Gdybyśmy zapytali średniowiecznych małżonków, czy wiąże ich ślub cywilny, czy kościelny, pewnie nie wiedzieliby, co odpowiedzieć. Jeślibyśmy jednak naciskali i równocześnie tłumaczyli, co pod każdym z tych pojęć rozumiemy, pewnie ku niemałemu zdumieniu otrzymalibyśmy odpowiedź: cywilny!
Przynajmniej do XII w. w niektórych częściach Europy małżeństwa zawierano poza kościołem i bez obecności księdza. W zgodnej opinii średniowiecznych teologów ślub był przede wszystkim kontraktem zawieranym między małżonkami. Gdy zawierało go zgodnie z prawem dwoje ochrzczonych ludzi, nabierał charakteru sakramentalnego. Osoby niewierzące łączył tylko kontrakt cywilny, ale gdy małżonkowie nim związani nawracali się i przyjmowali chrzest, nie domagano się od nich, by raz jeszcze zawierali małżeństwo w obecności księdza. W takich sytuacjach uznawano ich ślub nie tylko za ważny, ale od momentu przyjęcia przez nich wiary także za posiadający sakramentalny charakter.
Nie znaczy to oczywiście, że kwestia małżeństwa pozostawała zupełnie poza zainteresowaniem Kościoła. Bynajmniej! To właśnie średniowiecze ostatecznie wprowadziło małżeństwo na listę siedmiu sakramentów, a teolodzy i kościelni prawnicy poświęcali wiele uwagi rozważaniom na temat tego, kiedy związek kobiety i mężczyzny można uznać za ważny i godnie zawarty. Rozstrzygnięcia te były o tyle istotne, że wskazanie takich warunków, w sytuacji, gdy któryś z nich nie został dotrzymany, pozwalało na unieważnienie związku, a dzieci z takiego małżeństwa uznawano za nieślubne i pozbawiano je praw na równi z tymi, które urodziły się z nieuświęconych przysięgą związków.
Â
bez księdza
Â
Jakie zatem warunki stawiał średniowieczny Kościół ludziom, którzy mieli się pobrać i co decydowało o ważności ich związku? Już na wstępie trzeba powiedzieć, że nie zawsze panowała wśród teologów zgoda na ten temat. O ile od samego początku chrześcijanom towarzyszyło przekonanie o nierozerwalnym charakterze małżeństwa, o tyle nie było jasne, co sprawia, że do zawarcia małżeństwa w ogóle dochodzi. Spór toczył się o to, czy o ważności ślubu decyduje wolna zgoda obojga małżonków, czy raczej podjęcie przez nich współżycia. Bezpośrednią konsekwencją drugiego z tych rozwiązań był praktykowany w niektórych krajach zwyczaj spędzania przez młodą parę nocy poślubnej w obecności świadków, którzy mieli potwierdzić skonsumowanie małżeństwa, a więc i jego ważność. Zwolennicy tego rozwiązania okazali się jednak być w mniejszości i ostatecznie - na początku XIII w. - w Kościele przeważyła koncepcja, że warunkiem ważnego zawarcia małżeństwa jest „wolna zgoda" (narzeczonych). Zwycięstwo tej zasady było - a przynajmniej mogło być, jeśli stosowano by ją konsekwentnie - prawdziwą rewolucją w średniowiecznej obyczajowości i podejściu do małżeństwa. Zrównywała ona bowiem w prawach kobietę i mężczyznę, dając obojgu taką samą wolność decydowania o własnym życiu. Co więcej, w połączeniu z nauką o nierozerwalnym charakterze małżeństwa przyznawała ona jednostkom nieznany dotąd zakres wolności, uniezależniając decyzje o małżeństwie od woli rodziny, pana feudalnego czy władcy.
