Agnieszka Kowal
ur. 1989, studentka filologii polskiej UAM w Poznaniu. Interesuje się sztuką: literaturą, malarstwem, muzyką, filmem. Uwielbia także górskie wędrówki, podróże, rozmowy na przeróżne tematy oraz kolor zielony.
Website URL: E-mail: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.
„Jeśli poezja jest muzyką duszy,
to poezja śpiewana jest swoistym rodzajem modlitwy”.
Jerzy Struk[1]
Poezja ma za zadanie dotknąć człowieka, obudzić w nim myśli i emocje nierzadko nie do końca uświadamiane, nieuzewnętrzniane. Obcowanie z poezją nie należy dziś do rzeczy częstych ani łatwych – wymaga nie tylko otwarcia się, ale też po prostu czasu i spokoju, których tak często nam brakuje... Warto jednak w tym zabieganym świecie zatrzymać się, pokontemplować słowo. Zwłaszcza, jeśli poetycki przekaz dopełniany jest wspaniałym brzmieniem – wówczas naprawdę możemy poczuć, jak poruszane zostają najczulsze struny naszego serca…
Takich właśnie – zarówno duchowych, jak i estetycznych doznań – bez wątpienia dostarcza twórczość zespołu poezji śpiewanej „Arete”. Jego nazwa wywodzi się z języka greckiego i oznacza „cnotę”, „męstwo”. Zespół, założony w 2010 roku w Poznaniu, już niedługo w koncertowym stylu będzie obchodził swoje drugie urodziny. Tworzony jest przez młodych, wrażliwych na piękno słowa i muzyki ludzi, którzy wspaniale – każdy w inny sposób – wykorzystują talenty dane od Pana. Założycielem zespołu, liderem, wokalistą i autorem tekstów jest poeta Jerzy Struk, z wykształcenia filozof. Wraz ze skrzypaczkami – Marią Markowską i Agnieszką Majewską, gitarzystą Jackiem Osmykiem, wokalistką Katarzyną Kasprzak, pianistą i aranżerem Romualdem Andrzejewskim oraz z gościnnym udziałem gitarzysty Przemysława Hałuszczaka, grającej na bębnach Joanny Wójcickiej i recytującej Agnieszki Struk (żony Jerzego), w ostatnim czasie wydali swoją drugą już płytę pt. Wędrujemy. Znaleźć na niej można utwory traktujące o tym, co towarzyszy człowiekowi każdego dniach (choć nie zawsze to zauważa) i co go porusza – o pięknie świata, tajemnicy istnienia, radości, pragnieniach, marzeniach, wierze i nadziei:
Ludzkie serce, chce czuć, że są dla niego
Roje olśnień oraz kaskady wzruszeń
Człowiek pragnie w życiu życia żywego
W duchu prawdy nieustannych poruszeń! (Ludzkie serce)
Ale na tym nie koniec. Artystów grupy „Arete” można by nazwać „piewcami miłości” – temat ten zdecydowanie dominuje w muzyczno-poetyckich kompozycjach i stanowi o charakterze zespołu:
Miłość to pragnienie aby kochać wszystko,
Wszystko bowiem pragnie być kochane wokół
I to, co najdalej i to, co jest blisko
Tam, gdzie sięga miłość tam dosięga pokój... (Czym jest miłość?)
Zachwycający jest obraz Miłości, który się z tekstów pióra Jerzego Struka wyłania. Jest to Miłość oblubieńcza, czysta, silna, trwała; taka, która „we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma”. Miłość wytęskniona, wyczekana. Miłość, której własne piękno samą sobą zadziwia. Miłość, która przemienia nie tylko ludzi nią owładniętych, ale i wszystko wokół:
Pragnę już zawsze być tytanem
Czynów, co ślad miłości znaczą!
I patrzeć w oczy Twe nad ranem
Jak pełnią szczęścia na mnie patrzą.
I chciałbym móc z Tobą kochanie
Malutką cząstkę świata zmienić
Jego totalne zaplątanie
W zdarzenie dobre na tej ziemi. (Wodospad)
Jerzy Struk tak mówi o swojej twórczości: „Dzięki muzyce teksty moich wierszy zamieszkujące dotąd krainę w królestwie kartek papieru nagle ją opuszczają i ubierając się w przeznaczone tylko dla nich melodie budzą się do nowego życia, a wszystko po to, by znaleźć sens swojego istnienia i trafić do Państwa serc. Głęboko wierzę w to, że słowo niesione na skrzydłach melodii o wiele mocniej uwrażliwia odbiorcę na swoje istnienie i dzięki temu bardziej skupia uwagę na swoim przesłaniu”[2].
