Królewna śniegu
Ponawiam jeszcze raz ten wpis. Początki nie są łatwe, zwłaszcza, kiedy kobieta musi mierzyć się z elektroniką, z bazami danych, językiem komputera. Ach, Panowie, jak dobrze, że jesteście.
Ale pisać chciałam o królewnie śniegu. O tym, że każda księżniczka jest bardziej dzieckiem niż dorosłym. Nie dziecinnym - bo to znaczy być niedojrzałym, ale pełnym dziecięctwa.
Zasypało całą Polskę, Kraków też. Dziewczynka we mnie cieszy się leniwie opadającym śniegiem, lśnieniem bieli, przypomina sobie sanki z mamą, lepienie bałwana, rzucanie się śnieżkami, jazdę na łyżwach, wiarę w to, że może zbudować iglo. Cieszy się ciepłem domu. Ale już druga strona królowej śniegu złości się, że stopy marzną, że jest ślisko, że buty się brudzą i oblepiają, że autobusy się psują i spóźniają. I narzeka.
Życzę więc i sobie, i wszystkim Paniom, żeby nie popadły w syndrom królowej. Wszak cóż piękniejszego od radosnej, optymistycznej niewiasty? Trochę szalonej? Gotowej na walki śnieżne?
K.
Jak być dobrym dla najważniejszej osoby w życiu?
Dużo mówi się o tym, jak źle może być w związkach, z czego to wynika, jak sobie z tym radzić. I dlatego często zwracamy uwagę na „wyszukiwanie” niepokojących objawów, a zapominamy o zauważaniu całego dobra, jakie daje nam nasza ukochana osoba. Jak być dobrym dla najważniejszego człowieka w naszym życiu?
Możliwości jest mnóstwo! U każdego wygląda to inaczej. Na pewno jednak nikt nie może zaprzeczyć, że czynienie dobra jest naszym obowiązkiem. I to dobra bezinteresownego, wypływającego prosto z serca. Osoby, które się kochają, zazwyczaj nie mają z tym problemu. Ale czynienie dobra czasem oznacza także poświęcenie, kompromisy i myślenie o tym, co jest najlepsze przede wszystkim dla drugiego człowieka, a nie dla mnie.
Być bezinteresownie dobrym nie jest łatwo, ponieważ kiedy dajemy dobro sprawia nam to taką samą radość, jak wtedy kiedy je otrzymujemy. A satysfakcja z dawania nie powinna być naszą motywacją. Kolejnym etapem jest miłość, która przezwycięża nasz egoizm. Wtedy dobro, które dajemy jest naszym największym darem dla umiłowanej osoby.
Jak wspaniale jest dostać od Ukochanego uśmiech pełen czułości, spojrzenie mówiące „dla mnie i tak jesteś najpiękniejsza”, czy kwiatka, który czasem jest wierszem, piosenką, a czasem po prostu kwiatkiem. Jak pięknie, gdy Ukochana sprawi radość przyszłemu mężowi, np. wykonując tak „zwykłą” czynność jaką jest gotowanie. I w tym miejscu staje się aktualne powiedzenie „przez żołądek do serca”. Nawiasem mówiąc, wiele kobiet nie wie, jak bardzo cieszy mężczyznę to, że przygotuje ona posiłek, specjalnie dla niego. Jest to dla niego często coś takiego, jak dla dziewczyny otrzymane kwiaty. „Ta jedyna” daje mu przede wszystkim siłę do bycia mężczyzną. Jest jego ostoją.
W związku pełnym miłości i wzajemnego dobra ludzie nie tylko czują się szczęśliwi, oni naprawdę SĄ szczęśliwi. To wszystko brzmi bardzo wzniośle i pięknie, ale trzeba pamiętać, że nie wszystko jest zawsze takie proste, a już przede wszystkim miłość do prostych rzeczy nie należy. Jednak miłość jest warta swojego trudu, jak też czynienia dobra dla niej. Gdy już braknie sił, gdy wszystko wydaje się gorsze niż jest w rzeczywistości, wtedy po prostu „podaje się rękę” drugiej osobie i znów wszystko jest takie jakie powinno być. Nie bez powodu zakochani ludzie mówią do siebie „skarbie” i „słońce”.
Bo ukochany człowiek jest skarbem, gdy ma się świadomość tego, ile dobra i miłości wniósł w nasze życie. Gdy się wie, że zawsze można na niego liczyć, bez wątpienia można powiedzieć, że jest naszym najdroższym skarbem. Druga osoba może być słońcem, gdy w trudach jest dla nas nadzieją i swoją miłością sprawia, że na twarzy pojawia się uśmiech. A wszystko to za sprawą czystego dobra płynącego prosto z serca.
