Masturbacja, fantazje i niepełne akty seksualne
Sensem płciowości jest jej wpisanie w horyzont spotkania, dialogu i daru, który jest sensem człowieczeństwa. Jakiekolwiek formy ograniczania płciowości do własnego "Ja" i własnych doznań, bez wymiaru miłości międzyosobowej, zaprzeczają najgłębszej naturze osoby. Nasza seksualność, w odróżnieniu od popędliwości zwierząt, zamiast właściwego im skupienia na sobie i reprodukcji, staje się najbardziej doniosłym wyrazem duchowej komunii.
Masturbacja, celnie określona przez Woody'ego Allena mianem "seksu z osobą, którą kocha się najbardziej", odziera seks z jemu przynależnej głębi i duchowości. Sprowadza go do przyjemności i popędu. Tym samym sprzeciwia się i naturze osoby powołanej ku wyżynom miłości, i naturze samego współżycia, którego istotą jest dar, wyrażony także w potencjalnej płodności tego aktu.
Analogiczną moralną konotację przypisać należy fantazjom seksualnym. Spotkałam się z kontrargumentem, iż fantazjowanie o seksie z ukochaną osobą wypływa z miłości do niej. Owszem, samo pragnienie zjednoczenia, także fizyczna tęsknota, to elementy naturalnej i bezgrzesznej namiętności, o której jeszcze powiemy. Jednak świadome snucie wyobrażeń o seksie z ukochaną nie jest aktem miłości, gdyż sprowadza narzeczoną do roli fantomu seksualnego, narzędzia własnych doznań. Bo pytam: co jej przez to dajesz? Płciowość jest piękna i ma sens dopiero wtedy, gdy nadajemy jej wymiar dialogu i spotkania. W fantazjach nie spotykam osoby ukochanej, lecz jej obraz, zatem używam jej. Na tej samej zasadzie nie należy marzyć seksualnie o żonie. W okresie narzeczeństwa poza pominięciem wymiaru daru dochodzi fakt, iż marzy się o aktach w narzeczeństwie niewłaściwych, co może osłabić wolę troski o wstrzemiężliwość.
Wreszcie niepełne akty seksualne, czyli wszelkie formy pettingu, stosunki przerywane i zachowania imitujące zbliżenia, z wyłączeniem samego momentu zjednoczenia. Dla ukazania przyczyn ich niestosowności wystarczy powtórzyć opisaną powyżej symbolikę i duchowość seksu. Najpierw tę płynącą z duchowości samej osoby, która wyraża się w spotkaniu cielesnym. Jego pełne przeżycie, po czasie głębokiego przygotowania i pielęgnowania wzrastającej miłości, jest oddaniem siebie i przyjęciem małżonka, na zawsze, bezinteresownie. Odmówienie czasu przygotowania w narzeczeństwie do tego wydarzenia, pospieszne podejmowanie niepełnych form zbliżenia, sugeruje nieodczytanie personalistycznego znaczenia współżycia, a zamiast tego pierwszorzędne szukanie własnych doznań i siebie samego; zabiera zatem narzeczonym możliwość takiego przeżycia seksu, jakie – jako zintegrowane z duchem i psychiką - dla osoby jest najbardziej uszczęśliwiające. Drugi wymiar duchowości seksu dotyka już sfery wiary i przemawia do osób wierzących w nadprzyrodzoność. Tylko w pełnych, małżeńskich aktach mogą spotkać Boga żywego. W nic także drzemie ta kosmiczna, przedziwna, wykraczająca poza doczesność i sięgająca wieczności stwórcza moc, jaką Bóg może stworzyć życie. Te dwa fakty przemawiają za tym, że nie bez powodu małżeński seks jest wart wyczekania i przygotowania wewnętrznego, zaś narzeczeńskie "zabawy nim" są bezczeszczeniem sacrum.
Pocałunki i dotyk
W przypadku pocałunków i dotyku niesięgającego nagości możemy już mówić o zmiennej konotacji moralnej w zależności od uwzględnionego indywidualnego temperamentu seksualnego i intencji.
Osoby zakochane i zaręczone, które przygotowują się do małżeństwa, pragną kochanej osobie okazywać swoją miłość i czułość. Subtelny czuły dotyk i pocałunek jest znakiem okazania drugiej osobie postawy swojego serca. Niemniej często niepokoi narzeczonych wątpliwość, czy mogą się całować "głęboko" i "namiętnie".