Owe przesłania płynące z utworów zarówno z pierwszej, jak i drugiej płyty mają wymiar uniwersalny i z pewnością trafią do każdego wrażliwego odbiorcy, bez względu na to, kim jest i jaki jest jego światopogląd. Odbierane jednak w kontekście wiary – a są w niej silnie zanurzone – zostają wzbogacone o jeszcze wspanialsze treści.
Nie sposób też przy okazji nie wspomnieć, iż tytułowy utwór – Wędrujemy – króluje obecnie na szczycie „Listy z mocą!” radia RDN Małopolska. Koneserzy poetyckiego wyrazu i subtelnego brzmienia koniecznie powinni też sięgnąć po debiutancką płytę zespołu pt. Pierwszy promień.
Więcej informacji o zespole – jego historii, artystach, wydanych płytach, jak również fragmenty piosenek, można znaleźć na oficjalnej stronie grupy, na Facebooku, a także stronie Jerzego Struka. Natomiast pełne wersje utworów: Bądź motylem, Skrawek Raju oraz Teraz są dostępne na stronie You Tube. Zapraszamy też na koncerty – najbliższy, urodzinowy odbędzie się 10.05 w Poznaniu w Cafe Misja.
Gorąco zachęcamy do zapoznania się z twórczością zespołu „Arete”!
[1] Cyt. za: http://www.jerzystruk.pl/strona/index.php
[2] Cyt. za: http://wydawnictwo.cpps.pl/produkt/pokaz/246/arete-pierwszy-promien.html
Bliscy i oddaleni
Bo widzisz tu są tacy którzy się kochają
i muszą się spotkać aby się ominąć
bliscy i oddaleni jakby stali w lustrze
piszą do siebie listy gorące i zimne
rozchodzą się jak w śmiechu porzucone kwiaty
by nie wiedzieć do końca czemu tak się stało
są inni co się nawet po ciemku odnajdą
lecz przejdą obok siebie bo nie śmią się spotkać
tak czyści i spokojni jakby śnieg się zaczął
byliby doskonali lecz wad im zabrakło
bliscy boją się być blisko żeby nie być dalej
niektórzy umierają-to znaczy już wiedzą
miłości się nie szuka jest albo jej nie ma
nikt z nas nie jest samotny tylko przez przypadek
są i tacy co się na zawsze kochają
i dopiero dlatego nie mogą być razem
jak bażanty co nigdy nie chodzą parami
można nawet zabłądzić lecz po drugiej stronie
nasze drogi pocięte schodzą się z powrotem.
ks. Jan Twardowski, Bliscy i oddaleni
Za każdym razem gdy czytam ten wiersz (a po poezję księdza Twardowskiego sięgam chętnie i często) nieodmiennie zachwyca i zadziwia mnie trafność tych słów… Przypominają mi się przy tej okazji wszystkie zasłyszane i zaobserwowane „miłosne” perypetie. I przeważnie, zwłaszcza jeżeli chodzi o sam początek wspólnej historii, w tych wspomnieniach przewija się taka refleksja: „łatwo nie było”. Nawet (a może przede wszystkim) w przypadku świetnych par – dobranych, jak to się mówi, w korcu maku! A wydaje się, jakby Oni kochali się po prostu od zawsze. Jakie więc mogli mieć problemy? Po czym poznali, że to właśnie Ten/Ta, a nie żaden inny/żadna inna? Dlaczego długo obojętnie się mijali – w szkole, w pracy, na uczelni, w parku, sklepie, ulicy…? A gdy już czuli, że są sobie bliscy, dlaczego zwlekali z ujawnieniem swoich uczuć? Jakie napotykali przeszkody – odległość, nieśmiałość, niesprzyjające okoliczności życiowe? Wreszcie – co takiego się między nimi wydarzyło, że ostatecznie są razem?
Tak czy owak (a dokładnie jak, to już sami zainteresowani dobrze wiedzą ;)), dwoje Zakochanych z mniejszymi lub większymi perturbacjami zazwyczaj jakoś dochodzi do porozumienia. Zaczynają wspólne życie w związku. Ile jednak par, które – mimo iż ewidentnie mają się ku sobie – takiego szczęścia nie dostępuje…?
