Tools
A+ R A- wide normal
Zarejestruj Zaloguj
  • Skip to content
Home » Relacje » Małżeństwo » Wyświetla wpisy wg etykiety: dzieci
  • Projekt KiM
  • NPRjestOK!
  • Ślubne-plany
  • O nas
  • Wydarzenia
  • Linki
  • Homesummary
  • Ona&Onmy work
    • Elementarz
    • Kobieta
    • Mężczyzna
    • Ona&On
    • Perfekcyjna Randka
    • Kącik Singla
  • Relacjewith us
    • Narzeczeństwo
    • Małżeństwo
    • Seksualność
  • Rodzina 
    • Rodzina
    • Dzieci
    • Wokół życia
  • Blogi 
    • Blogi Redakcyjne
      • Z pamiętnika Księżniczki
      • Z rycerskiego szlaku
      • Dziennik pokładowy
      • Antykoncepcyjne dylematy
      • Dei Verbum
      • Między nami
      • Kuźnia Miłości
      • Dzień-Dobry-Dzieci
      • Biblio-teczka Malucha
      • Przestrzenie Miłości
      • Super mamą być
      • Piękno kobiety
      • I love USA
      • Przez żołądek do serca
      • Opowieści z Czarodziejskiej Góry
      • Nowa dieta MŻ
      • Z pamiętnika Panny Młodej
  • Dobra Strefa 
    • Strefa Książki
    • Strefa Filmu
    • Strefa Świadectw
    • Strefa Multimediów
    • Strefa Poezji
    • Strefa Wiary
    • Zapisy na Kursy
  • Forum 
  • Kontakt 
Złote Myśli
"Radość i miłość są skrzydłami wielkich poczynań." (J.W.Goethe)
"Kochać kogoś to znaczy widzieć w nim cuda dla innych niedostrzegalne" (Francois Mauriac)
"Miłość oznacza być zupełnie blisko siebie, jednak bez chęci zawładnięcia drugim." (Phil Bosmans)
"Moją siłą ciążenia jest miłość moja:dokądkolwiek zmierzam, miłość mnie prowadzi." św. Augustyn
"Ach, co za oszczędność czasu zakochać się od pierwszego wejrzenia!" (Jan Kamyczek)
"Kocha się nie za cokolwiek, ale pomimo wszystko, kocha się za nic" (ks. Jan Twardowski)
"Każda kochana kobieta jest księżniczką w oczach tego, kto się o nią ubiega, i w swoich własnych" (Karel Čapek)
"Miłość oznacza rozprowadzać ciepło, nie dusząc się przy tym wzajemnie. Miłość oznacza być ogniem, ale wzajemnie się nie spalać." (Phil Bosmans)
"Kochać to wierzyć drugiej osobie i ufać jej, wierzyć w jej ukryte siły, w życie które posiada, jakiekolwiek byłyby kamienie do usunięcia dla wyrównania drogi." (Michel Quoist)
"Potrzeba wiele serca, aby tylko trochę kochać" (Henry de Montherland)

Wyświetla wpisy wg etykiety: dzieci
Subskrybuj RSS
środa, 06 lipca 2011 14:30

O trudnej sztuce "chodzenia ze sobą"

Kiedy mój syn, będąc w podstawówce, zjawił się w domu z radosną wiadomością o swoim pierwszym uczuciu, pomyślałam ze zdziwieniem: „Więc to już?”. A potem z ulgą: „Jak miło, że wybrał tak sympatyczną i mądrą dziewczynkę”. Następnie zadałam sobie pytanie: „Jaka wiedza ułatwiłaby mu przeżywanie stanu zakochania? Co może sprawić, że fakt ten nie stanie się przyczyną złych doświadczeń dla niego i osoby, którą wybrał? Co wreszcie uspokoiłoby nas, rodziców?”.

 

Dokładnie w rok po tym zdarzeniu nasza córka przyniosła podobną wiadomość i wtedy niepokoju i pytań było jeszcze więcej. No właśnie, przecież każdy z nas, będąc nastolatkiem, przeżywał romantyczną fascynację drugą osobą. Są to ważne stany, bez których trudno wyobrazić sobie młodość, szczęście. Pamiętamy zapewne, jak wyidealizowany obraz ukochanej czy ukochanego nosiliśmy w sobie, i emocje spędzające nam sen z powiek, które temu towarzyszyły. Będąc rodzicami, niepokoimy się o „stany zakochania” u naszych dzieci. Jest to bardzo naturalne, że z troską, ale i pewną ostrożnością przyglądamy się obiektowi westchnień córki lub syna.

 

Czego tak naprawdę boją się rodzice dorastających dzieci?

 

Chyba tego, że ich dzieci mogłyby dokonać niewłaściwych wyborów oraz że wybrane przez nich osoby będą miały na nie zły, a nawet krzywdzący wpływ. Jeszcze kilkanaście lat temu posiadanie dziewczyny czy chłopaka nawet w liceum nie było zbyt powszechne, a teraz już w gimnazjum wielu młodych ludzi ma za sobą spore doświadczenia w tej kwestii. Niestety, nie zawsze są to dobre doświadczenia. Złe wzorce przenikające z popkultury oraz powszechność erotyki przyczyniają się do wielu zranień, kształtują niewłaściwe postawy u młodego pokolenia. Sztandarowe stają się: „niezostawianie nic na potem”, przekraczanie granic intymności już w wieku 13-14 lat oraz wspólne zamieszkiwanie przed ślubem. Wszystkie te zjawiska sprawiają, że czujemy rodzicielską powinność, aby się im przeciwstawić.

 

Co możemy zrobić jako rodzice?

 

W zależności od etapu dojrzałości naszego dziecka, na jakim przyjdzie mu się zmierzyć z pierwszym gorącym uczuciem, rola rodziców może być różna. Pierwsza miłość może zdarzyć się przecież już w przedszkolu… To stwierdzenie wydaje się odrobinkę zabawne, ale po chwili refleksji można zauważyć, że nie jest to może najgorszy moment na to, aby ukształtować w dziecku dobre postawy i nauczyć je szacunku wobec drugiej osoby. Wtedy bowiem „zakochanie się” nie niesie za sobą jeszcze zbyt wielu negatywnych konsekwencji. Wydaje mi się, że poważne potraktowanie uczuć przedszkolaka może dać dobre owoce na czas dojrzewania, kiedy to młodzież dużo trudniej dzieli się swoimi emocjami. A jest ich wtedy dużo więcej… Nie chodzi chyba o to, aby popadać w przesadę, ale by okazywać ciepłe i serdecznie zainteresowanie tym tematem. Podpowiadać dziecku, jak może grzecznie i godnie odnosić się do swojej sympatii i jakiego zachowania wobec siebie oczekiwać. Bardzo przydatna jest wiedza na temat tego, na jakie zachowania wobec siebie pozwalać, aby żyć w zgodzie z zasadami sumienia i jednocześnie nie doświadczać potem uczucia zawodu czy zranienia.

