Swego czasu odwiedzili nas znajomi z dziećmi. Młoda rodzina: ojciec - dynamicznie rozwijający prywatną działalność, mama - w domu, przy dzieciach, tylko pozazdrościć. I dwoje wspaniałych dzieciaków.
Wybraliśmy się na długi spacer po lesie, aby pogadać po dłuższym niewidzeniu się. Z przyjemnością słuchałem z jaką energią i entuzjazmem Jurek opowiada o nowych wielkich możliwościach, jakie otworzył przed nim upadek komunizmu, o znaczących osiągnięciach i o dalekich planach. Dzieci poleciały na łąkę, a my, z wolna spacerując, że tak powiem, weszliśmy na poważny problem antykoncepcji.
- Kościół nie powinien wtrącać się do tych spraw - wypalił Jurek. - To są osobiste sprawy męża i żony. Przecież ksiądz nie może być kompetentny w tych sprawach.
Aha! Po nitce do kłębka... okazało się, że Krysia, za namową Jurka, stosuje "niewinną" spiralkę. Potem panie zaczęły rozmawiać o dzieciach. Zaraz też odciągnąłem Jurka na bok i powiedziałem, że mimo iż mamy taką samą liczbę dzieci jak oni, ani moja żona, ani ja, nigdy przez dwanaście lat małżeństwa nie zastosowaliśmy żadnych środków antykoncepcyjnych, ani sztucznych "polepszaczy" naszej miłości. Metody naturalnego rozpoznawania płodności dają nam wszystko, co potrzeba w "tych" sprawach, a na dodatek dobrowolna powściągliwość znakomicie nas zbliża ku sobie...
Jurek z niedowierzaniem przyjął moją opowieść. Wobec tego zapytałem go, czy wie, że według wszelkich naukowych badań, naturalne metody regulacji poczęć dają pełną możliwość planowania liczby dzieci, zarówno im, jak i... Panu Bogu? Czy ma świadomość ograniczenia roli Pana Boga w ich życiu, poprzez bezprawne (w świetle prawa Bożego) zawłaszczenie sfery tak ważnej w ich życiu, jak pożądanie, powściągliwość i płodność ich w małżeńskiej miłości? Czy ma świadomość, że takie postępowanie poniża nie tylko jego żonę, ale także jego samego? A to może mieć bezpośredni szkodliwy wpływ na całą ich rodzinę i całe życie? Czy wreszcie jest świadom degradacji swojej ukochanej żony do roli... kochanki na zawołanie?
Jurek, najpierw zaskoczony moimi pytaniami, nie bardzo zrozumiał. Ale mieliśmy sporo czasu i jako inteligentny człowiek, ufający moim dobrym intencjom, podjął dyskusję. Stopniowo zgodził się z wszystkimi argumentami. Na koniec obiecał, że przedyskutuje tę sprawę z żoną i podejmą odpowiednie kroki, że tak powiem, ku normalności. A ja w duchu bardzo cieszyłem się, że ten spacer jest aż tak udany.
Następny spacer, po kilku miesiącach, był już krótki, nerwowy, chyba też dzień był zimny. Jakoś podpytałem Jurka, jak tam "spirala jego małżeńskich spraw". Odburknął, że nic nowego, że jeszcze nie rozmawiał z żoną.
Dziś upływa bodaj dziesiąty rok od tamtych spacerów. Zagrożona rozpadem rodzina Krysi i Jurka jest w stanie ciągłego napięcia. Jurek jest napastliwym szefem dość dobrze prosperującej firmy, ale ma kłopoty z małżeńską wiernością. Jego żona jest młodą a już znerwicowaną kobietą i pomimo zamożności, dającej finansową pewność jutra szuka pomocy u psychoanalityka. Ich dzieciom coraz gorzej idzie w szkole a córce grozi powtarzanie klasy...
Czy to robota "spirali małżeńskich spraw"? A dlaczego nie? Czy to tylko "ta" spirala? Z pewnością - nie tylko!
Zastanawiam się, czy wypada w rozmowie z Jurkiem wracać do tamtych spacerów. Dobrze wiem, co odpowie: że ma tyle spraw na głowie, że nie ma czasu zastanawiać się nad takimi subtelnościami, za bardzo jest zajęty... Albo może nawet powie, żebym już nie zajmował się tymi sprawami...
Cóż mi pozostało? Chyba już tylko oddać sprawę do Wyższej Instancji... Gdzie już ręcznie nie poradzisz, tam modlitwa nie zawadzi!
„GŁOS DLA ŻYCIA” NR 1/2003