Dzieci są najlepszymi kandydatami na fizyków i laborantów. Na fizyków – bo nie odstrasza ich sama nazwa wzniosłej, acz skomplikowanej zwykle dla humanistów i lekkoduchów, dyscypliny; na laborantów – bo nie brak im szczerości i odwagi w przeprowadzaniu eksperymentów (Jak nie poczuję czy nie zobaczę, to powiem. I spróbuję raz jeszcze!). A zatem warsztaty z elektroniki przeprowadzone styczniową porą w krakowskim Muzeum Inżynierii były nie lada wyzwaniem dla młodych naukowców. Uczestniczenie w nich było bez wątpienia frajdą nie tylko dla pani doktor prowadzącej, nie tylko dla mnie-obserwatora, ale też dla dzieci, a raczej dla studentów.
Cała grupa została przeprowadzona wehikułem czasu przez wieki odkryć elektrycznych. Wpierw wszyscy założyli pelerynki naukowców, następnie zasiedli w laboratorium, dostali swoje role i swoje odkrycia. Zaczął Prometeusz. Ten, który ośmielił się dać ludziom ogień. Następnie odezwał się Tales z Miletu wykonał jego słynny eksperyment z bursztynem i skrawkami papieru. Ścinki naprawdę tańczą! Po wystąpieniu filozofa przyszedł lekarz William Gilbert i pokazał, że nie tylko bursztyn, ale i plastik dyryguje kawałeczkom papieru. Po nim pojawił się Karol Dufay i następnie Pieter Musschenbroek. Teraz to się działo! Studenci dostali zestawy plastikowo-aluminiowe. Posłużyli się energicznie swoimi włosami, i wprawili w ruch elektrony, a po chwili każdy mógł poczuć iskierkę na paluszkach a także nawet zobaczyć błysk żaróweczki. Oj, co za zjawiska! Po wzniosłych eksperymentach pojawił się Benjamin Franklin i Galvani, a na koniec długo oczekiwany Alexander Volta, który pokazał, jak można skonstruować baterię z płytek miedzianych i aluminiowych oraz z sukien nasączonych kwaskiem cytrynowym. Na zakończenie dzieci przekonały się, że same są dobrym przewodnikiem prądu, chwytając się za ręce. „Teraz przepływa przez was prąd. Widzicie, co pokazuje to urządzenie?” – powiedziała pani prowadząca. Dziewczynka spojrzała z przerażeniem. (Może miała przed oczami wszystkie zakazy rodziców, aby trzymać się od źródeł prądu jak najdalej?) „Ale to malutki, niegroźny prąd” – dodała pani z uśmiechem. Cóż dodać? Dzieci naprawdę oswoiły elektronikę. I prąd. I kiedyś błysną na lekcji fizyki!
Wracam do tezy początkowej: dzieci to najwięksi odkrywcy świata. A opis warsztatów jest nie tylko dowodem, inspiracją czy obserwacją. Rzekłabym: to maleńki odblask całej chłonności umysłu maluchów. Dzieci, nim staną się dorosłe, muszą przekopać się przez tysiące nowych, nieznanych słów i zapoznać się z tyleż samo niewiadomo co znaczącymi wyrazami. I co z tego wynika? Że dzieci nie ze swojej złośliwości czy z zamierzonego nieposłuszeństwa idą tam, gdzie „nie wolno”, pytają o to, co trudne i niewygodne, robią ‘to i owo’ nie zawsze zgodnie z oczekiwaniami rodziców. A także to, że maluchy wierzą w coś, co nie jest realne, nie zakładają od razu niepoznawalności i rezultatu. Odkrywają. Prawdziwy szok przeżywa człowiek, kiedy dochodzi do wniosku, że to, co najważniejsze, już poznał i w świecie już nie-wiele-co może go zdziwić. Ach, kochani i szanowni dorośli, nie gaście w dzieciach potencji tych iskierek i żaru. One zaczynają naprawdę dużo wcześniej swoje studiowanie. To studiowanie z zapałem, z siłą woli, z pasją.
Wszak i Franklin, i Volta, i Kolumb też byli dziećmi.
Więcej informacji o Uniwersytecie Dzieci: www.ud.edu.pl