Nigdzie nie jest napisane: "Nie wolno się całować «głęboko», tudzież «namiętnie»". Zasadniczo można się całować, ba, nawet trzeba! Cóż by to było za narzeczeństwo bez pocałunków? Jednak osoba, świadomie obserwując reakcje swojego ciała, powinna, opierając się na swoim sumieniu, uczciwie ocenić, czy tego rodzaju całowanie nie porusza kamyka, który może spowodować lawinę nie do zatrzymania. Analogicznie rzecz się ma z innymi gestami, które nie muszą wkraczać w nagość, aby stać się używaniem. Nawet dotykanie dłoni czy karku, wyglądające zupełnie bezpiecznie, może wywołać silną reakcję seksualną. Jeśli osoba wie, że kontroluje siebie, że w owych pocałunkach i gestach okazuje delikatność i czułość i nie rozbudza cielesności nadmiernie, czyli do granic jej nieopanowania, nie musi się obawiać. Jednak narzeczeni powinni myśleć także o "drugiej stronie". Należy rozmawiać i pytać: "czy ten gest, taki pocałunek to nie jest dla ciebie za dużo?". Tylko szczerość buduje; nieprzyznawanie się do bardzo silnych reakcji i szukanie ich, gdy narzeczony, narzeczona nie są tego świadomi, jest podstępnym, egoistycznym uprzedmiotowieniem. Tylko czujna szczerość pomoże obojgu strzec pokoju serc i ciał, radośnie czekających na dzień ich zjednoczenia w Panu Bogu.
"Ręce, które leczą", nie wędrują. Kwestia nagości
Dotyk zakochanych narzeczonych bywa wkroczeniem w zupełnie nowe doświadczenie kochania i bycia kochanym, inne od pieszczot rodziców i przyjacielskich uścisków. Czułość i subtelność takich gestów jest przeżyciem bardzo poruszającym, świeżym, niezapomnianym, "terapeutycznym". Jednak jeśli te dłonie zaczynają zatracać samoopanowanie i wędrują pod ubranie, szukają nagości, jest to alarm, że coś jest nie tak. Nie należy na to sobie i ukochanej osobie pozwalać. Nagość jest zarezerwowana dla małżonków. Jak pisaliśmy, ukazując znaczenie seksu: nagość wyraża coś, do czego w budowaniu naszej miłości długo się dochodzi. Jest znakiem ostatecznego, nieodwołalnego, przemyślanego odsłonięcia najintymniejszych obszarów "Ja" i – więcej - powierzeniem ich ukochanemu. Jest tylko jedna rzecz, jak zauważa Karol Wojtyła, która bezpiecznie "absorbuje" wstyd nagiego ciała: to miłość, ta, która poznała prawdę o osobie i chce swoje życie tej prawdzie na zawsze i bez względu na wszystko oddać. Akt ten "najbezpieczniej" dokonuje się już w małżeństwie wyrażającym wewnętrzną gotowość; dla wierzących ma znaczenie sakramentalne.
Planowane wobec przypadkowego: orgazm, marzenia i szukanie okazji
We wcześniejszych częściach tekstu wskazywałam na zdrową wewnętrzną wolność, na pewien spokój, który rodzi się z ufności do Chrystusa. On naprawdę kocha i jest wyrozumiały. Największą troską duszpasterską powinno być chronienie wiary i moralności młodych przed lękiem. Dlatego należy rozgraniczać "wpadki" nieplanowane od "wyrachowanych" grzechów. Młode ciało, które wcześniej nie miało doświadczeń seksualnych, jest niebywale reaktywne. Wystarczy wówczas przytulenie, pocałunek, subtelna pieszczota, aby spowodować gwałtowną i niechcianą reakcję. W takich sytuacjach nawet nagłe odczucie orgazmu przez dziewczynę czy wytrysk u chłopaka nie jest żadną winą moralną. Podobnie marzenia i wyobrażenia o charakterze seksualnym dotyczące osoby ukochanej są także bezgrzeszne, dopóki są niejako "mimowolne". Chwila, w której zakochany/zakochana uzmysłowi sobie, o czym rozmyśla, niejako "oprzytomnieje", jest punktem startowym oceny moralnej: wówczas dopiero decyduje wolą, czy będzie kontynuować owe wizje, czy też powie im "stop".