 

Kiedy w życiu naszej córki lub syna pojawiał się ktoś ukochany, zawsze chcieliśmy poznać bliżej tę osobę. Nawet jeśli dotyczyło to etapu przedszkolnego, lubiliśmy wiedzieć, kim są bliskie naszym dzieciom osoby. Liczyło się dla nas głównie to, jacy są, czym się interesują, czemu poświęcają czas. Słuszne wydawało nam się wygospodarowanie pewnej rodzinnej przestrzeni dla każdego obiektu uczuć naszych dzieci. Mam na myśli czas i miejsce na wspólne bycie z dzieckiem i jego sympatią. Staraliśmy się zapraszać znajomych naszych dzieci do wspólnych wypraw, wyjazdów wakacyjnych, gier, zabaw itd. Wszystko po to, aby poznać charakter ich znajomości i jednocześnie wyznaczyć jej mądre granice. Moim zdaniem inne zasady należałoby przyjąć odnośnie do chłopca, a inne wobec dziewczynki. Ma to związek zarówno z innym sposobem przeżywania miłości przez obie płci, jak i z różnymi konsekwencjami na wypadek źle zagospodarowanych uczuć. Najważniejszy jest chyba w tym kontekście aspekt przygotowania się do różnych ról, jakie w przyszłości będzie pełnić syn czy córka. Synowi powinniśmy podpowiadać, jak ma stawać się dżentelmenem i ochroniarzem wobec wybranej osoby, a córce, jak szanować swoją godność i zachowywać odpowiednią klasę.

 

A jak możemy rozpoznać, czy osoba, którą zafascynowało się nasze dziecko, jest odpowiednia?


Najłatwiej odpowiedzieć na to pytanie: „po tym, czy nasze dziecko jest szczęśliwe, czy odpowiednio dzieli czas między uczucie, szkołę i obowiązki”. Ważnym wyznacznikiem jest też fakt, czy relacje, jakie miało z rodziną, nie uległy zmianie na gorsze. Ale bardzo istotnym czynnikiem jest uznawany przez tę osobę system wartości.

 

Coś, co powinno nas zaniepokoić naprawdę i zmobilizować do uważniejszego przyglądania się znajomościom naszych dzieci, to pojawienie się nieodpowiedniego słownictwa, zmiany w stylu bycia, unikanie kontaktów z rodziną, znikanie z domu na wiele godzin, znaczne pogorszenie się ocen, zmiana priorytetów i wartości.

 

Częstym ostatnio problemem, z którym spotykają się rodzice (nawet w rodzinach katolickich), jest podejmowanie przez młodzież współżycia seksualnego oraz wspólne mieszkanie przed ślubem. Czasem wydaje się, że nie ma na to recepty, zwłaszcza gdy dotyczy pełnoletnich już dzieci. Wydaje mi się, że na ten temat należy rozmawiać mimo wszystko, długo i cierpliwie przekonując, że taki związek nie przynosi pełni relacji możliwych w prawowitym małżeństwie, nie gwarantuje prawnych zabezpieczeń. Ale jest coś, o czym najbardziej nie wolno zapominać: taki związek na pewno nie podoba się Panu Bogu. Nie możemy przewidzieć, która z fascynacji naszego dziecka okaże się poważna i przerodzi się w dorosłe uczucie.

 

Zadaniem rodziców jest więc kształtowanie nawyków takich zachowań, które są zgodne z trwałymi wartościami, jakie chcemy przekazać dziecku. Przypominanie, że czas tzw. chodzenia ze sobą jest czasem na mądrą przyjaźń i umiejętne zachowywanie dystansu wobec drugiej osoby, który uczy, że pełnia bliskości jest możliwa w małżeństwie. Młodzież nie zawsze chce pamiętać, że to właśnie dystans oraz powściągliwość seksualna są wyrazem prawdziwego szacunku i miłości wobec drugiej osoby. Bo to właśnie uczy, jak drugą osobę stawiać wyżej, ponad zaspokojenie własnych pragnień. Prawdziwa miłość powinna być ofiarna.

 

Mówi się, że „chodzenie ze sobą” to trudna sztuka, której trzeba się nauczyć. To prawda – chodzenie jest przygotowaniem do czegoś jeszcze trudniejszego: do dojrzałego bycia ze sobą w małżeństwie. Do porozumiewania się, kompromisów, wzajemnej empatii. Do wspólnej drogi ku szczęściu z dobrze wybranym i odpowiednim człowiekiem. Warto tego nauczyć młodzież, bo jak napisała kiedyś Małgorzata Musierowicz (ulubiona pisarka młodzieży): w ufnym, dobrym porozumieniu z drugim człowiekiem „jest jakiś odprysk wieczności, coś doskonałego i boskiego”.

 

 

Nela Niewadzi-Bargiełowska

 

Tekst pochodzi z magazynu "Sygnały Troski" nr 7-8/2011

www.sygnalytroski.pl

Opublikowane w Rodzina
Czytaj więcej...
piątek, 09 grudnia 2011 16:20

Rodzice XYZ

Rodzice XYZ

Żyjemy w czasach, w których żadna wartość zdaje się nie być równie ceniona, jak uznanie. Nie chodzi jednak o uznanie za szczególne osiągnięcia, za doskonałe wyniki sportowe, za wielki talent muzyczny, literacki, plastyczny czy nawet za wyjątkową dobroć i szczodrość wobec bliźnich. Choć na szczęście nie zapominamy jeszcze zupełnie o tych, którzy poświęcają swoje życie dla rozwijania talentów, którymi zostali obdarzeni lub poświęcają się dla innych, czasy demokratyczne, w których funkcjonujemy, domagają się innego rodzaju uznania – uznania dla bycia takim, jakim się jest. „Bądź sobą”, „jestem jaki jestem”, „róbta, co chceta” – głoszą popularne hasła i koryfeusze egalitarnego uznania. Uznani chcą być dzisiaj wszyscy i właściwie wszyscy się tego domagają.