Obdarowywanie siebie nawzajem jest integralną częścią miłości, czymś zupełnie naturalnym i koniecznym. Prawdziwie kochający człowiek nie czeka na podziękowania, na rewanż. Nie oczekuje czegoś w zamian i nie jest zawiedziony, gdy ta druga osoba nie od razu odpowiada na jego dobre czyny. Bo szczera miłość jest bezinteresownym dobrem.
Z drugiej strony, prawdziwe kochający człowiek, który otrzymuje dobro od ukochanej osoby, nigdy nie pozostawia go bez odpowiedzi. Bo prawdziwa miłość skierowana jest na dawanie, a nie na otrzymywanie.
Pracujesz czy harujesz?
Jak bardzo ważna jest praca w życiu? Jaka powinna być? Jak zachować właściwe proporcje między życiem zawodowym a osobistym? Czy w ogóle powinno się rozdzielać nasz świat na te dwie płaszczyzny?
Dawno nic nie napisaliśmy i zastanawialiśmy się, kiedy by tu znaleźć czas na to i jaki temat moglibyśmy w ogóle poruszyć. Co ciekawe, nasz brak czasu na większość rzeczy spowodowany jest pracą, więc myślę, że to dobry temat na dziś.
Wiadomą rzeczą jest, że dzięki pracy możemy się utrzymywać – mieć coś do zjedzenia, coś do ubrania, miejsce do zamieszkania i jakieś drobniejsze przyjemności.
Praca powinna dawać nam satysfakcję, rozwijać nas, pobudzać do myślenia. Jednakże nie powinna nas tłamsić i być jedynym obszarem naszego życia.
(Klaudia): „Ostatnio dużo się dzieje, zastanawiam się jak pogodzić pracę, uczelnię i życie osobiste. Jak znaleźć czas dla Ukochanego, dla siebie, dla książek i nie myśleć przy tym wciąż o pracy. Nie jest to wcale łatwe. Myślę, że pierwszą pomocą może okazać się jasne wyznaczenie sobie samemu priorytetów: co jest dla mnie w danym czasie najważniejsze i co MUSI być na pierwszym miejscu, choćby się waliło i paliło.”
Przede wszystkim czas na bycie samemu ze sobą, na przemyślenie tego, co przemyśleć trzeba. Na uspokojenie się, odpoczynek.
Czas dla chłopaka/męża/całej rodziny. Tutaj często wpadamy w błędne koło. Ludzie spędzają w pracy prawie dobę, wyjeżdżają za granicę, a wszystko po to, by „żyło się NAM lepiej”. Po to, by wybudować dom, by wziąć ślub, by móc pojechać na wakacje. A w międzyczasie oddalają się od siebie, gdyż nie mają czasu i sił by po prostu być ze sobą, porozmawiać o problemach i cieszyć się małymi radościami. Więc trzeba pamiętać: żeby żyło się NAM lepiej, potrzebujemy przede wszystkim siebie nawzajem.
Czas na obowiązki. W naszym przypadku studia:) Ale może to też być zajęcie się domem, ogrodem i wszystkim tym, co nasze i co zrobić trzeba :)
Zdarza się też, że jedno z nas pracuje, wówczas ta druga osoba powinna być wsparciem i wprost emanować wyrozumiałością, co nie zawsze jest proste, jednakże tylko wtedy pogłębi to relacje i wzajemny szacunek do własnej pracy i siebie nawzajem. Dlaczego „emanować”? Ponieważ zapracowany, zestresowany człowiek bywa drażliwy i wtedy to właśnie ta najbliższa mu osoba powinna być dla niego ukojeniem, a nie wielkim wyrzutem sumienia.
Z drugiej strony warto zrobić sobie czasem przerwę i spędzić chociaż chwilę z drugą osobą - może coś zjeść, może porozmawiać, ale zawsze jest to te 10 minut spędzonych razem.
Pytaliśmy o rozdzielanie życia osobistego od zawodowego. W pracy często nawiązuje się przyjaźnie i zdarza się, że faktycznie te dwie płaszczyzny przenikają się w jakiejś części. W części, bo nie mogą nachodzić na siebie w całości. Trzeba wiedzieć kiedy odmówić przyjścia do pracy za kogoś, zrobienia kolejnych nadgodzin – zawsze wtedy, gdy nagminnie brak jest czasu na nasze priorytety.