Aby czyn nosił znamię grzechu, musi być w pełni uświadomiony i chciany. Zatem szukanie pełni odczuć seksualnych (orgazmu) lub świadome doprowadzenie się do dużego napięcia seksualnego poprzez prowokowanie pieszczot i "szukanie okazji", czy też wolitywne snucie fantazji erotycznych jest już nie fair wobec ukochanej osoby i jest zawinione.
Namiętność w narzeczeństwie
Pytano mnie: "szukanie i planowanie silnych doznań jest grzechem, jednak każda bliskość fizyczna zakochanych jest już doznaniem, jest elektryzująca, pełna namiętności. Wszak miłość mężczyzny i kobiety jest namiętna. Pragniemy się przytulać i całować i to już jest namiętne. Skąd wiemy, czy to nie jest już to «grzeszne szukanie okazji do rozbudzania» ?"
Namiętność, czyli pragnienie fizycznej bliskości, postrzeganie ukochanej osoby także w horyzoncie seksualnym, tęsknota za fizycznym zbliżeniem, dotykiem i zjednoczeniem jest wspaniałą cechą miłości oblubieńczej. Ona jest już obecna w relacji "chodzenia ze sobą" i narzeczeństwa i, jak pisałam, zarówno pocałunki, nawet te "namiętne", jak i nienaruszające granicy nagości pieszczoty - są naturalnymi atrybutami tego czasu; przez nie okazujemy sobie i czułość, i pragnienie spotkania. Tak naprawdę więc "łapanie się" na marzeniu o zbliżeniu, doznawanie pragnienia fizycznego kontaktu nie powinno narzeczonych stresować ani martwić, lecz... cieszyć! Takie właśnie cudowności Bóg im przygotował i skłonność ciał jest tego słodką zapowiedzią.
Zatem odczuwanie pragnienia seksualnego oraz namiętności przy okazji narzeczeńskich gestów jest naturalne i piękne, nie należy się tego bać. Granicę przekracza ten, kto namiętność świadomie roznieca do etapu, gdzie jednemu lub obojgu już trudno się zatrzymać. Jeszcze raz podkreślam: jeśli dzieje się to przypadkowo - to nic. Jeśli jest spowodowane świadomie - jest nieodpowiedzialne i grzeszne. Mądrością narzeczonych jest więc tonowanie swojego naturalnego i dobrego pragnienia, którym powinni się cieszyć; tonowanie, czyli niepruderyjne gaszenie wszelkiej namiętności, i niezatracanie się w niej; swoista umiejętność trzymania namiętności pod kontrolą.
Przekłada się to także na granice w rozmowach, o które pytają narzeczeni. Czy mogą rozmawiać o tym "jak to będzie cudownie w małżeństwie", razem marzyć o nocy poślubnej i miesiącu miodowym? Oczywiście, że mogą. Tak samo, jak mogą wymyślać imiona dzieci, wyobrażać sobie, jak urządzą mieszkanie. Rozmowy o ich małżeńskim seksie winni jednak także opatrzyć klauzulą wzmożonej czujności. Czym innym jest pełne skromności rozmawianie o sypialni usianej płatkami róż i poprzedzającej noc kolacji, a czym innym rozpracowywanie technicznych szczególików przebiegu zbliżenia i kroju nocnej bielizny. Ta druga opcja może bardzo rozbudzić namiętność i tęsknotę, którą - jak wiemy - należy tonować.
"Inwestowanie" w czułość
Przypomnijmy - po co tonować namiętność? Jak pisaliśmy, miłość ma swoje etapy i najpierw musimy dać jej wzrosnąć na poziomie naszego ducha, wnętrza; musimy wynieść ponad namiętność to, co od niej w miłości jest stokroć ważniejsze: miłość dusz, przyjaźń. Namiętność i seks ma wyrażać te właśnie "wyższe" komponenty miłości. Aby namiętność miała co wyrażać i aby była jak najcudowniejsza, musimy ją najpierw wytonować, aby dać dojrzeć i dojść do głosu wewnętrznemu wymiarowi miłości.
Niewątpliwie ważna tutaj jest czułość. Ona jest swoistym pomostem między wymiarem wewnętrznej, wolitywnej miłości, a namiętnością. Czułe jest nie tylko delikatne pocałowanie ust czy czoła ukochanej osoby, nie tylko pogłaskanie jej włosów czy dłoni. Czułe jest zostawienie bukietu na klamce o siódmej rano. Czuły jest liścik ukryty w zeszycie od wykładów. Czuły jest napisany wiersz. I wreszcie wszelkie czyny ofiarne, budujące tę właśnie przyjaźń w miłości: odprowadzenie do domu przy koszmarnym mrozie i wielogodzinne tłumaczenie informatyki.