Ileż to osób zaprzepaściło swoją szansę na miłość! O nich to właśnie napisał Twardowski, iż się nawet po ciemku odnajdą lecz przejdą obok siebie bo nie śmią się spotkać. Mimo, że byli pewni, iż znaleźli właściwą osobę, nie podjęli o nią walki. Nie odważyli się na bliższe poznanie obiektu swoich uczuć i, jak początkowo filmowa Amelia, woleli pozostać w bezpiecznej, ale przecież nieprawdziwej krainie marzeń i własnych wyobrażeń. Zostawili znajomość tylko na stopie przyjacielskiej, albo też, nie mogąc poradzić sobie ze swoimi uczuciami, całkowicie zerwali kontakt. Czy to przez nieśmiałość, czy przez dumę, nie zdobyli się na jakiś bardziej zdecydowany krok – głównie w obawie przed odrzuceniem, ośmieszeniem. Po prostu bali się być blisko żeby nie być dalej. Próbując chronić siebie przed bólem i rozczarowaniem, ze swoją miłości (w ich przekonaniu – na pewno nieodwzajemnioną) kryli się na tak bardzo, że albo traktowali Ją/Jego czysto pod koleżeńsku, albo odwrotnie – izolowali się, trzymali na dystans, bywali oschli i nieprzyjemni. Lub też dali się ponieść zazdrości o realnego lub wyimaginowanego rywala. W taki oto (lub też inny – lista przeszkód jest długa, nieskończona…) sposób odpuścili i tym samym zmarnowali dobrze rokującą relację. Bo nierzadko uczucie było żywe również z drugiej strony! Nawet jeśli wszyscy wokół to dostrzegali, Oni stali, jak pisał Ksiądz-Poeta, pod dwóch stronach lustra – widząc się, kochając, ale w tej niepewności nie mogąc się zdobyć na to, by być razem. A wystarczyłoby jedno słowo czy gest…
Albo inaczej – Ona i On byli już parą, ale doszli do wniosku, że nie potrafią ze sobą być i nawet nie ma sensu się starać. Nie widzieli możliwości zaakceptowania swoich wzajemnych wad, nawyków, systemów wartości itd. Różnice w charakterach, sposobach reagowania, gustach, upodobaniach traktowali jako przeszkody nie do pokonania, a nie coś naturalnego i pięknego. A przecież czuli, że się kochają, że są sobie bliscy. A jednak – tak bardzo od siebie oddaleni. W ich relacji zabrakło miejsca na szczere rozmowy. Woleli znosić się w milczeniu, ale… Może pewnego dnia coś pękło, pokłócili się i nie było nikogo, kto wyciągnąłby rękę do zgody. No bo ile można! Zwyciężyły: egoizm, pycha, brak otwartości oraz gotowości pójścia na kompromis, zatwardziałość we własnych poglądach. Ale też strach – no bo jak w końcu miałaby wyglądać Ich wspólna przyszłość (np. w małżeństwie), skoro już teraz nie potrafią się dogadać! O tych ludziach Twardowski powiedział, iż: piszą do siebie listy gorące i zimne rozchodzą się jak w śmiechu porzucone kwiaty by nie wiedzieć do końca czemu tak się stało. Czasem ci ludzie spotykają na swojej drodze kogoś innego i wchodzą w nowe, szczęśliwe związki. Ale czasem pozostają sami z raną w sercu, żałując, że gdy był na to czas, nie chcieli się bardziej starać, walczyć… – tacy co się na zawsze kochają i dopiero dlatego nie mogą być razem.