 

Równi i równiejsi

 

Ale mimo iż wszyscy się tego domagają, nie wszyscy tego uznania dostąpią. Otóż nasze czasy to nie tylko czasy demokratyczne, ale także czasy przesiąknięte wybiórczą tolerancją, którą często określa się mianem „politycznej poprawności”. Nie miejsce tu na rozwodzenie się nad genezą i przyczyną takiego stanu rzeczy, należy tylko podkreślić, że na coraz większe uznanie mają szanse ci, którzy przez wieki takiego uznania byli pozbawieni, albo za takich zostali uznani. Do takich grup należą dziś przede wszystkim mniejszości seksualne, które w kontekście tego artykułu będą szczególnie istotne.

 

Homoseksualiści od jakiegoś czasu mogą liczyć na uznanie z racji samego homoseksualizmu. Nie jest to uznanie jeszcze powszechne, ale coraz nachalniej promowane w mediach i poprzez różnego rodzaju organizacje społeczne (będące często zwykłymi grupami lobbingowymi), a czasami także przez instytucje rządowe i tworzone prawo. Trzeba przyznać, że jeszcze do niedawna homoseksualiści nie mieli łatwo – ale próby przyznania im rodzaju zadośćuczynienia zadekretowanego prawem przybierają czasami rozmiary wręcz karykaturalne. I nie mówię tu już o paradach „dumy gejowskiej”, „małżeństwach homoseksualnych” czy nawet o prawie do adopcji dzieci przez takie związki. Najnowszym pomysłem jest, aby zrezygnować z pojęć „matka” i „ojciec”, które mogą urazić homoseksualistów chcących wychowywać własne dziecko.

 

Hiszpania w czołówce

 

Pionierem na tym polu, jak i na wielu innych frontach „postępu” w ostatnich latach, została Hiszpania, która w 2006 roku zmieniła prawo dotyczące dokumentów stanu cywilnego. Nie używa się w nich już słów „ojciec” i „matka”, a „rodzic A” i „rodzic B”. Przedstawiciele rządu nie ukrywali, co było źródłem tych zmian – rodzice homoseksualni nie mogli się czuć gorsi od rodziców tradycyjnych. Ale na froncie postępu walka nigdy się nie kończy – otóż hiszpańskie słowo użyte do wyeliminowania niemodnych „matek” i „ojców” jest odmiany męskiej, alarm zatem wzniosły hiszpańskie… lesbijki. Oczywiście użyte słowo nie zadowoliło ich potrzeby bycia docenionymi.

 

Mimo to Hiszpania nie pozostała odosobniona w swoich próbach. Szkocja nie zaszła jeszcze tak daleko, ale wytyczne tamtejszej służby zdrowia zalecają stosowanie terminów „neutralnych” wobec rodziców, czyli zastępowanie określeń sugerujących płeć zwrotami typu „rodzic A i B”. Zupełnie niedawno ze Stanów Zjednoczonych nadeszła wiadomość, że departament stanu rozważa możliwość wprowadzenia takiej terminologii w podaniach o paszport. Debaty na ten temat pojawiają się także w innych krajach. Ciekawe także, czy Unia Europejska nie zaproponuje zmian na tym polu w ramach finansowanego przez nią projektu badawczego pod tytułem Rodzina w czasach przemian.

 

Czy takie rozwiązania prawne są w stanie rozwiązać istniejące problemy nie tworząc nowych? Zabawny, do pewnego stopnia, przykład hiszpańskich organizacji lesbijskich sugeruje, że nie jest to nawet bliskie takiemu wynikowi. Istnieje jednak więcej problemów. W złośliwych komentarzach pojawiających się w internecie można przeczytać, że samo rozróżnienie pomiędzy A i B jest już dyskryminujące, bo wiadomo, że lepiej jest być A, niż B. Kto będzie decydował, które z rodziców ma być A, a które B? Kto zapewni równe traktowanie? Ale jest jeszcze coś – przez wieki dzieci wymawiały z reguły jako pierwsze słowo „mama” – czy dziś będzie trzeba je nauczyć wymawiać coś innego, żeby było zgodnie z prawem?

 

Niewygodne ojcostwo

 

Mimo tych problemów można się spodziewać, że promotorzy postępu nie ustąpią. Nie chodzi tu bowiem tak naprawdę jedynie o walkę o uznanie dla nowej roli homoseksualistów. Twierdzę, że za tymi pomysłami stoi dążenie do zniesienia tradycyjnego pojęcia rodzicielstwa, ze szczególnym uwzględnieniem ojcostwa. Ojcostwa, rozumianego jako wyjątkowy rodzaj autorytetu prowadzącego do dobra, wprowadzającego młodych w życie w szacunku do podstawowych wartości, do jakich od wieku zaliczano Boga, ojczyznę, honor i rodzinę, czyli wszystkie te ideały, które dziś dominujący nurt kultury i ideologii stara się zniszczyć lub przynajmniej obrzydzić. Osłabienie ojcostwa jest niezbędnym elementem do zainstalowania nowej rzeczywistości, w której zamiast odgórnie (a właściwie odwiecznie) ustalonych dóbr będzie można się domagać uznania dla wszystkich i wszystkiego. A może lepiej byłoby powiedzieć, dla czegokolwiek.

 

Maciej Brachowicz

 

Artykuł pochodzi z czasopisma IMAGO - czasopisma Fundacji Pro Humana Vita (nr listopad-grudzień 2011)


Opublikowane w Rodzina
Czytaj więcej...
sobota, 30 maja 2009 22:07

Lew świętego Hieronima

Lew świętego Hieronima

„Lew Świętego Hieronima i inne opowiadania”

Justyna Kiliańczyk-Zięba

wyd. Znak, 2009

 

Jakim sposobem św. Werburga przywróciła życie gęsi?
Dlaczego św. Izydor dokarmiał ptaki zimą?
Jak Św. Makary zaprzyjaźnił się z hieną?


Wielkimi krokami zbliża się Dzień Dziecka. Z tej okazji prezentujemy Wam książkę, która może sprawić wiele radości maluchom, jaki i rodzicom/opiekunom/starszemu rodzeństwu. Zwłaszcza, że jest wspaniałą alternatywą dla uwielbianych przez pociechy odwiedzin… ZOO.

„Lew Świętego Hieronima i inne opowiadania” to zbiór historii o świętych. Nie są to jednak zwykłe opisy ich zasług, ale ich przygody ze zwierzętami! Wszyscy doskonale znamy miłość św. Franciszka do wszelkiego stworzenia i przekaz o jego rozmowie z wilkiem. A jednak nie tylko on nie tylko on rozumiał mowę istot żywych i nie tylko jego słuchały.

Opowieści przedstawiają sylwetki świętych, o których często nawet my, dorośli nie wiemy zbyt wiele (np. Św. Róża, Św. Izydor czy Św. Werburga). Ale możemy być pewni, że dzieci zapamiętają każde imię i opowieść. Książeczka oprócz swoich aspektów edukacyjnych i pedagogicznych (promujących naprawdę dobre wartości przyjaźni, pomocy drugiemu, wrażliwości na każde stworzenie), zawiera mnóstwo pięknych, przejrzystych ilustracji (ilustrowała Maria Gromek), które na pewno zapadną w pamięć czytelnikom.