Praca jest bardzo ważna, pozwala nam żyć. Ale nie pozwólmy sobie nigdy na życie tylko pracą.
Surfowanie po Biblii
Jak często czytasz Biblię? Codziennie, raz na tydzień, sporadycznie, wcale? Właściwie nie ma to aż tak ogromnego znaczenia. O wiele istotniejsza wydaje się kwestia – w jaki sposób czytasz Pismo Święte? Czy dostrzegasz związek między nim a swoim życiem?
Wobec tych trudnych pytań stajemy, sięgając po Surfowanie po Biblii. Choć w samej książce nie zostają one zadane wprost, jej lektura wręcz zmusza do pewnej deklaracji i określenia, czym jest Biblia. Księgą historyczną? Zbiorem legend i mitów? Pasjonującą, aczkolwiek niekoniecznie aktualną (zwłaszcza jeżeli mowa o Starym Testamencie) lekturą?
Pastor Werner Tiki Künstenmacher, znany w Polsce dzięki jednemu ze swych wcześniejszych dzieł Luksus według Jezusa, przekonuje, iż ponowne odczytanie Biblii – z uwzględnieniem jej sieciowego charakteru (tj. działania na zasadzie internetowych hiperłącz) – w połączeniu z próbą zastosowania jej treści w codzienności może pomóc w osiągnięciu świadomego i spełnionego życia. Wystarczy „wlinkować” treść Pisma Świętego do poszczególnych elementów swojej egzystencji i uczynić bardziej biblijnym swój sposób traktowania czasu, pieniędzy, rzeczy, pracy, przyjaciół, a zwłaszcza… siebie samego. Rady udzielane przez Küstenmachera są bardzo konkretne – wyjaśnia on np. dlaczego nie należy rozpoczynać dnia od sprawdzenia skrzynki mailowej oraz co zrobić, by otaczające nas rzeczy pełniły role narzędzi, a nie kajdan.
Jednak nie należy spodziewać się, że sięgnięcie po Surfowanie… rozwiąże wszystkie problemy. Książka ta nie jest oczywiście dziełem doskonałym. Przede wszystkim to dość luźny tekst, adresowany do człowieka „nowoczesnego”, bardzo mocno nasycony subiektywizmem i osobistą wizją świata niemieckiego pastora – dotyczy to także interpretacji Biblii. Küstenmacher nie uwzględnia też dość istotnego faktu: choć Pismo Święte zawiera wiele prawd o znaczeniu uniwersalnym, jednak opisywani w nim ludzie byli bardzo mocno zakorzenieni w pewnych społeczno-kulturowych warunkach, które ukształtowały ich mentalność. Zatem nie wszystkie motywy biblijne da się przenieść wprost do współczesności.
Trzeba jednak oddać sprawiedliwość autorowi Surfowania po Biblii. Jego niewątpliwą zasługą jest „ożywienie” świętych ksiąg, podjęcie próby przeniesienia ich treści na grunt codzienności. Rozważania Küstenmachera skłaniają do pogłębionej lektury Pisma Świętego oraz podejmowania konkretnych działań, które mogą sprawić, że nasze życie stanie się pełniejsze i bardziej świadome.
Werner Tiki Küstenmacher, Surfowanie po Biblii, Wydawnictwo Święty Wojciech, Poznań 2010.
Teoria a praktyka
Często spotykam się z zarzutem, że teoria i praktyka to dwie zupełnie różne, nieprzystające do siebie kwestie. Odnoszę się tu do spraw bardzo delikatnych, np. czas poporodowy, odrzucanie antykoncepcji i odkładanie poczęcia albo wielkie pragnienie poczęcie dziecka i rysująca się jedyna możliwość – in vitro, i tak dalej… I wszelkie związane z tym wyłomy w pięknej teorii.
Teza intelektualizmu etycznego Sokratesa mówiła, że kiedy człowiek wie, co jest dobre, to umie postępować dobrze i tak też czyni. Taaak, mocne postawienie sprawy przez filozofa z innej, zupełnie innej epoki, czy też zupełnie nierealne?
Zastanawia mnie podejście sceptyczne i łagodzące: „Teraz masz swoją silną i skrajną teorię, ale zobaczysz, co będzie, jak staniesz przed tą sytuacją”. Ja też się zastanawiam, co zobaczę. I właśnie ponieważ się zastanawiam, dlatego mam swoje konkretne zdanie, swoją teorię, którą staram się nadbudowywać, umacniać, obwarowywać nowymi argumentami, czasem mocować się z nimi długo i z bólem. Właśnie po to, żeby w chwilach trudnych ta moja wiara w jej prawdziwość i prawość była nie do zburzenia.