Są też tacy, którzy czują w sobie ogromne pragnienie bycia z kimś, ale nie mogą spotkać właściwego człowieka. Frustruje ich własna samotność. Mają pretensje do siebie/świata/losu/Boga o taki stan rzeczy. Nie rozumieją lub nie chcą zrozumieć, że miłości się nie szuka jest albo jej nie ma nikt z nas nie jest samotny tylko przez przypadek. Bo czasem ta samotność po prostu ma trwać jakiś określony (dłuższy lub krótszy) czas. Dzięki niej człowiek ma się dowiedzieć czegoś o sobie, odkryć swoje pragnienia, pasje; przygotować się na bycie z drugą osobą. Często samotność wynika z przyczyn obiektywnie niezależnych, ale… może to jakiś znak, sygnał, że należy coś zmienić – w sobie, w swoim życiu…
Bolesław Prus napisał kiedyś, iż „Bywają wielkie zbrodnie na świecie, ale chyba największą jest zabić miłość”. Myślę, że słowo „zbrodnia”, chociaż mocne, jest tutaj jak najbardziej na miejscu. Zabijając miłość – nie dając jej szans na dobre się rozpocząć, nie dbając o jej rozwój, ucinając gwałtownie jej bieg – krzywdzi się nie tylko siebie. Wpływa się przecież także bezpośrednio na los tej drugiej osoby, jak również historie wielu innych ludzi, których być może nawet nigdy nie poznamy. Twardowski nie byłby jednak sobą, gdyby nie pozostawił na koniec jasnego promyka nadziei: można nawet zabłądzić lecz po drugiej stronie nasze drogi pocięte schodzą się z powrotem. Czy mamy się zadręczać, że wszystko ułoży się dopiero na Tamtym Świecie? Niekoniecznie. Bo być może dla wielu zagubionych par ta „druga strona”, to po prostu jakiś czas później.
Antykoncepcja, aborcja, eutanazja, klonowanie, in vitro, związki homoseksualne… Punktów zapalnych między Kościołem a światem można by wymienić jeszcze wiele. Jakże często słyszy się i czyta, żeby Kościół ustąpił, poszedł z duchem czasu i pozwolił wiernym na „więcej”. No i najważniejsze – żeby zajął się swoim ogródkiem, a nie wtrącał się nieustannie do życia społecznego, politycznego itd. Ok. Zamknij oczy i wyobraź sobie, że tak się właśnie staje...
Rzeczywistość jest silnie zsekularyzowana. Księża i biskupi działają pod dyktando władzy politycznej, noszą się po świecku, nigdzie nie ma żadnych symboli religijnych – bo przecież nie można nikogo krępować. Nie wolno Ci otwarcie mówić o swojej wierze ani tym bardziej jej krzewić, jeśli nie chcesz zaliczać się do grona niebezpiecznych fundamentalistów, co automatycznie skazywałoby Cię na społeczne wyłączenie i pozbawiło szans na dobrą pracę. „Niewygodne” fragmenty Pisma Świętego (np. dotyczące homoseksualizmu) zostają wycięte. Aborcja jest obligatoryjnym, „standardowym działaniem” w przypadku wykrycia wad rozwojowych „zawartości macicy” (nie: dziecka!) oraz jeśli matka ma poniżej 18 lat. Pedofilia to coś naturalnego – w końcu od najmłodszych lat trzeba uczyć nowe pokolenia stosownych umiejętności! Jeżeli stracisz sens życia, możesz poddać się eutanazji, a także skierować na nią swoich starych, niedołężnych rodziców. Bez problemu możesz zamówić swojego klona. Po drugim dziecku lepiej jednak poddaj się sterylizacji, ponieważ każdy następny członek rodziny wiązałby się z wysokimi podatkami. Nie istnieje nic, na czym można byłoby budować i oprzeć swoją moralność. Otwórz oczy. Jak myślisz – jak przeciętny, zatrzymany na ulicy człowiek odpowiedziałby na pytanie: czy naprawdę chcesz takiego świata?
Operacja „chusta” Tomasza P. Terlikowskiego to powieść theological fiction ukazująca rzeczywistość w takim właśnie kształcie. To po mistrzowsku napisana, trzymająca w napięciu, ale równocześnie poruszająca opowieść o obronie fundamentalnych wartości, jakimi są Wiara i Miłość. Pokazuje ona, że Kościół to naprawdę coś więcej niż (jak utrzymuje wielu sceptyków) instytucja, ale żywy organizm. I że nic nie jest w stanie go zniszczyć – żaden ustrój czy ludzkie działanie. Zawsze zwycięży, bo bez względu na okoliczności nigdy nie zabraknie ludzi, którzy będą go tworzyć i umacniać. Fabuła Operacji „chusta” dowodzi też niezwykłej, uzdrawiającej siły modlitwy – i to zarówno tej cichej, indywidualnej, jak i zbiorowej, publicznej. Oraz że każdy, nawet największy grzesznik i wróg Kościoła może się nawrócić. W książce tej znajdziemy również wiele pięknych obrazów miłości rodzinnej, małżeńskiej i rodzicielskiej, jak np. matki do dziecka z zespołem Downa czy męża do opętanej przez szatana żony.