Wspólne namioty, wspólne mieszkanie i "pokuszenie" ślubem cywilnym
Jakiś angelizm, poczucie posiadania absolutnej, wręcz nadludzkiej mocy nad swoją seksualnością, musi kierować narzeczonymi, którzy, pragnąc wstrzemiężliwości, ryzykują wspólne zamieszkanie pod namiotem czy we wspólnym mieszkaniu. Tymczasem "wystawianie się na pokusę", choć nie jest równoznaczne z "szukaniem okazji" do grzechu, jest także postawą braku czujności i rozwagi w panowania nad namiętnymi poruszeniami cielesnymi. Spotkałam się także parokrotnie z sytuacją, gdy narzeczeni z przyczyn zawodowo-wyjazdowoprawnych przyspieszali ślub cywilny, w nieco odleglejszym terminie planując kościelny. Należy uczulić na mogące wówczas zaistnieć wrażenie małżeństwa, zwłaszcza, że w oczach wielu młodzi już nim są: owa iluzja osłabia niekiedy niezłomność trwania w narzeczeńskich postanowieniach.
Czy "przyzwoitość"to tylko sprawy seksu?
Choć podstawowym tematem tekstu miały być granice przyzwoitości w odniesieniu do seksualności - wszakże słowo "przyzwoitość" najbardziej kojarzy się ze sprawami intymnymi - istotne wydaje się poruszenie zagadnienia także innej, pozaseksualnej przyzwoitości.
Odpowiedzialność za słowa i przejrzystość gestów, czyli o niedomyślnych chłopcach i nazbyt domyślnych dziewczynach
Niezwykle ważna w związku, o ile ma on być budowany dojrzale, jest przejrzystość słów, gestów i zamiarów. Chłopcy powinni być świadomi, że dziewczyny zwykle liczą na poważną, czyli przyszłościową relację, a na dodatek pospiesznie projektują własną wizję męskich intencji i uczuć na bazie bardzo pobieżnych danych. Gesty i pocałunki są dla dziewczyny przeważnie komunikatem wielkiej rangi, poświadczającym zaangażowanie i poważne zamiary mężczyzny; chłopcy tymczasem często gestom i znakom nie nadają takiej rangi. Podczas gdy dziewczyna, jako "nazbyt domyślna", ma już wybrany model sukni ślubnej, możliwe, że chłopak sprawę traktuje wciąż "przypadłościowo" i lekko. Z drugiej strony on w swej męskiej prostolinijności nie domyśla się, jak wiele dla niej znaczą gesty, symbole i znaki. Dlatego jeśli chłopak chodzi z dziewczyną, a nie jest dogłębnie przekonany, że ją właśnie chce poślubić i wciąż rozważa inną opcję, niech to jasno wypowie, niech ograniczy okazywane jej gesty. Spotkałam się z sytuacją, że mężczyzna rozkochał w sobie dziewczynę, obsypywał czułościami, zapoznał z rodzicami, jednak przez cały czas dręczyły go wątpliwości, o których jej nie mówił. Za gestami nie stała prawda. Nagle opuścił ją a ona z rozżalenia i złości wyszła za mąż za przypadkowego kandydata.
Narzeczeńska bigamia
Skandaliczną nieprzyzwoitością jest bycie w związku z dwiema osobami naraz. Słyszę o tym coraz częściej: ktoś niepewny, którą/którego wybrać, spotyka się z dwiema osobami jednocześnie. Rzecz jasna jest to oszustwo, jeśli bowiem obie relacje śmie nazywać "miłością", nie wie, że miłość cechuje wyłączność i wierność. Obie te cechy już przed ślubem wymagają postawy uczciwości. Dać siebie w sposób oblubieńczy można jednej osobie. Jeśli natomiast ktoś rzeczywiście nie wie, z którą z dwóch osób ma się spotykać, niech obie relacje zachowa, lecz nazywa koleżeństwem lub przyjaźnią i próbuje lepiej poznać obie osoby. Jeśli mami obie dla lepszego poznania każdej, jest egoistą i na pewno nie kocha.