Opublikowane w Strefa Książki
Czytaj więcej...
niedziela, 18 grudnia 2011 18:05

Gwiazdka "po Bożemu"

Gwiazdka "po Bożemu"

Po co są Święta Bożego Narodzenia? Żeby najeść się pyszności, posłuchać kolęd, poddać się nastrojowi już od listopada „podkręcanemu” przez reklamy i sklepowe dekoracje? Żeby obdarować swoich bliskich prezentami? Żeby pobyć ze sobą? W zasadzie każdy z tych elementów jest istotny i jak najbardziej potrzebny, ale pod jednym warunkiem – jeśli nie przysłania tego, co najważniejsze. Bo Boże Narodzenie jest przede wszystkim jednym z najdonioślejszych wydarzeń w roku liturgicznym; świętem podczas którego – jak sama nazwa wskazuje – wspominamy przyjście Jezusa na ziemię w ludzkiej postaci.

 

Każdy przeżywa te Święta na swój własny sposób. Jednak żyjąc w rodzinie, powinno się mieć w tym czasie na uwadze nie tylko siebie, ale także uczucia i potrzeby pozostałych członków. Dobrze jest postawić sobie pytanie, w jaki sposób poprzez wspólne świętowanie można umocnić zarówno swoją wiarę, jak też wzajemne relacje. A te Święta naprawdę stwarzają mnóstwo okazji do tego, żeby je w Bożym duchu pogłębić. Nie bez powodu poprzedzone są czterotygodniowym okresem Adwentu, w którym mamy się wewnętrznie przygotować do świadomego i radosnego ich przeżycia.

 

Tak naprawdę bowiem to już wtedy rozpoczyna się rodzinne obchodzenie Świąt Bożego Narodzenia. Czy się ten czas owocnie wykorzysta, dużo zależy od postawy przyjętej przez rodziców. Już małe szkraby bardzo chętnie będą uczestniczyć w Roratach, zwłaszcza, gdy mama czy tata pomogą w wykonaniu lampionu. Msze roratnie są też wspaniałym pretekstem, aby w przystępny sposób wprowadzać dzieci w świat głównych prawd wiary. Uczą też wyrzeczeń – nierzadko trzeba przecież bardzo wcześnie wstać! (Aczkolwiek oprócz tradycyjnych Rorat „o świcie”, często są również specjalne dla dzieci – po południu lub wieczorem). Dodatkowo księża zachęcają wtedy do podjęcia adwentowych postanowień, co wpływa nie tylko na jakość przeżycia Świąt, ale też ćwiczy cierpliwość, silną wolę oraz znakomicie kształtuje charakter. Ponadto w wielu parafiach panuje zwyczaj wypisywania przez dzieci (na karteczkach, serduszkach) swoich dobrych uczynków i składania ich np. w pustym jeszcze żłóbku. Zbierane są też dary dla najuboższych rodzin – można podzielić się swoimi rzeczami, zabawkami. Szkoda „przespać” ten czas, dlatego szczerze zachęcam do zadbania także o tę stronę przygotowań do Świąt – chociażby podczas tych paru ostatnich dni, które nam jeszcze pozostały.

 

Kolejną istotną sprawą są świąteczne porządki, dekoracje, pieczenie, gotowanie itd. Pozostawienie wszystkiego na głowie jednej osoby (przeważnie mamy) jest nie tylko dość okrutne i niesprawiedliwe, ale też zupełnie bezsensowne, żeby nie powiedzieć: głupie, pozbawia bowiem resztę rodziny wielu przyjemności. Brzmi to może cokolwiek dziwnie, ale… wystarczy pomyśleć, jak wiele uciechy może dać wspólne robienie ozdób na choinkę, zawieszanie światełek, wykrawanie pierników! Zwykłe ścieranie kurzu, pastowanie podłogi czy zmywanie stosu naczyń nabiera zupełnie innego znaczenia, gdy robi się to wraz ze swoim mężem, żoną, córką, synem, mamą, tatą… Wiadomo, że nie wszyscy mogą w równym stopniu włączyć się do każdej ze świątecznych prac – nie wymagajmy od kilkulatka, aby np. gotował wymyślne potrawy czy prasował. Nie o to przecież chodzi. Sęk w tym, aby każdy w miarę swoich możliwości miał swój wkład. Grunt to rozsądny podział – wtedy nikt nie czuje się wykorzystywany i zmęczony, a wszyscy mogą poczuć radość i satysfakcję. Przedświąteczne czynności naprawdę nie muszą wiązać się z pośpiechem i zdenerwowaniem, a taka wspólna praca bardzo scala rodzinę.

 

Jeśli chodzi o przeżycie samych Świąt, to według mnie wszystko, co najważniejsze, zawiera się we fragmencie książki Małgorzaty Musierowicz pt. Noelka (przy okazji – gorąco polecam lekturę całości!):

 

W miłym gwarze i hałasie cała rodzina nadciągała wolniutko do stołu. Przynoszono dodatkowe nakrycia, brzękano dodatkowymi sztućcami, dostawiano krzesła, żeby dla wszystkich starczyło miejsca przy stole. Truchtem przebiegła przez pokój Pyzunia, krzycząc: – A gdzie sianko, a gdzie sianko?! – i pojawiła się w chwilę potem z garścią suchych traw, które złożyła na serwetce pośrodku stołu (omal nie wylewając zawartości wazy z kompotem). Na sianku umieściła paczkę opłatków, a tu właśnie nadeszły z kuchni obie mamy, zdejmując fartuszki i meldując, że wszystko gotowe.


Patrycja […] wetknęła do magnetofonu kasetę z kolędami w wykonaniu zespołu „Mazowsze”. […] Kiedy gwar już umilkł, wstał ojciec Borejko, chrząknął uroczyście i długo grzechocząc zapałkami wykrzesał wreszcie płomyk, niezbędny do zapalenia świecy na stole. Następnie stwierdzono, że potrzebne w tym właśnie momencie Pismo Święte gdzieś się zapodziało i odbyło się krótkie śledztwo w tej sprawie. Biblię odnaleziono na fotelu, ojciec brzęknął widelcem w talerz i poprosił o ciszę. Jak zwykle w Wigilię u Borejków głos miało dziecko. […] Zgaszono światło, zapalono świeczki na choince. […] Pyza otworzyła książkę na stronicy założonej wstążeczką.

