Tools
A+ R A- wide normal
Zarejestruj Zaloguj
  • Skip to content
Home » Ona&On » Perfekcyjna Randka » Magdalena Pietrzak
  • Projekt KiM
  • NPRjestOK!
  • Ślubne-plany
  • O nas
  • Wydarzenia
  • Linki
  • Homesummary
  • Ona&Onmy work
    • Elementarz
    • Kobieta
    • Mężczyzna
    • Ona&On
    • Perfekcyjna Randka
    • Kącik Singla
  • Relacjewith us
    • Narzeczeństwo
    • Małżeństwo
    • Seksualność
  • Rodzina 
    • Rodzina
    • Dzieci
    • Wokół życia
  • Blogi 
    • Blogi Redakcyjne
      • Z pamiętnika Księżniczki
      • Z rycerskiego szlaku
      • Dziennik pokładowy
      • Antykoncepcyjne dylematy
      • Dei Verbum
      • Między nami
      • Kuźnia Miłości
      • Dzień-Dobry-Dzieci
      • Biblio-teczka Malucha
      • Przestrzenie Miłości
      • Super mamą być
      • Piękno kobiety
      • I love USA
      • Przez żołądek do serca
      • Opowieści z Czarodziejskiej Góry
      • Nowa dieta MŻ
      • Z pamiętnika Panny Młodej
  • Dobra Strefa 
    • Strefa Książki
    • Strefa Filmu
    • Strefa Świadectw
    • Strefa Multimediów
    • Strefa Poezji
    • Strefa Wiary
    • Zapisy na Kursy
  • Forum 
  • Kontakt 
Złote Myśli
"Moją siłą ciążenia jest miłość moja:dokądkolwiek zmierzam, miłość mnie prowadzi." św. Augustyn
"Miłość jest jak słońce. Ten, którym zawładnęła, może zrezygnować z wielu spraw. Komu jej brakuje, temu brakuje wszystkiego." (Phil Bosmans)
"Miłość szczęśliwa. Czy to normalne, czy to powszechne, czy to pożyteczne - co świat ma z dwojga ludzi, którzy nie widzą świata?" (Wisława Szymborska)
"Radość i miłość są skrzydłami wielkich poczynań." (J.W.Goethe)
"Jedna tylko droga do drugiego człowieka: droga serca. Wszystkie inne to bezdroża." (Phil Bosmans)
"Potrzeba wiele serca, aby tylko trochę kochać" (Henry de Montherland)
"Ach, co za oszczędność czasu zakochać się od pierwszego wejrzenia!" (Jan Kamyczek)
"Kochamy wciąż za mało i na próżno." (Ks. Jan Twardowski)
"Miłość oznacza rozprowadzać ciepło, nie dusząc się przy tym wzajemnie. Miłość oznacza być ogniem, ale wzajemnie się nie spalać." (Phil Bosmans)
"Miłość nie jest skarbem, który się posiadło, ale obustronnym zobowiązaniem." (Antoine de Saint-Exupery)

Magdalena Pietrzak

Magdalena Pietrzak

ur. 1987 r., skończyła filologię polską, dziś studentka dziennikarstwa i komunikacji społecznej, lubi zmiany i kolory, marzy o Afryce, wychowała się na Poświatowskiej, wciąż nie może wyrosnąć z „Amelii” (chciałaby żeby każdy jeden dzień był wypełniony „radością w kolorze dojrzałej pomarańczy”), ma serce pełne miłości – od pięciu lat zajęte, ciągle towarzyszy jej niepewność, że za mało wie, za mało czyta, za mało widziała, za mało kocha, za szybko żyje…

Website URL: E-mail: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.

Chłopiec w za dużych butach

wtorek, 20 marca 2012 21:18 Published in Strefa Książki
Chłopiec w za dużych butach

Oskara i panią Różę poznałam już jakiś czas temu. Co prawda nie mogłam sobie przypomnieć na co chorował Oskar i czy miał osiem czy dziesięć lat. Jak przez mgłę pamiętałam uśmiech pani Róży, wiedziałam tylko jedno, że był dobry. Czas upłynął. Dojrzałam. Chłopiec pewnie też podrósł a pani Róży przybyło kilka zmarszczek. Domyślam się, że mają mi już co innego do opowiedzenia niż wtedy, gdy po raz pierwszy sięgnęłam po tę niewielkiej objętości książkę Erica-Emmanuela Schmitta. Zwłaszcza, że dziś jestem bogatsza już o jedno Pożegnanie.

 

Cieszę się bardzo na to drugie spotkanie. To tak jakbym zajrzała po latach do kufra pełnego pamiątek z dzieciństwa, które z biegiem lat nabierają głębszych znaczeń. Moja druga wizyta w szpitalu, gdzie leży chłopiec nie jest zupełnie przypadkowa. Wynikła z powodu wydania specjalnego Znaku, które zostało wzbogacone listem samego autora do polskich czytelników. Mimo że to już prawie wiosna, zaszywam się pod ciepłym kocem i czytam słowa skierowane do mnie… Tak zaczęła się moja druga podróż z Oskarem i panią Różą.