Książka ta na pewno przypadnie do gustu miłośnikom prozy Georga Orwella, gdyż napisana jest w podobnej konwencji. Niemniej, chciałabym bardzo zachęcić do jej lektury każdego – naprawdę warto! Zwłaszcza teraz, w okresie zwolnienia tempa i szczególnego zastanowienia nad swoim życiem i religijnością. A ta powieść może być do tego znakomitym impulsem, ponieważ z jednej strony świetnie się ją czyta, z drugiej – nieustannie pobudza do refleksji na tematy w niej poruszane. A aż ciarki przechodzą po plecach na myśl, że taki świat wcale nie jest niemożliwy… Pracujemy na niego każdego dnia.
Tomasz P. Terlikowski, Operacja „chusta”, Fronda, Warszawa 2010.
Dzisiaj rano niespodzianie zapukała do mych drzwi
Wcześniej niż oczekiwałem przyszły te cieplejsze dni
Zdjąłem z niej zmoknięte palto, posadziłem vis a vis
Zapachniało, zajaśniało, wiosna, ach to t!
Wiosna, wiosna, wiosna, ach to ty!
Marek Grechuta, Wiosna, ach to ty
Już za trzy tygodnie rozpocznie się kalendarzowa wiosna. A nieco wcześniej przypada Dzień Kobiet. I tak mi się te dwie marcowe daty połączyły w rozważania na temat wiosny i kobiecości. Zastanawiam się, czy to zniechęcenie zimnem, burością, brakiem słońca i energii wpłynęły na fakt, że wiosna – upragniona i oczekiwana – w sztuce tak często pojawia się jako młoda i piękna dziewczyna? Bo jak głosi polskie przysłowie: „I wiosna by tak nie smakowała, gdyby przedtem zimy nie było”. Właśnie ta pora roku kojarzy się ze wszystkim, co żywe, świeże, radosne i nowe. Tymi atrybutami obdarzone są więc jej wszelkie poetyckie i malarskie personifikacje.
Będąc kilka lat temu w Płocku, podczas zwiedzania Muzeum Mazowieckiego moją uwagę przykuł obraz Teodora Axentowicza pt. Wiosna. Jest to secesyjny, subtelny akt, który powstał na sam koniec XIX wieku. Przedstawia młodą kobietę – ucieleśnioną Wiosnę – przeglądającą się swemu odbiciu w trzymanym lusterku. Kobiecość, delikatność i zmysłowość – te trzy określenia chyba najlepiej oddają jej charakter. Długie, rude, rozwiane włosy okryte przezroczystą, zwiewną tkaniną stanowią jej jedyną, ale przecież jakże wspaniałą, ozdobę. Znakomicie kontrastują z jasną skórą jej nagich ramion i piersi. Dziewczyna długimi palcami delikatnie przytrzymuje żółty tulipan oraz okrągłe lusterko.
Przygląda się sobie spod półprzymkniętych rzęs. Jej twarz wyraża zamyślenie. Chciałoby się zapytać – jak też ocenia odbicie w lustrze? Czy podoba się sobie, czy też doszukuje się mankamentów w swej urodzie? Lekko uniesiony podbródek, zmysłowo ułożone, duże, pełne wargi, na których igra lekki (autoironiczny?) uśmiech, wyprostowana postawa i niewinna kokieteria, którą epatuje, wskazują na to, że wynik tych „oględzin” jest raczej pozytywny. Dziewczyna dobrze czuje się we własnej skórze i jest świadoma swojej kobiecości. Jej nagość nie jest wyuzdana, wulgarna, ale czysta i niewinna. Ach, a jeszcze tyle przed nią – świat wokół niej nie zdążył się rozbudzić, rozkwitnąć. Najpiękniejsze dopiero ma przyjść.
Dla Axentowicza inspiracją dla namalowania tego, jak i kilku innych obrazów była Ata Zakrzewska, ponieważ w jego oczach to właśnie ona uchodziła za piękną. Nie każdy z nas jest malarzem, pisarzem, artystą. Każdy jednak, zapytany o swoje wyobrażenie Wiosny, przedstawiłby ją całkiem inaczej. Panie podałyby cechy, które według nich składają się na obraz idealnej kobiety. A panowie? Wiosna miałaby oczy, uśmiech, włosy, figurę ich ukochanych… I nieważny jest tu ich wiek ani wygląd.
Czy to nie wspaniałe być Wiosną w czyimś życiu?