– Narodzenie Jezusa – przeczytała głosem zasapanym z przejęcia. – W owym czasie wyszło rozporządzenie Cezara Augusta...

Elka zupełnie niespodziewanie poczuła, że ma łzy w oczach. Nie rozumiała, dlaczego. Zwykły wieczór wigilijny. Zwykła rodzina. […] Mama Borejko też miała łzy w oczach.

Jak co roku w tej właśnie chwili. Oto cała jej rodzina zgromadziła się wokół stołu, wszyscy zdrowi, wszyscy – wciąż jeszcze razem.

Jak długo?... Świeca płonęła chybotliwie, oświetlając kochane twarze, pachniało choinką i pomarańczami, a cienki, przejęty głosik, jak co roku, od tylu już lat – niezależnie od tego, które z dzieci właśnie wybrano do czytania – ciągnął odpowiedzialnie, zacinając się – jak zwykle – zawsze w tym samym miejscu:  –Udał się także Józef z Gali - galili - galali - galilei, z miasta Nazaret...

Dziękuję - przemknęło przez głowę mamie Borejko. - Dziękuję. Za to całe szczęśliwe życie.

 

Jaki jest zatem sekret udanej Wigilii? Po prostu – Miłość. Radość z tego, że jest się razem, przy jednym stole. Chwile wzruszenia podczas dzielenia się opłatkiem – podziękowanie sobie nawzajem za pomoc, dobro oraz obecność w dobrych i złych chwilach, przeproszenie za to, co było nieudane, przebaczenie uraz. No i przede wszystkim niezapominanie o Tym, Który jest (nie tylko zresztą tego dnia) najważniejszy. Dlatego tak istotna jest wspólna modlitwa, odczytanie fragmentu z Ewangelii św. Łukasza, śpiewanie czy słuchanie kolęd, pójście na Pasterkę. Cała piękna oprawa – biały obrus, choinka, świece itd., powinny być traktowane nie jako cel, lecz środek do przeżycia czegoś większego i głębszego. Dopiero wtedy, gdy całą rodziną zaprosi się Boga do wigilijnego stołu, Święta będą przeżyte w najpiękniejszy i najwłaściwszy sposób.

 

Nie warto marnować tych magicznych chwil na siedzenie przed telewizorem i oglądanie po raz kolejny tych samych programów, kiedy można ten czas wykorzystać dużo lepiej. Jak? Każda rodzina ma swoje własne rytuały i zwyczaje. Osobiście z prawdziwym sentymentem wspominam Gwiazdki, kiedy z rodzicami i siostrą graliśmy w gry planszowe i układaliśmy olbrzymie puzzle. W zaprzyjaźnionej, muzykalnej rodzinie wspólnie wykonuje się kolędy – każdy gra i śpiewa! W innej z kolei ogląda się wtedy rodzinne zdjęcia, slajdy czy filmy i wspomina wydarzenia z dalekiej i bliskiej przeszłości – śluby, chrzciny, komunie, wakacje… W codziennym zabieganiu nie zawsze jest czas, aby spokojnie porozmawiać, pośmiać się, podokazywać z dziećmi. Gwiazdka daje do tego szansę.

 

Nie sposób nie wspomnieć przy tej okazji o prezentach. Nieodłącznie wpisują się w tradycję i także budują gwiazdkowy klimat. Niestety, w dobie powszechnej komercjalizacji często gubi się ich podstawowy sens, jakim było i być powinno sprawienie przyjemności osobie obdarowanej i zaznaczenie, że się o niej pamięta oraz że jest dla nas ważna. A więc trafiony prezent niekonieczne musi wiązać się z olbrzymimi kosztami! Liczy się pomysł, szczerość, chęć trafienia w upodobania oraz spełnienie marzeń. Dlatego zakupu świątecznych upominków nie powinno się zostawiać na ostatnią chwilę, bo zwiększa to ryzyko przypadkowości oraz poddania się presji czasu i perswazji reklam.


W potocznym, „świeckim” wymiarze grudniowe święta kojarzą się bardzo ciepło i pozytywnie – z choinką, śniegiem, jasnymi światełkami rozjaśniającymi mroki nocy, świętym Mikołajem i prezentami. Jednak dla ludzi wierzących istota Gwiazdki na tym się nie kończy. Z jednej strony – przeżywanie radości z narodzin Bożej Dzieciny oraz doświadczenie miłości Boga i człowieka, z drugiej natomiast – przygotowywanie się na nie i dzielenie się nimi w gronie najbliższych – oto prawdziwa i główna treść tych Świąt.

Opublikowane w Rodzina
Czytaj więcej...
wtorek, 01 lutego 2011 13:37

Surfowanie po Biblii

Surfowanie po Biblii

Jak często czytasz Biblię? Codziennie, raz na tydzień, sporadycznie, wcale? Właściwie nie ma to aż tak ogromnego znaczenia. O wiele istotniejsza wydaje się kwestia – w jaki sposób czytasz Pismo Święte? Czy dostrzegasz związek między nim a swoim życiem?

 

Wobec tych trudnych pytań stajemy, sięgając po Surfowanie po Biblii. Choć w samej książce nie zostają one zadane wprost, jej lektura wręcz zmusza do pewnej deklaracji i określenia, czym jest Biblia. Księgą historyczną? Zbiorem legend i mitów? Pasjonującą, aczkolwiek niekoniecznie aktualną (zwłaszcza jeżeli mowa o Starym Testamencie) lekturą?

 

Pastor Werner Tiki Künstenmacher, znany w Polsce dzięki jednemu ze swych wcześniejszych dzieł Luksus według Jezusa, przekonuje, iż ponowne odczytanie Biblii – z uwzględnieniem jej sieciowego charakteru (tj. działania na zasadzie internetowych hiperłącz) – w połączeniu z próbą zastosowania jej treści w codzienności może pomóc w osiągnięciu świadomego i spełnionego życia. Wystarczy „wlinkować” treść Pisma Świętego do poszczególnych elementów swojej egzystencji i uczynić bardziej biblijnym swój sposób traktowania czasu, pieniędzy, rzeczy, pracy, przyjaciół, a zwłaszcza… siebie samego. Rady udzielane przez Küstenmachera są bardzo konkretne – wyjaśnia on np. dlaczego nie należy rozpoczynać dnia od sprawdzenia skrzynki mailowej oraz co zrobić, by otaczające nas rzeczy pełniły role narzędzi, a nie kajdan.