Czy mogę podrywać dziewczynę lub narzeczoną kolegi?
To bardzo ciekawe i trudne pytanie. Z pewnością "podrywanie" nie byłoby tutaj uczciwe. Nie można podstępnie, za plecami kolegi, czarować dziewczyny, choćby było się przekonanym, że "jest mi pisana" . Z drugiej jednak strony, dopiero dzień zawarcia sakramentu małżeństwa jest potwierdzeniem przez Kościół i pobłogosławieniem obranej
drogi. Każdy ma prawo dążyć do szczęścia, jeśli więc chłopak jest zakochany w "zajętej" koleżance, lub dziewczyna w "zajętym" chłopcu, ma pełne prawo do prób poznania tej osoby, rozmów, okazji do poznania się. Na pewno nie poprzez perfidnie planowane spotkania poza wiedzą jej dziewczyny/chłopaka, lecz w "czystej grze". Nawet zaręczyny nie świadczą jeszcze o nieodwołalnej woli Bożej co do małżeństwa zaręczonych. Co więcej, relacje narzeczonych z innymi mężczyznami/kobietami, mogą utwierdzać i budować związek. Są także dla niego próbą i sprawdzeniem.
Jeśli bowiem miłość narzeczonych jest już ugruntowana etapem wolitywnym - daru i decyzji, czyli życzliwością, o której pisaliśmy, niezależną od chwiejności uczuciowych i nawet spontanicznych "zadurzeń", które przecież mogą się zdarzać także w małżeństwie), wówczas nic tej więzi już nie zagrozi. Wówczas zdarza się, że narzeczeni udzielają sobie sakramentu małżeństwa, trwając w emocjonalnym kryzysie czy nawet przejściowej uczuciowej skłonności ku innej osobie; przyjmują jednak sakrament, gdyż rozumieją, że o prawdzie miłości nie stanowi magia uniesień i emocji, lecz wewnętrzna decyzja miłości na dobre i na złe, większej od emocjonalnej infantylności. Oto miłość, która wszystko przetrzyma.
Jedyny niezawodny sposób na przestrzeganie granic przyzwoitości w narzeczeństwie
Na koniec raz jeszcze pragnę powrócić do istoty duchowości chrześcijańskiej, która pozwala nam właściwie podchodzić do wszelkich praw, przykazań i granic.
Osoby, które widzą w prawnych wskazaniach drogę do doskonałości moralnej, do której muszą same dojść, poprzez zaciśniecie zęby i wysiłek moralny, są skazane na bądź to faryzejskie zadowolenie z siebie, bądź też, częściej, na niepowodzenie, bunt przeciw nauce Kościoła lub bolesne poczucie, ze nie zasługują, są zatem odrzuceni.
Chrześcijanie, którzy mają relację z Chrystusem, doświadczają Jego łagodności i po prostu Jemu ufnie się oddają, wiedzą, że Jego miłość nie jest w ogóle zależna od ich doskonałości moralnej. Człowiek nie jest powołany w pierwszej kolejności do czystości moralnej, lecz do poufałej relacji miłości z Bogiem. Grzechy i upadki nie są katastrofą, lecz lekcją własnej słabości, która tym bardziej pozwala zdać się na Boga i pogodnie liczyć na Jego pomoc. A żyjąc w przyjaźni z Chrystusem, otrzymujemy Jego łaskę i pomoc: modlitwa i zaufanie dają nam siły, aby prawdziwie kochać przyszłą żonę/męża i wtedy przestrzeganie granic staje się coraz bardziej naturalne i nawet niezauważalne.
Dopiero żywa relacja z Bogiem - na którą nie trzeba zasługiwać, która nie baczy na nasze słabości - niesie zrozumienie, że nie jesteśmy w niewoli prawa, lecz cechuje nas wolność dzieci Bożych. Oznacza to, że prawo nie jest narzędziem ucisku, lecz naszą ochroną przez błędami i samozniszczeniem - nas, innych, naszych ludzkich miłości; czyli po to stawia granice pewnym zachowaniom, aby sama miłość mogła wyrosnąć ponad wszelkie granice.
Zamieszczone fragmenty artykułu dr Małgorzaty Wałejko „Granice przyzwoitości w narzeczeństwie” pochodzą pisma Kolegium Filozoficzno-Teologicznego Dominikanów „Teofil” nr 2(26)2007 „Czy Kościół zapomniał o zakochanych?”
