Czarodziejska Góra, 27 XII 2011
Droga moja Przyjaciółko!
Czuję się trochę winna, że ostatnio tyle Ci nagadałam. Choroba ciała spowodowała gorączkę duszy i stąd to wszystko. Nie chcę w tym miejscu unieważniać moich ostatnich słów. Wybacz, jeśli były zbyt dosłowne, zbyt udziwnione. Czasem mam wrażenie, jakby moja refleksja nad światem odrywała się od świata i zaczynała istnieć sama dla siebie. Stąd możesz odbierać moje słowa jako „kazanie”, „pouczenie”, za co przepraszam. Ja nie chcę nikogo nawracać, czasem mój umysł po prostu zaczyna chorować bardziej niż zazwyczaj i piszę wtedy w patetycznym tonie, nieprzystającym zupełnie do naszej relacji.
Z takich zawiłości myślowych można łatwo zawrócić, jeśli nagle gorączka skacze i trzeba się wtedy koncentrować tylko na swoim ciele, bo wysyła sygnały, których nie sposób zignorować. Wiesz, że tu w górze, skok temperatury jest czymś szlachetnym? Masz gorączkę, znaczy jesteś usprawiedliwiony, że tu jesteś, należy Ci się opieka, szacunek do twojej osoby. Oczywiście, nie wszyscy tak do tego podchodzą; są pewni rebelianci, którzy w cierpieniu nie dopatrują się niczego szlachetnego. Ty się skłaniasz ku twierdzeniu, że cierpienie jest sensowne, że wszystko jest „po coś”. Ja wciąż nie wiem, jak jest. Czy istnieje taka granica cierpienia, kiedy człowiek przestaje już być człowiekiem? Czy jednak nic nie jest w stanie odebrać mu jego człowieczeństwa? Czy człowiek jest mniej człowiekiem, kiedy nie może sam o sobie już stanowić, decydować? Jedno wiem: choroba, cierpienie, uczą pokory. Człowiek często jest zbyt dumny, żeby przyjąć pomoc od innych osób. Kiedy uznaje swoją kruchość i niedostatki, rozumie, że sam sobie nie poradzi, że powinien współdziałać z innymi, ze czasem musi wydać się w ich ręce. Uczę się tego powoli, uczę się przyjmować pomoc. Okazuje się, że to wcale nie jest takie proste! To ja zawsze innym pomagałam, i to było paradoksalnie łatwiejsze; mogłam wtedy myśleć o sobie jako tej, która była silna, miała dużą moc stanowienia, przeprowadzania zmian w świecie. Przyjmowanie pomocy to uznanie swojej słabości. Trzeba dużego wysiłku woli, żeby przyznać to przed sobą, jednocześnie nie pogrążając się w myśleniu o sobie w kategoriach „gorszości”, uniżenia. Wiele mnie to kosztuje, przyznaję szczerze.
Nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy z Michałem! Że to właśnie o to chodzi! Nie zazdroszczę Ci wyboru, przed którym stajesz. Chociaż nie, trzeba to powiedzieć inaczej: może to wcale nie jest Twój wybór? Dostrzegam pewną analogię w tym, co się z Tobą dzieje, a tym, co dzieje się ze mną. Bardzo byś chciała, żeby Michał wreszcie Ci się oświadczył i jest to dobrze uzasadnione: jesteście razem już tyle czasu, wiele razem przeszliście, a nade wszystko— dobrze Wam razem. Michał się nie spieszy; z jednej strony by chciał, z drugiej— najwyraźniej jeszcze w nim to nie „dojrzało”. (Na pewno pamiętasz takie sytuacje, że nie mogłaś wybrać pomiędzy dwoma alternatywami, aż nagle wybór stawał się jasny i oczywisty. Musiało zajść co w świecie, w Twoim wnętrzu, żeby wszystko stało się proste; musiał pojawić się nowy kontekst.) A jest to bądź co bądź tak poważna decyzja, że nie można jej podjąć na zasadzie „hop i już”, bezmyślnie. A Ty pytasz: rozumiem, ale jak długo można się zastanawiać? Na razie widzę to w ten sposób: możesz postawić go przed alternatywą— oświadczasz mi się albo kończymy nasze bycie razem — lub uznać to, że w tym momencie nie wszystko od Ciebie zależy, czyli nauczyć się pokory, tak jak i ja się jej uczę. Pierwsze rozwiązanie jest pociągające, bo może łatwo odsłonić grunt, na jakim stoisz; wreszcie wszystko stanie się jasne, będzie „tak” lub „nie”. Drugie jest trudniejsze, ale mam wrażenie, że lepiej poprowadzi Cię do celu.
Przemyśl to, proszę, i napisz, co o tym sądzisz. Ja też się będę do tego przymierzać, szukać jakiegoś rozwiązania. Choć decyzja jest oczywiście Wasza; nie moja, nie Twoja, nie Michała, ale właśnie Wasza.
Czekam na Twój list,
Twoja Zofia