesięczne są tak subtelne, że aż trudne do uchwycenia. Starzeją się koledzy z klasy po 30 latach. Dorośleją dzieci (cudze). Ale ja przecież się nie zmieniam. Nie rejestruję tego.


W małżeństwie sytuacja jest jeszcze drastyczniejsza. Bo oto Ktoś patrzy na mnie dużo częściej niż nawet ja na siebie. Ten Ktoś ma mnie zawsze takiego samego, bo jakaż zmiana widzialna nieuzbrojonym okiem może być widoczna w ciągu choćby kilku dni? A ja mam Jego. I – śmiem twierdzić – że ten moment rozpoczyna się wraz ze ślubem, od chwili, kiedy dwoje ludzi jest ze sobą już każdego dnia, do końca. Kiedy niemalże ślubują właśnie patrzenie sobie w oczy bez końca. W te same oczy. Dlatego zostajemy dla siebie właśnie tacy, jacy pokazujemy się przy ołtarzu. Tacy właśnie.  Ten obraz to chyba coś więcej niż fotografia.

Nam zostało jeszcze 77 dni do wiecznej młodości, 77 dni dojrzewania.

 

KW

Opublikowane w .:BLOG:. Z pamiętnika Księżniczki
Czytaj więcej...
środa, 16 września 2009 22:13

Małżeństwo

Małżeństwo

Co to jest małżeństwo i skąd się ‘wzięło’, czy i jak ewoluowało? No i proszę – któż potrafi odpowiedzieć? Jaka jest relacja pomiędzy miłością a małżeństwem, czyli klasycznie formułowany problem: Skoro się kochamy, to pobierzmy się! Ale skoro się kochamy, to po co nam ślub?...

 

Książka, którą chcę polecić, a która ukazała się w wydawnictwie „W drodze”, została napisana przez Xaviera Lacroix – francuskiego teologa, męża i ojca. Bardzo dobrym pomysłem jest opatrzenie książki wstępem od wydawcy i zwrócenie uwagi na kontekst, w jakim pisze autor. A mianowicie – na Francję i tamtejsze podejście do wiary, do małżeństwa, do Kościoła. Jest inaczej niż u nas. I dlatego trzeba im wytłumaczyć od podstaw, trzeba im to po prostu wyłożyć, nie unikając ich pytań (które rozpoczynają każdy rozdział). I rzeczywiście jest to całkiem inna, nowa forma. Jednakże chyba wielu młodym Polakom – katolikom i niekatolikom potrzebna. Coraz bardziej i bardziej. Nie tylko we Francji pytają o sens tego aktu i tej przysięgi oraz urzędowych podpisów.

 

Nie uświadamiałam sobie, że oprawa ślubu kiedyś była całkiem inna, a wręcz nieznana, że małżeństwo ma tak ogromne miejsce w społeczeństwie (że jest komórką społeczną, naprawdę!), że sakrament nie zawiera się tylko w chwili ślubu, ale rozciąga na całe życie, że to Kościół zawsze stał za tym, aby ludzie pobierali się z Miłości… itd.

 

Polecam gorąco tym, którzy pytają właśnie o to, po co im ślub? Tym, którzy zapominają, po co są mężem/żoną lub kim dla nich jest Ta druga Osoba. Znakomite ujęcie. Lektura obowiązkowa.

Opublikowane w Strefa Książki
Czytaj więcej...
  • «
  •  pierwsza 
  •  poprzednia 
  •  1 
  •  2 
  •  3 
  •  4 
  •  5 
  •  6 
  •  7 
  •  8 
  •  9 
  •  następna 
  •  ostatnia 
  • »
Strona 1 z 9

Wyszukiwarka

Ostatnio na Forum

    • Mężczyzna i NPR
    • Last post by Kami79
    • 3 tyg., 4 dni temu

More Topics »

Tagi

aborcja antykoncepcja bajka Biblia blog czystosc duchowosc dylematy dzieci dziecko film kobieta komunikacja konkurs ksiazka ksiazki malzenstwo meskosc mezczyzna milosc Mloda Para narzeczenstwo NPR piekno plodnosc polecamy poradnik rodzicielstwo rodzina roznice seksualnosc slub teologia ciala warsztaty wesele wiadomosci wiara wychowanie zakochanie zwiazek

Ostatnie komentarze

  • Agnieszka Kowal Zgadzam się w 100% z treścią artykułu :)! Pamiętam tę… Napisane przez Agnieszka Kowal na piątek, 27 kwietnia 2012 14:15
  • Ewa Maria Dla mnie ta rzeźba jest piękna w formie i bardzo… Napisane przez Ewa Maria na środa, 25 kwietnia 2012 17:29
  • Maciej Kryczka Dobry, pomocny tekst. Dzięki wielkie :-) Napisane przez Maciej Kryczka na czwartek, 12 kwietnia 2012 09:30
  • Agnieszka Kowal Wspaniałe :) Napisane przez Agnieszka Kowal na wtorek, 20 marca 2012 22:23
  • Agnieszka Kowal Uwielbiam tę książkę! Sięgam po nią przynajmniej raz w roku… Napisane przez Agnieszka Kowal na wtorek, 20 marca 2012 22:15

Główne działy

  • Ona&On
  • Relacje
  • Rodzina
  • Blogi
  • Dobra Strefa
  • Forum
  • Kontakt

Blogi

  • Z pamiętnika Księżniczki
  • Z rycerskiego szlaku
  • Dziennik pokładowy
  • Antykoncepcyjne dylematy
  • Dei Verbum
  • Między nami
  • Kuźnia Miłości
  • Dzień-Dobry-Dzieci
  • Biblio-teczka Malucha
  • Przestrzenie Miłości
  • Super mamą być
  • Piękno kobiety
  • I love USA
  • Przez żołądek do serca
  • Opowieści z Czarodziejskiej Góry

Na skróty

  • Kontakt
  • Mapa strony
  • Reklama
  • Polityka prywatności
  • Rejestracja
  • Newsletter
  • Zaproś nas!
  • Formularze
  • Wesprzyj nas!

Zobacz także

  • Konkursy / Akcje
  • Ślubne-plany
  • NPR jest OK!

Polecane strony

  • Fundacja Rodzin Pełna Chata
  • NPRjestOK!
  • Przymierze Wojowników
  • Czysty SEX
  • Księgarnia i Wydawnictwo Rubikon
  • Projekt KiM
  • NPRjestOK!
  • Ślubne-plany
  • O nas
  • Wydarzenia
  • Linki
Copyright © 2011 Portal za-kochanie.pl



  • Nie pamiętasz hasła?
  • Nie pamiętasz nazwy?
*
*
*
*
*

* Pole wymagane