Serdecznie dziękujemy Redakcji za zgodę na publikację. I wszystkich zachęcamy do przeczytania całego tekstu i innych artykułów z tegoż numeru.
Granice przyzwoitości w narzeczeństwie (2)
Dr Małgorzata Wałejko
ur. 1977, dr pedagogiki KUL (filozofia wychowania); teolog małżeństwa i rodziny. Adiunkt w Instytucie Pedagogiki i Psychologii Uniwersytetu Szczecińskiego. Mieszka w Szczecinie. Żona, matka, świecka dominikanka.
Prowadzi blog na stronie www.dominikanie.pl
Latest from Dr Małgorzata Wałejko
3 Komentarze
-
Comment Link
wtorek, 03 stycznia 2012 10:39
posted by
ripostol
Jeśli kochamy jedną osobę z którą chcemy być i ulożyć życie w duchu chrześcijańskim, a przed ślubem pozwalamy sobie na pieszczoty to już jest grzech? Przecież chcemy być z tą jedną osobą, ślub nas dużo kosztuje i jest formalnością w kościele za którą musimy płacić. Wiemy, ze chcemy być razem i sobie jesteśmy wierni. Myślę, że nie należy uogólniać. Nie będziemy sobie mówili- oj tutaj to mnie już nie mozesz dotknąć...to jest w moim rozumieniu egoizm. Przecież kochamy się, jesteśmy sobie wierni i jesteśmy w stanie siebie dać. Chcemy dochować czystości jeśli chodzi o seks, ale petting jest dobrą formą oddania sobie czułości i rozładowania. Nie schodźmy do granicy gdzie czlowiek ma się zamknąc w klatce przed ukochanym, zakryć ramię bo tak nie przystoi... Przecież to nie jest normalne.
-
Comment Link
niedziela, 23 stycznia 2011 12:29
posted by
Mariusz Marcinkowski
Niesamowite zestawienie dwóch rzeczywistości. Niejaki "Zenonie z Kition" zestawiasz współżycie - najbardziej intymne zbliżenie dwóch kochających się osób z "odbijaniem" komuś bliskiego. Oczywiście Autorka mówi tu o sytuacji, w której ktoś odbija kogoś na etapie przed ślubem! Nie chodzi tu o odbijanie małżonka! Jeśli Twój chłopak/dziewczyna odchodzi dla kogoś innego tzn., że nigdy nie był/nie była Twoja. Wierność nie jest jak mówi piosenka nudna, ale jest w prawdziwej miłości.
-
Comment Link
niedziela, 23 stycznia 2011 01:48
posted by
Zenon z Kition
"Z drugiej jednak strony, dopiero dzień zawarcia sakramentu małżeństwa jest potwierdzeniem przez Kościół i pobłogosławieniem obranej
drogi. Każdy ma prawo dążyć do szczęścia, jeśli więc chłopak jest zakochany w "zajętej" koleżance, lub dziewczyna w "zajętym" chłopcu, ma pełne prawo do prób poznania tej osoby, rozmów, okazji do poznania się. Na pewno nie poprzez perfidnie planowane spotkania poza wiedzą jej dziewczyny/chłopaka, lecz w "czystej grze" "
Katolicka hipokryzja. Nie wolno spać przed ślubem, ale odbijać komuś dziewczynę poprzez "czystą grę" jak najbardziej? Co za bzdury.
Wyszukiwarka
Ostatnio na Forum
-
-
- Mężczyzna i NPR
- 3 tyg., 3 dni temu
-
Tagi
Ostatnie komentarze
-
Zgadzam się w 100% z treścią artykułu :)! Pamiętam tę…
Napisane przez Agnieszka Kowal
na piątek, 27 kwietnia 2012 14:15
-
Dla mnie ta rzeźba jest piękna w formie i bardzo…
Napisane przez Ewa Maria
na środa, 25 kwietnia 2012 17:29
-
Dobry, pomocny tekst. Dzięki wielkie :-)
Napisane przez Maciej Kryczka
na czwartek, 12 kwietnia 2012 09:30
-
Wspaniałe :)
Napisane przez Agnieszka Kowal
na wtorek, 20 marca 2012 22:23
-
Uwielbiam tę książkę! Sięgam po nią przynajmniej raz w roku…
Napisane przez Agnieszka Kowal
na wtorek, 20 marca 2012 22:15