Z zasady dobrowolności małżeństwa wywodził się m.in. kościelny wymóg publicznego charakteru ceremonii zaślubin - Sobór Laterański IV (1215 r.) podkreślał, że małżeństwo zawarte potajemnie jest uznawane za nieważne. Nacisk kładziony przez Kościół na dobrowolny charakter ślubnego kontraktu znalazł też swoje odbicie w myśleniu o nim jako o sakramencie. Według średniowiecznych teologów jego materią była zgoda narzeczonych. Gdy jej zabrakło, sakrament nie mógł zaistnieć. Formą sakramentu były zaś słowa wypowiedziane przez małżonków (nie istniała jakaś jedna, obowiązującą formuła - zazwyczaj ograniczano się do słów: „biorę sobie ciebie za męża/za żonę"). W konsekwencji za nieważne uznawano małżeństwa zawarte pod nieobecność jednego z narzeczonych, czyli np. za pośrednictwem listu, upoważnionej do tego osoby czy rodziców. Z kolei kapłańskie błogosławieństwo towarzyszące zaślubinom było traktowane jako sakramentalne, a zatem jego brak nie mógł zaważyć na ważności ślubu. Dlatego nie podważano sakramentalnego charakteru małżeństw zawartych bez udziału kapłana. Praktyka ta trwała aż do Soboru Trydenckiego, mimo że już w XII w. obowiązywało zalecenie obecności księdza przy ślubie.
Â
„wymiana kobiet"
Wydaje się jednak, że tak podkreślana przez teologów konieczność „wolnej zgody" narzeczonych na ślub w praktyce była omijana. Dotyczyło to zwłaszcza możnych rodów. Małżeństwo w średniowieczu było przede wszystkim szansą na ubicie korzystnego interesu, finansową inwestycją, w którą zaangażowana była cała rodzina, albo politycznym układem, który mógł decydować o losach całego państwa. O kontraktach małżeńskich zawieranych między możnymi rodami mówi się wręcz jako o „wymianie kobiet", która miała decydować o trwałości pokoju i dobrych relacjach. I odwrotnie: niesnaski małżeńskie czy rozpad związków mogły stać się przyczyną wieloletnich, często krwawych, konfliktów.
Początek większości małżeństw dawała nie miłość między narzeczonymi, ale pertraktacje między dwiema rodzinami, które z jakichś powodów uznawały, że związek ich dzieci może korzystnie wpłynąć na prestiż, zamożność czy pozycję społeczną obu stron. Negocjowano zatem warunki zawarcia małżeństwa: wysokość posagu (majątku wnoszonego przez pannę młodą) i wiana (zabezpieczenia finansowanego zapewnianego dożywotnie żonie przez męża). Czasem ustalenia te spisywano w postaci ślubnego kontraktu, częściej - co w społeczeństwie w przeważającej części niepiśmiennym nie może dziwić - zadowalano się formą ustnej obietnicy. Jeśli negocjacje przebiegły pomyślnie, następowały zaręczyny. Była to ceremonia ważna i podniosła, ale próżno oczekiwalibyśmy wręczania pierścionków, padania na kolana, oświadczyn, kwiatów i pocałunków. Celem zaręczyn było poświadczenie przez narzeczonych woli zawarcia małżeństwa i zobowiązanie mężczyzny do przejęcia od ojca przyszłej panny młodej opieki nad nią oraz wzięcia za nią odpowiedzialności finansowej. Zerwanie takich zaręczyn obwarowywano niejednokrotnie karą pieniężną, jak to miało np. miejsce w przypadku zaręczyn Jadwigi Andegaweńskiej i Wilhelma Habsburga. Ona miała wówczas cztery lub pięć lat, on - osiem. Kiedy ostatecznie zdecydowano się na zerwanie zaręczyn z Habsburgiem i wydanie Jadwigi za Jagiełłę, ten ostatni został zobowiązany do wypłacenia Habsburgowi stosownego odszkodowania.
Â
Jest to fragment artykułu z miesięcznika "List" nr Niesakramentalni, to jest ponad nasze siły, abyśmy się rozstali
Â