Może ze względu na zajmowanie się filozofią, uważam, że teoria jest podstawą do działania. To właśnie ona nadaje cel, ona pokazuje „za” i „przeciw”, ona jest motywatorem. Jasne, że teoria nie może poprzestać na swoim obecnym stanie, zwłaszcza, gdy jest słaba, gdy jest byle jakim przekonaniem. Takie byle jakie przekonanie łatwo upada w sytuacjach kryzysowych. Teoria-wiedza-postawa (jakkolwiek to określimy) musi być rozbudowywana przez rozum, przez doświadczenie, przez przekonanie, przez mocowanie się. W sytuacjach bardzo trudnych jest się do czego odwołać, jest coś, nas ukształtowało, coś, w co uwierzyliśmy. Jest jakiś ideał.
Jak na przykład jest z wiarą? (Odwołam się do wiary mi najbliżej, ale to może dotyczyć każdej) Skoro poznałam Boga jako dobrego i kochającego, jako dawcę życia, czy mam prawo zwątpić w Niego i w te Jego przymioty, kiedy odchodzi bliska osoba? Kiedy dzieje się coś złego? Czy to, od czego wychodzę, a więc wiara nie jest tym, do czego trzeba powracać?
Dlatego właśnie sama tak sceptycznie spoglądam na pytania o sytuacje kryzysowe, kiedy moje przekonanie o prawowierności nauki o czystości czy o Bogu jako dawcy życia ma być rzekomo niewystarczające.
Bo jeśli wszystko faktycznie jest tak względne, to nie istnieje żadna Prawda. A kiedy człowiek nie jest w stanie wytrwać w swoich ugruntowanych postanowieniach, to nie jest on naprawdę stworzony przez Boga jako imago dei, i nie jest odkupiony. Wątpię i w jedno, i w drugie.
KM
Co nas dziwi, co nas nie dziwi
Właściwie nie mam obudowanej teorią tezy. Mam tezę, a raczej obserwację i zadziwienie nią.
Dlaczego tak wielką sensacją jest odejście księdza z kapłaństwa, a rozwód małżeństwa sakramentalnego już nie?
Dlaczego media trąbią o kapłanach, a o małżonkach już nie? Nic nowego. Coraz więcej rozwodów. Będzie coraz więcej - mówią ludzie. Małżeństwo kojarzy nam się instytucjonalnie. Dlaczego więc ślub kościelny?
I pierwsze, i drugie - sakrament.
Sakramentalne Tak.
Nie urzędowe i tu, i tam.
KM
Kochaj i rób, co chcesz
Kochaj i rób, co chcesz
Nawet osoby, które nigdy nie czytały pism św. Augustyna, znają te słowa. Dobrze wiemy, w jakich okolicznościach są używane i kto ich nadużywa. To zdanie doczekało się bardzo szerokiej interpretacji, szczególnie tej dosłownej. A może tak naprawdę nie wiemy, o czym pisał autor tych słów? Być może nasza piękna polszczyzna w zbyt okrojony sposób wyraża ową „miłość”?
Oryginał brzmi: Dilige, et quod vis fac. Nie zaczyna się więc słowem Ama, jak wielu sądzi (też tak sądziłam jeszcze niedawno). Jaka jest różnica w tych dwóch słowach? Według słownika łacińskiego:
Diligo,ere: ‘wysoko cenić, poważać, lubić’
Amo,are: ‘kochać, miłować’
Augustyn przekazuje więc, że nasza miłość oznacza dostrzeżenie wartości, spotkanie z konkretnym dobrem. Najbardziej cenimy przecież nie byle co. Wysoko cenimy nie poprzez pożądliwość, ale przez intelektualny wgląd i przez właściwe uczucia. Podobnie można określić poważanie. W słowniku zawarto też wyraz ‘lubić’. Czy to osłabia Augustyńskie „Kochaj”? Postawa lubiącego wydaje mi się bardziej racjonalna i przemyślana niż postawa miłującego (zwłaszcza tego, któremu nakazuje się robić, co tylko chce, bez właściwego odniesienia do tego, ku czemu się kieruje, bez dookreślenia, jak powinien się odnosić). Określenie dilige stanowi piękną bazę do najwyższych uczuć i najdoskonalszej postawy. Właśnie z niej wypływa wszelkie chcenie i jej konsekwencje w czynach.
