Katarzyna Marcinkowska
redaktor naczelna portalu za-kochanie.pl, licencjat filozofii UJ, studentka MISH UJ. Szczęśliwa żona.
Zajmuje się teologią ciała, nowym feminizmem i zagadnieniami dialogu i spotkania na różnych płaszczyznach. Autorka projektu "Serce kobiety", współautorka projektu KiM (www.projektkim.pl) oraz książki "NPR jest O.K.!". Autorka wielu artykułów. Nauczycielka naturalnych metod rozpoznawania płodności wg dra J. Roetzera. Wraz z mężem prowadzi konferencje i warsztaty na tematy dotyczące miłości, seksualności i relacji damsko-męskich.
Zakochana w urokliwych miasteczkach i kawiarniach, w malarstwie Marca Chagalla i w teatrze Jerzego Grzegorzewskiego, który miała szczęście jeszcze oglądać.
Kontakt: k.marcinkowska@za-kochanie.pl
Website URL: E-mail: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.

By uzyskać tzw. średnie wykształcenie musimy poświecić na to około 13 lat, by uzyskać tytuł magistra dodatkowo kolejne 5. To oczywiście nie oznacza, że nie robimy w tym czasie nic poza nauką – 1/3 czasu przesypiamy, trochę odpoczywamy, ale jednak oceny i umiejętności nie zdobywają się same. Ambicja popłaca. A jak przygotowujemy się do małżeństwa?
Najpierw poznajemy się, chodzimy razem, trzymając się za ręce, opowiadamy sobie o naszych małych i wielkich sprawach, zdobywamy wspólnie nowe doświadczenia, czasem zaczynamy marzyć o przyszłości i w tej wizji zaczyna się jasno klarować, że jesteśmy w niej Razem. Decyzję tę przypieczętowują zaręczyny. Nie jest to moment, w którym dopiero zaczynamy się poznawać, jednak jest to ważna chwila, w której nasz związek zostaje ukierunkowany na wspólne, bardzo konkretne dobro.
Czas narzeczeństwa to etap naznaczony przygotowaniami. Przede wszystkim do ślubu – do konkretnego ustalonego dnia, w którym wiadomo-co się wydarzy, który potrzebuje pięknej oprawy. I choć dziś często ten element zajmuje pierwsze miejsce i niektórym parom przysłania niekiedy sens narzeczeństwa, to jednak nie sposób umniejszać przygotowań do tego wyjątkowego momentu. Dobrze, że są przygotowania, dobrze, że chcemy wtedy pięknie wyglądać, dobrze, że chcemy zaprosić najbliższych i razem z nim świętować.
Ale jest też druga ścieżka, którą powinniśmy podążać w okresie narzeczeństwa – przygotowania do małżeństwa. Dla wielu osób jest to równoznaczne w koniecznością dogłębnego poznawania drugiej osoby. Jak najbardziej to słuszna droga, jednak nie przenikniemy nigdy drugiego tak do końca, nie dostaniemy gwarancji, że coś w nim się nie zmieni. Dlatego oprócz tego elementu ważna jest także nauka rozmowy, rozwiązywania konfliktów, ustalenia swoich priorytetów, przemyślenia wizji wspólnej przyszłości a także – przede wszystkim wspólnego namysłu nad miłością i istotą małżeństwa w kontekście naszej wiary. Brzmi banalnie? A jednak w toku wielu spraw (patrz: przygotowania do ślubu), łatwo stracić tę perspektywę i odłożyć to na wieczne-potem, czyli nigdy.
Dlatego też pragniemy zachęcić narzeczonych, aby byli ambitni! Nie tylko w organizacji wesela, ale także w swoich przygotowaniach do nowego etapu miłości. Spotkania przygotowujące do sakramentu małżeństwa, które proponujemy, pomagają narzeczonym nie tylko uzyskać niezbędne treści, ale także porozmawiać na ważne tematy. Dają zakochanym odpowiedni czas i atmosferę, w której mogą podjąć refleksję nad swoją miłością i planem, jaki ma Bóg dla małżeństwa. „Ambitni Narzeczeni” to 9 cotygodniowych wieczorów, które odbywają się w sali przy kościele św. Barbary w Krakowie (oo. Jezuici).
Trwają zapisy na kolejną edycję, która rozpocznie się już 17.05.2012!
Wyczekiwany przeze mnie, wyśledzony (do obejrzenia tylko w dwóch krakowskich kinach!), a w końcu - obejrzany. Pierwszy raz zdarzyło mi się być samej na seansie filmowym w ogromnej sali. Nie do końca samej, bo z mężem, który po kilkunastu minutach zapytał: To o czym miał być ten film?