Okoliczności poznania książkowych bohaterów nie są sprzyjające. Szpital – oddział dziecięcy, mało tego - okres grudniowy, nieopodal Bożego Narodzenia. Myślimy sobie: gorzej już być nie mogło. Czy to powtórka z andersenowskich baśni? Otóż nie. Tytułowy bohater jest umierający, ale jest zbyt młody, żeby bać się śmierci i wyjść jej na spotkanie. Zauważa, że już nikt nie chichra się z nim tak, jak dawniej. Dorośli nie potrafią traktować go normalnie, czyli tak jak wcześniej, nim został pacjentem. Patrzą na niego przez pryzmat choroby, a nie dziesięcioletniego dziecka. Spoglądają ze współczuciem, z wyrwą w sercu, z litością. Uważa, że są tchórzami, bo nie patrzą w oczy i nie mówią mu, że umrze. Nikt nie może pogodzić się z wyrokiem, którym jest choroba Oskara, ani lekarze, ani pielęgniarki, ani rodzice, nikt poza „ciocią” Różą.

 

Mały chłopiec w niezwyczajny sposób zaczyna odmierzać czas. A to za sprawą cioci Róży, wolontariuszki, która opiekuje się chorymi dziećmi w szpitalu. Opowiada mu pewną legendę przepowiadania pogody na następne lata. Jeden dzień staje się równy dwudziestu wiosnom człowieka. Chłopiec stara się zrozumieć dojrzewanie i starzenie w ciągu krótkich dwunastu dni. A my razem z nim przeżywamy te różne okresy niełatwego życia. Miłosne i przygodowe perypetie na szpitalnych korytarzach stają się nawet śmieszne, do czasu gdy nie przypomnimy sobie tragizmu sytuacji i znów poważniejemy, przybieramy groźną minę, czytamy zachowawczo jak przystało na tchórzliwych dorosłych. Z pewnością zaliczamy się do grona osób, których Oskar nie lubi. Pani Róża na szczęście temu zaradzi, bowiem nauczy nas dystansu i śmiałości wobec śmierci, która jak cień kroczy przy słabszym z każdym dniem chłopcu. Była zapaśniczka z wielkim sercem do dzieci daje nam czas na oswojenie się z chorobą i skutkiem, który jest nieunikniony. Chwil na refleksje mamy w zanadrzu, gdy Oskarek zajęty jest pisaniem listów do Pana Boga, prosząc Go każdego dnia o jedną rzecz duchową dla siebie bądź bliskich.

 

To nie jest bajka, sam Oskar zresztą wcale nie wierzy już w nie. To jest krótki przewodnik po życiu w chorobie i chorobliwym strachu; o pogodzie i pogodzeniu się z odchodzeniem najbliższych. Piękny język i proste rozumowanie dziesięciolatka ma nam pomóc w zaakceptowaniu transcendentnego zjawiska, jakim jest przejście na tamten świat. Schmitt próbuje nam unaocznić, co w tych ostatnich dniach życia jest i powinno być dla nas najważniejsze. Wiara. Wiara w to, że nie jesteśmy sami zwłaszcza pod koniec wędrówki.

 

„Życie to taki dziwny prezent. Na początku się je przecenia: sądzi się, że dostało się życie wieczne. Potem się go nie docenia, uważa się, że jest do chrzanu, za krótkie, chciałoby się niemal je odrzucić. W końcu kojarzy się, że to nie był prezent, ale jedynie pożyczka. I próbuje się na nią zasłużyć (…)”


Czy jestem godny/a swojego życia? Dajcie się wciągnąć w puchatkowe czasem rozumowanie dziesięciolatka, który swoim doświadczeniem i wiarą przewyższa nas wszystkich. Pozwólcie cioci Róży dać się pogłaskać po głowie, bo nikt inny jak ona nie przekona nas do spojrzenia w głąb siebie. Szczerze polecam listy do Pana Boga pisane przez Oskara jak i te pisane przez nas, zwłaszcza w okresie tak sprzyjającym wszelkim rachunkom sumienia i wierzenia, jakim jest Wielki Post.