 

Jednak nie należy spodziewać się, że sięgnięcie po Surfowanie… rozwiąże wszystkie problemy. Książka ta nie jest oczywiście dziełem doskonałym. Przede wszystkim to dość luźny tekst, adresowany do człowieka „nowoczesnego”, bardzo mocno nasycony subiektywizmem i osobistą wizją świata niemieckiego pastora – dotyczy to także interpretacji Biblii. Küstenmacher nie uwzględnia też dość istotnego faktu: choć Pismo Święte zawiera wiele prawd o znaczeniu uniwersalnym, jednak opisywani w nim ludzie byli bardzo mocno zakorzenieni w pewnych społeczno-kulturowych warunkach, które ukształtowały ich mentalność. Zatem nie wszystkie motywy biblijne da się przenieść wprost do współczesności.

 

Trzeba jednak oddać sprawiedliwość autorowi Surfowania po Biblii. Jego niewątpliwą zasługą jest „ożywienie” świętych ksiąg, podjęcie próby przeniesienia ich treści na grunt codzienności. Rozważania Küstenmachera skłaniają do pogłębionej lektury Pisma Świętego oraz podejmowania konkretnych działań, które mogą sprawić, że nasze życie stanie się pełniejsze i bardziej świadome.

 

Werner Tiki Küstenmacher, Surfowanie po Biblii, Wydawnictwo Święty Wojciech, Poznań 2010.

Opublikowane w Strefa Książki
Czytaj więcej...
środa, 25 kwietnia 2012 19:37

O samochodzikach, sprzęcie AGD i relacjach z ludźmi

O samochodzikach, sprzęcie AGD i relacjach z ludźmi

Pewnego dnia weszłam do pokoju naszych starszych dzieci – nietrudno się domyślać, że zastałam w nim krajobraz jak po bitwie –  samochodziki wymieszane z ubrankami dla lalek, klockami i stadem pluszowych zwierzątek, które jakimś cudem nie zmieściły się do szafy, a do tego wszystkiego sporo kółek, opon i zderzaków od niezidentyfikowanych pojazdów... Zaczęłam się zastanawiać gdzie popełniliśmy błąd, bo najwyraźniej sprawa wymknęła się nam spod kontroli.

 

Doszłam do wniosku, że to swoisty obraz naszych czasów – dziadkom, ciociom, wujkom i znajomym zachciewa się obdarowywać dzieci drobnymi upominkami także „bez okazji”. W każdym kiosku można kupić dowolny drobiazg, można go także otrzymać gratis z co drugim czasopismem dla rodziców albo dla dzieci. Problem w tym, że znakomitą większość tych rzeczy można określić wspólnym mianem: tandeta, a wiadomo, że małe, ale niezwykle silne rączki kilkulatka są w stanie przeobrazić je w stosik plastikowych elementów, z których nie da się już zmontować samochodzika. W związku z tym spora część takich podarków ląduje w koszu na śmieci, a dziecko już sobie planuje co babcia powinna przynieść następnym razem...

 

Dzieci małe i trochę starsze są przyzwyczajane do tego, że nie warto naprawiać zabawek, bo można łatwo kupić nową, bardziej kolorową i dodatkowo mrugającą światełkami, a nowy model komórki ma więcej aplikacji... Niestety także producenci przedmiotów codziennego użytku i sprzętów domowych, których kupowanie jest domeną dorosłych, dbają o to, żeby po upływie gwarancji bardziej opłacało się nam znów iść do sklepu, a nie do serwisu...

 

Czy bezduszne prawa rynku nie przekładają się w dramatyczny sposób na nasze relacje z ludźmi? Czyż nie nasuwa się w tym miejscu refren piosenki śpiewnej przez Kasię Klich? „Znów się zepsułeś i wiem co zrobię, zamienię ciebie na lepszy model”... Smutna to wizja, jednak sporo ludzi bierze ją na serio i to także w kontekście małżeństwa. Świat stara się nas przekonać, że nie warto dbać o związek, a w razie trudności i kryzysów strać się go naprawić, że nie warto się trudzić, bo można sobie poszukać „nowego partnera”, który będzie nam bardziej pasował.

 

Drugim aspektem tego dawania i dostawania prezentów jest czekanie na specjalną okazję. Niestety, tak jak napisałam wcześniej, ta dostępność i niska cena zachęcają, żeby „coś małego” kupić dziś, a na urodziny to dopiero coś droższego. Niestety to, co dużo kosztowało dorosłego, nie zawsze jest postrzegane przez dziecko jako cenne – a skoro „codzienne” zabawki można (prawie) bezkarnie zepsuć, to dlaczego akurat naprawiać tę od dziadka?

 

Dla wszystkich byłoby lepiej, gdybyśmy nie ulegali pokusie kupowania podarków „bez okazji” – obdarowującym uzbierałby się spory stosik złotówek, za który mogliby spełnić dziecięce urodzinowe marzenie, dzieci z radosną niecierpliwością oczekiwałyby na dzień swoich urodzin czy inną okazję, przez co stawałby się dla nich jeszcze bardziej uroczysty i ważny, i wymarzonej zabawki nie zepsułoby się tak łatwo, a w dziecięcym pokoju dałwałoby się znacznie łatwiej utrzymać porządek. Poza tym można by mieć nadzieję, że kiedy takie dziecko dorośnie, będzie to umiało przełożyć na więcej sfer dorosłego życia, gdzie czekanie i wysiłek z tym związany są niezbędne, aby poczuć smak prawdziwego świętowania.

 

Na szczęście dzieci mają tę cechę, że potrafią kochać szczerą, wierną, dziecięcą miłością tego jedynego misia z wyskubanym futerkiem, kaczuszkę, która jest tak niezastąpiona, że nie ma kiedy jej wyprać, pieska z naderwanym noskiem, który często chodzi do przedszkola. Te najukochańsze zabawki zawsze się znajdzie w stosie innych i z tymi przybiegnie się do mamy i taty, żeby zrobili operację, po te będzie się trzeba wracać wiele kilometrów, gdyby gdzieś nieopatrznie się zawieruszyły.

 

Obyśmy w trudnych chwilach dorosłego życia umieli odnaleźć w sobie tę determinację do naprawy relacji z kochaną osobą, mimo podsuwanych nam przez świat dziesiątków „lepszych modeli” łatwiejszych w „obsłudze”. Obyśmy uwierzyli, że warto czekać, bo pewne „prezenty” są tak niezwykle cenne, że pośpieszne ich rozpakowanie i użycie zniszczyłoby cały zamysł Obdarowującego, który zawarł w nich wiele miłych niespodzianek, a które odkrywa się stopniowo, w miarę zaangażowania i poświęconej uwagi.