Nie jest to więc miłość szalona, miłość wyzwolona od rozumu, od odpowiedzialności, miłość pożądająca i nieuporządkowana. To miłość, która przemienia.
Takiej miłość - wam wszystkim i sobie życzę.
Podejrzliwość wobec u-czucia
Na pewno każdy choć raz usłyszał to słynne zdanie: miłość nie jest uczuciem. (Jeśli nie usłyszał, to niech zapyta, a usłyszy.) Czy więc uczucia są ciężarem miłości? Czy są tylko iskierką (czasem ogniem), który bardziej przeszkadza niż pomaga w rozwoju relacji? Zamydlają oczy?
„Kto chce zrozumieć istotę serca, musi sobie uprzytomnić, że serce pod wieloma względami pełniej ucieleśnia prawdziwe ja osoby niż rozum lub wola.” (D. Hildebrand)
Piętnujemy uczucia. Myślę bardzo ogólnie, stosując to niewiadome i niedookreślone „my”. Patrzymy na to bardzo logicznie i staramy się zdjąć każdą warstwę emocjonalną, usprawiedliwić ją i zubożyć jednocześnie. Cały czas pamiętamy, że uczucia są zmienne, czasem wymykają się naszej kontroli. Ale czy nasze ludzkie U-czucia można zrównać do zwierzęcych instynktów, zachowań i reakcji?
„Podejrzliwość wobec całej sfery uczuć jest w istocie wyrazem antypersonalizmu, dla którego wszystko, co osobowe, jest zdecydowanie subiektywne w negatywnym sensie.” (D. Hildebrand)
Cytowany tu Hildebrand (mój inspirator tego wpisu) nie ogranicza człowieka do sfery uczuciowej, nie pomija aspektów rozumu i woli. Jednak w niezwykły sposób wskazuje, że osoby i jej miłości (oraz szerzej: całego jej życia) nie można oddzielić od uczuć. Uczucia są wpisane w strukturę bycia człowiekiem.
„Uczuciowość i jej centrum – serce – zajmują jedyną w swoim rodzaju pozycję w ukonstytuowaniu osoby jako tajemniczego własnego świata; są nierozerwalnie związane z <<ja>> i z najbardziej intymnym życiem osoby.” (D. Hildebrand)
Miłość nie jest uczuciem, ale bez sfery uczuć miłość staje się nieludzka, nie przeżyta. Może być jedynie abstraktem albo kontraktem. Miłość jako dar z góry nie może być intelektualnie pojęta i przyjęta. Jest zarazem tajemnicą, co obietnicą. A jak przechodzić obojętnie, bez poruszenia serca wobec takich Rzeczy?
„Przeżycia uczuciowe będące darami góry, tylko wtedy są w pełni <<nasze>>, tzn. są ostatecznie prawomocnym wyrazem naszej osoby, jeśli zostały usankcjonowane przez Masze wolne centrum duchowe (…) Owo <<tak>> zakłada głos serca, który jako taki jest darem z góry. Dopiero wtedy możemy powiedzieć <<tak>>, gdy wzniosłe przeżycie stało się naszym udziałem.” (D. Hildebrand)
Powiedzieliście już wasze <<tak>>?
Wartości seksualne a...
Wartości seksualne a…
a wartość osoby!
(Na podstawie Karola Wojtyły „Miłość i odpowiedzialność”, cytaty: tamże.)
Każda osoba posiada wiele cech, które mogą jawić się komuś jako wartościowe. Pociąga nas czyjaś inteligencja, poczucie humoru, uśmiech czy też wszelkie wartości „ciała i płci”. To właśnie one okazują się często pierwszoplanowe w relacjach damsko-męskich. Czy to źle, że je zauważamy? Oczywiście, że nie. Ale istotą sprawy jest niezatrzymywanie się tylko na nich, co jest, jak widzimy w dzisiejszym świecie, niezwykle trudne! Postawa utylitarystyczna i pożądawcza, gdy uniezależnia się od ujęcia drugiego człowieka „w całości”, jednocześnie ograbia drugą osobę z jej piękna i spójności. Popęd seksualny jest zależny od woli człowieka, bo nie rządzi nami zwierzęcy instynkt. Ale kontrolowanie swoich reakcji na wartości seksualne to zbyt mało. Pełne odniesienie do drugiego człowieka domaga się zobaczenia, że wszelkie wartości są w tej osobie, że sama osoba jest wartością.