Na szczęście niedługo po tym pytaniu akcja zaczęła się konkretyzować i problematyzować. Miał być to film o kobietach - o ich przemyślności, o ich pragnieniu godzenia, o ich cierpieniu po stracie mężczyzn i śmiałej decyzji o tym, by nigdy już nie dopuścić do walki w ich mieście (w którym zaraz obok meczetu stoi kościół!). Jednak to nie jest tylko studium kobiecej duszy, choć jest to temat bardzo istotny, jaskrawo ukazany np. w kobiecej, ponadwyznaniowej solidarności i współpracy (w której to muzułmanki pomagają chrześcijankom kleić rozbitą figurę Maryi a chrześcijanki wespół z muzułmankami czyszczą dywany w meczecie), w kobiecym sprycie, odwadze i waleczności w imię jedności i pokoju - bez sięgania do broni (no, chyba że "broni kobiecej";-)
Ale to także film o obcości. Bo tu nie chodzi wcale o wojnę religijną, o walkę w imię Boga, o walkę, której podłożem są inne prawdy wiary, inny sposób modlitwy. Problemem jest po prostu inność, podział na dwa obozy: swoich i obcych, którzy są skazani na odwieczną walkę, która wcale nie musi mieć racjonalnego wytłumaczenia, bo może być przejęta od ojca, wpojona, przypieczętowana uprzedzeniami i stereotypami. Na tym tle jakże naturalnie rysuje się pytanie o inność kobiecego i męskiego świata - czy przypadkiem one nie są ukazane jako bardziej obce i odległe niż świat walczących muzułmanów i chrześcijan?
Film w reżyserii - oczywiście - kobiecej! Nadine Labaki zadebiutowała kilka lat temu filmem "Karmel". Podobnie jak w swoim pierwszym filmie tutaj także wciela się w jedną z głównym bohaterek. "Dokąd teraz?" oczarowuje pięknymi zdjęciami, komicznymi sytuacjami, scenami, przy których nie sposób pozostać nie wzruszonym (czyt. uronić łzy) i egzotyczną muzyką. Nas Polaków może także zachwycić (albo zirytować) niezrozumiałym dla nas językiem, przy którym fragmenty dialogów Ukrainek brzmią tak znajomo! I choć opis filmu proponowany przez dystrubytora jak najbardziej zachęca do obejrzenia i ukazuje najważniejsze dla całej akcji pytanie, to jednak nie jest to, jak on głosi, "ciepła i zabawna opowieść". To jest dramat, ale taki, w którym chcemy zostać do końca; taki dramat (momentami przechodzący w komedię, pozwalając otrzeć łzę), który chcemy przeżyć i zrozumieć, taki, który chcemy przezwyciężyć.
A co właściwie mówi tytuł? Zabawne, że dopiero w ostatniej scenie słyszymy to pytanie, dopiero w ostatnim momencie możemy je jakoś umiejscowić i zrozumieć. Tyle tylko, że to pytanie otwiera przed nami kolejne i zostawia nas bez odpowiedzi. Ale chyba też o tym miał być film: o szukaniu drogi, o dialogu, o wyborach, o zmianach, o niewiadomych.
Et maintenant, on va où?/Dokąd teraz?, reż. Nadine Labaki, Francja, Włochy, Liban, Egipt 2011.
Ja doskonale wiem, że dziś patrzymy na Niego, na Tego, który zwyciężył śmierć; Tego, który dokonał niemożliwego; Tego, który wskazał, że nadzieja nigdy nie zawodzi. Jednak głęboko zastanawia mnie dziś scena opisana przez św. Marka (Mk 16, 1-8), scena przybycia do grobu trzech kobiet.
Po upływie szabatu Maria Magdalena, Maria, matka Jakuba, i Salome nakupiły wonności, żeby pójść namaścić Jezusa.
Poszły trzy kobiety i wcale im się nie dziwię. Poszły razem, bo razem raźniej, razem odważniej. Razem pocieszały się, dodawały otuchy. I szły z jedną misją, wyposażone w wonności; szły, by namaścić ciało Jezusa, by oddać Mu cześć, nie zważając na to, że wielu zwątpiło.