Opublikowane w Elementarz
Czytaj więcej...
piątek, 20 maja 2011 07:50

Bezpieczna bajka

Bezpieczna bajka

Bezpieczna bajka, autorzy: Grażyna Bąkiewicz, Roksana Jędrzejewska-Wróbel, Beata Ostrowicka, Zofia Stanecka, Małgorzata Strękowska-Zaremba, Dorota Suwalska, Agnieszka Tyszka, wyd. Nasza Księgarnia 2011


Po niezwykle dobrym przyjęciu antologii „Bajkoterapia, czyli dla małych i dużych o tym, jak bajki mogą pomagać” oddajemy w ręce czytelników kolejną książkę w serii. Tym razem jako temat przewodni wybraliśmy bezpieczeństwo.

 

„Bezpieczna bajka”, skierowana do dzieci w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym, a także do rodziców i opiekunów, zawiera bajki terapeutyczne znanych polskich pisarek na tematy takie jak: spotkanie z nieznajomym, znaleziony (niebezpieczny) przedmiot, zgubienie się, bezpieczeństwo w wodzie, wirtualny świat, samodzielność, bezpieczeństwo w domu, korzystanie z numerów alarmowych, uzależnienie i inne.

 

Zebranym w książce bajkom towarzyszą wskazówki i komentarze Katarzyny Klimowicz, które, mamy nadzieję, będą dla rodziców i dzieci pomocą, inspiracją do rozmowy, zabawy czy przede wszystkim wspólnego zastanowienia się nad prezentowanymi tematami. Dodatkowo każdą bajkę poprzedza wywiad z ekspertem. Do projektu zaprosiliśmy osoby, które dobrze orientują się w poruszanych tematach albo dzięki wykonywanej pracy, albo osobistym doświadczeniom. Wśród ekspertów znaleźli się między innymi: Mateusz Kusznierewicz, Jasiek Mela, Małgorzata Ohme, Małgorzata Ostrowska-Królikowska, Beata Pawlikowska, Piotr Pawłowski, Mariusz Sokołowski, Jakub Śpiewak.

 

„Bezpieczna bajka” to antologia pięknych i mądrych bajek dla dzieci, poradnik dla rodziców, a przede wszystkim świetny sposób na wspólne spędzenie czasu!

 

Źródło: Wyd. Nasza Księgarnia

 

WYGRAJ KSIĄŻKĘ w konkursie organizowanym z okazji zbliżającego się Dnia Dziecka!

Opublikowane w Strefa Książki
Czytaj więcej...
piątek, 20 maja 2011 07:57

Pitu i Kudłata dają radę

Pitu i Kudłata dają radę

Leszka K. Talko, Pitu i Kudłata dają radę, wyd. Nasza Księgarnia 2011

 

Współczesny Mikołajek i jego siostra nie pozwolą Wam się nudzić!

 

Leszek K. Talko, autor bestsellerów „Dziecko dla odważnych” i „Pomocy, jestem tatą!”, do tej pory opowiadał o świecie dzieci jako rodzic. W najnowszej książce postanowił odwrócić perspektywę i spojrzeć na świat rodziców oczami dzieci. Oddał głos Pitu i Kudłatej — niesfornemu rodzeństwu, które daje radę, mimo że dorośli są tacy dziwni…

 

Mam z kolegami ze swojej bandy bazę w lesie. Przynosimy tam różne rzeczy, które już nie są potrzebne naszym rodzicom. Czasem zapominamy zapytać. Tata się denerwował, że akurat taczka i jego stary laptop były mu potrzebne, no ale w bazie też ich potrzebowaliśmy. Taczką zwoziliśmy materiały, na przykład płytki od Maksia i poduszki od Frania, a laptop był do naszego biura w bazie. Szkoda, że się szybko zamoczył, bo niestety nie mamy dachu.


W bazie siedzimy z chłopakami, ale czasami pozwalamy siedzieć też dziewczynom. O ile nas nie wnerwią, ale to się zdarza bardzo rzadko. Wtedy je wypędzamy. Tata mówi, że dziewczynek nie bije się nawet kwiatem, więc nie bijemy ich kwiatami, tylko normalnie gałęziami albo rękami.


Lekarz, do którego przyszliśmy, był najfajniejszy na świecie, bo cukierki stały już w szatni. Nabrałam ich do kieszeni, ale przyszło mi do głowy, że Pitu pewnie będzie się chciał podzie­lić, więc podeszłam znowu i włożyłam więcej cukierków do drugiej i trzeciej kieszeni. Pana doktora wciąż nie było, pomyślałam sobie, że można przecież schować też cukierki do czapki i do buzi.


Kiedy wreszcie weszliśmy do gabinetu i tata opowiedział panu doktorowi, że boli mnie ucho, pan doktor zapytał, czy mogę otworzyć buzię. Pokiwałam głową, że tak, ale niestety wtedy te cukierki, które nie zmieściły się do czapki, wypadły mi z buzi. Tata powiedział, że czuł, że dzieje się coś podejrzanego, kiedy od kilku minut nic nie mówiłam.

 

Źródło: Wyd. Nasza Księgarnia

 

WYGRAJ KSIĄŻKĘ W KONKURSIE organizowanym z okazji zbliżającego się Dnia Dziecka!

Opublikowane w Strefa Książki
Czytaj więcej...
środa, 01 czerwca 2011 05:35

Mio, mój Mio – baśń o cudach

Mio, mój Mio – baśń o cudach

Pamiętacie fascynujące przygody małej grupki przyjaciół z Bullerbyn? Odkrywanie z zapartym tchem ich pomysłów, zwyczajów, zabaw? Z Mio, mój Mio jest podobnie, ale tylko w kwestii zatapiania się w świecie opowieści. Bo historia całkiem inna – czarująca, nie tylko urokiem, ale i prawdziwą magią.

 

W Sztokholmie zaginął 9-letni chłopiec. Rozpoczęto poszukiwania, rozwieszono anonse, ale ślad się urwał. Bosse (zwany również Mio), wychowywany przez apodyktycznych rodziców zastępczych, zapadł się pod ziemię, a raczej udał się, za sprawą złotego jabłka i ducha uwięzionego w butelce, do Krainy Dalekiej. A to dopiero początek nieprzewidzianych i tajemniczych zdarzeń. Chłopiec dopiero w tej magicznej krainie odnajdzie prawdziwe szczęście i miłość ojca, ale czeka go coś jeszcze – wypełnienie przepowiedni. Wraz z nią zdobywanie nowych doświadczeń, kształtowanie swojej tożsamości, nawiązywanie nowych przyjaźni i cały splot zaskakujących okoliczności. Baśniowe konstruowanie świata opowieści sprawia, że czytelnik zaczyna wierzyć w cuda. Wystarczy odrobina wyobraźni…

 

A. Lindgren, Mio, mój Mio, wyd. Nasza Księgarnia 2011

Opublikowane w Strefa Książki
Czytaj więcej...
sobota, 15 października 2011 12:17

Różaniec dla dzieci

Różaniec dla dzieci

Czy dzieci lubią różaniec? (Być może najpierw powinniśmy zastanowić się, czy dorośli go "lubią", czy go rozumieją i w końcu - na ile "praktykują"?) Ale chcę wrócić do dzieci nie bez powodu i nie tylko dlatego, że mamy październik.