Nie chodzi bowiem w porządku etycznym o to, aby zatrzeć lub pominąć wartość seksualną, na którą reagują zmysły i uczucie. Chodzi tylko o to, ażeby wartość tę mocno związać z wartością osoby, skoro miłość zwraca się nie do samego „ciała” ani też nawet do samego „człowieka drugiej płci”, ale właśnie do osoby.
Prawda, że „człowiek drugiej płci” jest osobą (…) domaga się integracji, czyli włączenia tej wartości w wartość osoby.
Wartość osoby nie jest dana bezpośrednio. O wiele prostsza jest reakcja na cielesność człowieka, która ujawnia się w bezpośrednim kontakcie, więc tak łatwo jest ją uchwycić. Właściwą reakcją na wartość osoby jest miłość, a ponieważ osoba jest jakby ukryta, wartość związana z płciowością może stanąć na pierwszym miejscu. Z tego względu miłość domaga się integracji. Konieczne jest włączenie wartości seksualnej w wartość osoby, a nawet podporządkowanie jej osobie. Dopiero wtedy bowiem miłość może stać się tym, czy jest w swej istocie i do czego dąży.
Rys etyczny miłości: jest ona afirmacją osoby, bez tego zaś nie jest miłością. Jeżeli jest nasycona właściwym odniesieniem do wartości osoby – odniesienie to nazwaliśmy tutaj afirmacją – to miłość jest w pełni sobą, jest miłością integralną.
Świat w miniaturkach
W piękną jesienną sobotę postanowiliśmy w końcu pojechać Gdzieś. Wybór padł na Park Miniatur w Inwałdzie (k. Wadowic). Tylko 55 km od Krakowa, a nas tam jeszcze nie było (nie-mo-żli-we!;-)
Czy pamiętacie, kiedy ostatni raz byliście w Lunaparku? Albo w jakimś muzeum - ale na wystawie dla dzieci? Albo nawet na placu zabaw? A może w ZOO? (Nie wspomnę nawet o Disneylandzie;-) Zapewne rodzicom łatwo przyjdzie znaleźć w pamięci takie wydarzenie, a Wam - zakochanym, narzeczonym, młodym małżonkom? Takie miejsca wywołują niesamowite emocje, pomagają zachwycać się na nowo prostymi rzeczami. A kiedy prowadzą Was za ręce dzieci - bo bądźmy szczerzy, w takich miejscach to bardziej one prowadzą rodziców - wtedy nie ma możliwości, by nie spojrzeć na świat ich oczami.
W Parku Miniatur zwiedziliśmy niemal cały świat - USA, Egipt, Francję, Italię... Nawet Meksyk i Indie! Nie wspominając o Murze Chińskim! Sprawdziliśmy też swoją wiedzę z największych zabytków w Polsce (oj, prawdziwe jest stwierdzenie "cudze chwalicie, swego nie znacie...") Bycie wyższym od Bazyliki Św. Piotra czy Krzywej Wieży w Pizie albo przyjrzenie się Koloseum "z góry" - to niesamowite wrażenia. Dużą frajdę sprawiło nam jednak błądzenie po prawdziwym labiryncie (polecamy wszystkim, ale ostrzegamy, by się nie zrażać, gdy trudne staje się dojście do celu!) oraz wspólne przeżycie Lunaparkowego "Pirata" (kto był, ten wie! tych emocji nie można szybko zapomnieć;-)
Szczerze polecam odrobinę takiego szaleństwa!
Wyszukiwarka
Ostatnio na Forum
-
-
- Mężczyzna i NPR
- 3 tyg., 3 dni temu
-
Tagi
Ostatnie komentarze
-
Zgadzam się w 100% z treścią artykułu :)! Pamiętam tę…
Napisane przez Agnieszka Kowal
na piątek, 27 kwietnia 2012 14:15
-
Dla mnie ta rzeźba jest piękna w formie i bardzo…
Napisane przez Ewa Maria
na środa, 25 kwietnia 2012 17:29
-
Dobry, pomocny tekst. Dzięki wielkie :-)
Napisane przez Maciej Kryczka
na czwartek, 12 kwietnia 2012 09:30
-
Wspaniałe :)
Napisane przez Agnieszka Kowal
na wtorek, 20 marca 2012 22:23
-
Uwielbiam tę książkę! Sięgam po nią przynajmniej raz w roku…
Napisane przez Agnieszka Kowal
na wtorek, 20 marca 2012 22:15