Wczesnym rankiem w pierwszy dzień tygodnia przyszły do grobu, gdy słońce wzeszło. A mówiły między sobą: <<Kto nam odsunie kamień od wejścia do grobu?>>
Kto im odsunie kamień? Poszły razem ochoczo, wiedząc, że muszą to zrobić. Czy nie zabrakło im jednak przemyślności? Na myśl przychodzi mi mimowolnie obraz panien roztropnych i nieroztropnych, które albo pamiętały o oliwie, albo o niej zapomniały. Te dzielne niewiasty pomaszerowały, zaopatrzone w wonności, dobrze przygotowane do tego, czego chciały dokonać, ale... Ale zapomniały i nie przewidziały najprostszego scenariusza: jak dostaną się do Jezusa? Gdyby to przewidziały albo gdyby chociaż dopuściły taką myśl, może poprosiłyby męża, brata czy syna - kogokolwiek, może napotkanego na drodze silnego mężczyznę (albo kilku), bo przecież... Czy ktoś mógłby odmówić trzem pięknym niewiastom, które idąc, musiały roztaczać piękną woń?
Gdy jednak spojrzały, zauważyły, że kamień był już odsunięty, a był bardzo duży.
Ale oto coś niezwykłego: kamień jest odsunięty. Czy było w ich sercach choćby dopuszczenie, że jednak same dadzą radę, że niejako siłą swojej miłości ten kamień usuną, że go po prostu nie będzie? Może one wiedziały, że głaz nie będzie przeszkodą? Być może odsunięty kamień wcale nie zadziwiłby, być może nie zwróciłyby uwagi na to, że nie stanowi on bariery, gdyby tylko odnalazły ciało Pana, a nie stanęły twarzą w twarz z przedziwnym młodzieńcem.
Weszły więc do grobu i ujrzały młodzieńca, siedzącego po prawej stronie, ubranego w białą szatę; i bardzo się przestraszyły. Lecz on rzekł do nich: Nie bójcie się! Szukacie Jezusa z Nazaretu, ukrzyżowanego; powstał, nie ma Go tu. Oto miejsce, gdzie Go złożyli.
Może dobrze, że były razem; strach dzielony na trzy jest łatwiejszy do uniesienia. Ale przecież oprócz dziwności wynikającej z szerszego kontekstu, nie ma w tym momencie żadnego powodu do przerażenia. Oto ubrany w biel mężczyzna ogłasza niezwykłą wieść, a otoczenie zdaje się potwierdzać jego słowa. Nie ma tutaj Jezusa, a skoro słyszą wytłumaczenie (to prawda, wytłumaczenie bardzo niecodzienne, szokujące, wielkie - ale przecież przy tym ogromnie radosne!), to ich szczęście powinno rozrosnąć się trzykrotnie (albo i więcej).
Lecz idźcie, powiedzcie Jego uczniom i Piotrowi: Idzie przed wami do Galilei, tam Go ujrzycie, jak wam powiedział. One wyszły i uciekły od grobu; ogarnęło je bowiem zdumienie i przestrach. Nikomu też nic nie oznajmiły, bo się bały.
Dlaczego niewiasty jako pierwsze dowiadują się o Zmartwychwstaniu? Znane są dziś żartobliwe wytłumaczenia, że to z powodu wiadomej kobiecej gadatliwości: one na pewno szybko rozpowiedzą! One na pewno przekażą wieść w takim tempie, że nie trzeba będzie już więcej pomocy aniołów. Ale jednak w tym, co przekazuje Ewangelista Marek, mamy do czynienia z sytuacją odwrotną. (Mariusz podsumował to z uśmiechem słowami: "W końcu wydarzyło się coś, co zamknęło im usta";-) Co prawda kobiety otrzymują wezwanie, by przekazać tę wieść uczniom Jezusa, jednak nie robią tego ze strachu. Ze strachu przed czym?
Czego mogły bać się te dzielne niewiasty, którym nie straszne było pokonanie jakichkolwiek trudności? Najprostsze wytłumaczenie to chyba te, które wskazuje na ich strach przed wyśmianiem, niezrozumieniem, przed powoływaniem się na słowa kobiet, które nic nie znaczą; kobiet, które wymyślają, fantazjują. To mogło być bardzo ważne. (I rzeczywiście w dalszym ciągu Ewangelii czytamy, że pogrążeni w smutku uczniowie nie uwierzyli słowom Marii Magdaleny, gdy ta po spotkaniu ze Zmartwychwstałym i po wyrzuceniu z niej złych duchów, oznajmiła im to - por. Mk 16, 9-11).
A może w tym ich milczeniu, któremu nie obcy był strach, w ich zdumieniu, była też pierwsza kontemplacja Tej Tajemnicy, pierwsze spotkanie z tajemnicą Odkupienia (która dziś wcale nie jest łatwiejsza do zrozumienia)? Być może one przemówiły - ale później, ale inaczej niż chcielibyśmy to włożyć w usta trzech gadatliwych kobiet.
Być może to wszystko tak miało być, by właśnie one jako pierwsze usłyszały i odpowiedziały na to, co je przerasta, tak, jak tylko umieją.