 

Gdy byłam małą dziewczynką, znalezione różańce przypominały mi korale i chyba najchętniej zaklasyfikowałabym je do biżuterii. Zresztą patrząc na różnorodność różańców, na kolory, tworzywa i wzory - chyba moja intuicja nie była całkiem błędna. Ten przedmiot można wybrać dowolnie - byleby zachęcał do wzięcia go w ręce. Możliwe, że jest to pierwszy argument za tym, że maluchy naprawdę mogą polubić różaniec! Nie jest to przecież książka bez obrazków, nie jest to tylko modlitwa, której trzeba się nauczyć i następnie ją "wyklepać". Różaniec po prostu - może dzieci zaciekawić sam w sobie!

 

Ale wtedy pojawia się przecież pytanie: "a co to jest?" i tu ogromne pole do działania dla rodziców. Mogą przecież powiedzieć: "Zostaw, bo na pewno zerwiesz albo zgubisz", "I tak nie zrozumiesz co to jest i jak się z tym obchodzić". Mogą tak zareagować, ale nie powinni. Jeśli tylko umiejętnie wprowadzą dziecko w to, czym jest różaniec, jak należy go odmawiać i co więcej, dadzą dziecku przykład, a najlepiej razem z nim rozpoczną modlitwę - wtedy mogą naprawdę zadziwić się entuzjazmem i gorliwością małego chrześcijanina.

 

Świetną pomocą dla dzieci (ale także dla rodziców) może stać się książeczka o różańcu. Wyd. Esprit wydało niedawno taki przewodnik specjalnie dla najmłodszych. Każdej tajemnicy zostaje poświęcone kilka stron, na których widzimy obrazki dotyczące konkretnego wydarzenia. Dodatkowo dla urozmaicenia i lepszego rozumienia sensu różańca autorka podaje kilka formuł, które można dodawać w "Zdrowaś Maryjo" po wypowiedzeniu imienia "Jezus". Jest to propozycja godna uwagi także dla dorosłych, którym ciężko jest wytrwać w tej modlitwie z powodu jej "monotonności". Dzięki tej publikacji maluchy nie tylko dowiedzą się, czym jest różaniec, ale także poznają historię Jezusa i Jego Matki.

 

Układ książki pozwala na systematyczne poznawanie nowych tajemnic. Może warto z dzieckiem każdego dnia odmawiać jedną z nich? Dobrym pomysłem jest ustalenie wraz z dzieckiem intencji, w jakiej się modlicie. I co najważniejsze: ta książeczka naprawdę nie musi być książeczką sezonową, a więc tylko październikową;-)

 

Raphaele Maillet, Różaniec dla dzieci, wyd. Esprit, Kraków 2011.

Opublikowane w Strefa Książki
Czytaj więcej...
  • «
  •  pierwsza 
  •  poprzednia 
  •  1 
  •  2 
  •  3 
  •  4 
  •  5 
  •  6 
  •  7 
  •  8 
  •  9 
  •  10 
  •  następna 
  •  ostatnia 
  • »
Strona 1 z 10

Wyszukiwarka

Ostatnio na Forum

    • Mężczyzna i NPR
    • Last post by Kami79
    • 3 tyg., 3 dni temu

More Topics »

Tagi

aborcja antykoncepcja bajka Biblia blog czystosc duchowosc dylematy dzieci dziecko film kobieta komunikacja konkurs ksiazka ksiazki malzenstwo meskosc mezczyzna milosc Mloda Para narzeczenstwo NPR piekno plodnosc polecamy poradnik rodzicielstwo rodzina roznice seksualnosc slub teologia ciala warsztaty wesele wiadomosci wiara wychowanie zakochanie zwiazek

Ostatnie komentarze

  • Agnieszka Kowal Zgadzam się w 100% z treścią artykułu :)! Pamiętam tę… Napisane przez Agnieszka Kowal na piątek, 27 kwietnia 2012 14:15
  • Ewa Maria Dla mnie ta rzeźba jest piękna w formie i bardzo… Napisane przez Ewa Maria na środa, 25 kwietnia 2012 17:29
  • Maciej Kryczka Dobry, pomocny tekst. Dzięki wielkie :-) Napisane przez Maciej Kryczka na czwartek, 12 kwietnia 2012 09:30
  • Agnieszka Kowal Wspaniałe :) Napisane przez Agnieszka Kowal na wtorek, 20 marca 2012 22:23
  • Agnieszka Kowal Uwielbiam tę książkę! Sięgam po nią przynajmniej raz w roku… Napisane przez Agnieszka Kowal na wtorek, 20 marca 2012 22:15

Główne działy

  • Ona&On
  • Relacje
  • Rodzina
  • Blogi
  • Dobra Strefa
  • Forum
  • Kontakt

Blogi

  • Z pamiętnika Księżniczki
  • Z rycerskiego szlaku
  • Dziennik pokładowy
  • Antykoncepcyjne dylematy
  • Dei Verbum
  • Między nami
  • Kuźnia Miłości
  • Dzień-Dobry-Dzieci
  • Biblio-teczka Malucha
  • Przestrzenie Miłości
  • Super mamą być
  • Piękno kobiety
  • I love USA
  • Przez żołądek do serca
  • Opowieści z Czarodziejskiej Góry

Na skróty

  • Kontakt
  • Mapa strony
  • Reklama
  • Polityka prywatności
  • Rejestracja
  • Newsletter
  • Zaproś nas!
  • Formularze
  • Wesprzyj nas!

Zobacz także

  • Konkursy / Akcje
  • Ślubne-plany
  • NPR jest OK!

Polecane strony

  • Fundacja Rodzin Pełna Chata
  • NPRjestOK!
  • Przymierze Wojowników
  • Czysty SEX
  • Księgarnia i Wydawnictwo Rubikon
  • Projekt KiM
  • NPRjestOK!
  • Ślubne-plany
  • O nas
  • Wydarzenia
  • Linki
Copyright © 2011 Portal za-kochanie.pl



  • Nie pamiętasz hasła?
  • Nie pamiętasz nazwy?
*
*
*
*
*

* Pole wymagane