 

Eric-Emmanuel Schmitt, Oskar i pani Róża, wyd. Znak 2011

Tagged under
  • refleksja
  • smierc
  • dziecko
1 comment
Więcej…

Coco Chanel. Życie intymne

sobota, 10 marca 2012 12:16 Published in Strefa Książki
Coco Chanel. Życie intymne

„Nie ma już kobiet;

zostali nam tylko chłopcy stworzeni przez Chanel”

Boni de Castellane

 

Obcięła kobietom włosy. Nadała czerni nowy ton, już nie tylko żałobny.  Ubrała słabą płeć w męską garderobę: spodnie i marynarkę. Uszyła ubrania z bieliźnianego dotąd dżerseju. Skandalistka? Jedynie w życiu prywatnym, bo w zawodowym była profesjonalistką i kobietą z zasadami - dążyła do jasno wyznaczonego sobie celu. Jak opisać chłopczycę - la garconne jak zwykli ją nazywać, która zawzięła się w sobie by za życia stać się legendą, i która resztę swoich dni na ziemi przeznaczyła na pielęgnowanie stworzonego, a bardziej odpowiednim słowem będzie - wypracowanego przez siebie mitu Chanel? Może po prostu oto Coco…

 

Nim w moje ręce trafiła książka Lisy Chaney „Coco Chanel. Życie intymne” wydawnictwa Znak wiedziałam tylko komu zawdzięczamy „małą czarną” i najsłynniejsze na świecie perfumy Chanel N’5. Jak się potem okazało flakon pod szczęśliwą piątką przyniósł jej pomysłodawczyni największą fortunę i po dzień dzisiejszy pozostał w prawie niezmienionej formie. Historia życia Gabrielle (Coco) Chanel nie jest tak prosta jak szyk i ascetyczna elegancja, którą proponowała. Dlatego długo po przeczytaniu książki nie mogłam się zmierzyć z tak złożoną postacią, jaką była. Nie uważała siebie za nadzwyczajną artystkę, nie miała twórczej manii projektowania, nie rysowała szkiców ubrań we śnie. Twierdziła, że jest zwykłą rzemieślniczką, „narzędziem Losu”. Kroiła i dopasowywała materiały i fasony na żywych modelkach, nie na rysunkach. Jej ubrania były praktyczne, miały układać się w ruchu, współgrać z ciałem. Nader wszystko ceniła szyk i swobodę noszonej przez kobiety garderoby. Nie bez przyczyny Pablo Picasso nazwał ją później „najpraktyczniejszą osobę na świecie”.

 

„Moda nie istnieje, dopóki nie wyjdzie na ulice.

Moda, która pozostaje w salonach, znaczy tyle co bal kostiumowy”

Coco Chanel

 

Drzemała w niej niegasnąca siła. Nie poddawała się nawet pod ostrzałem surowej krytyki. Prostolinijna mentalność, odwaga protestu i twardy charakter, które posiadała, to cechy typowe dla mieszkańców Sewenny, skąd się wywodzą przodkowie projektantki. Kraina ta charakteryzuje się skomplikowaną strukturą górskich szczytów, dolin i wąwozów. I choć zdumiewa swym naturalnym, dzikim pięknem Chanel przez całą resztę swojego życia będzie próbowała o niej zapomnieć.

 

Mała Gabrielle pochodziła z nizin społecznych, była córką drobnego handlarza wędrownego. Na początku XX wieku to pozycja społeczna była miarą wartości człowieka. Przykre wspomnienia z dzieciństwa: tułaczka po wielu domach, potem porzucenie przez ojca, wychowanie w sierocińcu przez siostry zakonne sprawiły, że Chanel zawzięła się w sobie, by to zmienić, by przeszłość zostawić za sobą. Sama wypracowała sobie i majątek i status społeczny. A to było nie lada wyczynem zważywszy na samodzielność, na jaką mogły sobie pozwolić, kobiety w tamtych latach. Zawsze bała się powrotu do biedy i zimna, których tak dotkliwie zaznała jako dziecko. Skrzętnie ukrywała swoje korzenie i rodzinne strony nawet przed osobami, które kochała. Nie lubiła się zwierzać przyjaciołom ze swoich wspomnień. Wstydziła się tego, kim jest. Ten strach towarzyszył jej do końca życia. Niczego bardziej się nie bała niż być samotną i porzuconą. Pomimo iż myślała, że dzieciństwo już dawno ma za sobą to owych lęków nie wyzbyła się nigdy. Jej gorycz i niezadowolenie z lat dziecięcych były tak głębokie, że w młodości postanowiła stworzyć siebie „na nowo”. Będąc już słynną kreatorką mody, uzależniła się od morfiny, bo tylko ten stan odurzenia odsuwał ją od podejrzenia, że ludzie ją opuszczają. Chorowała też z przerwami na somnambulizm. Czy na tym bardzo kruchym dzieciństwie albo jego braku zbudowała tak wielką, pozorną siłę? Czy to niska pozycja społeczna, w jakiej się urodziła determinowały jej dalszą drogę do sukcesu?

 

„ Nie jestem bohaterką.

Ale wybrałam osobę, którą chciałam być”

Coco Chanel

 

Nim została słynną właścicielką marki Chanel przy rue Cambon, stawiała kroki na deskach rozmaitych Cafe-concerts na paryskich bulwarach. W połowie XIX wieku tego typu kawiarnie, rewie, kabarety były głównymi ośrodkami lekkiej, niezbyt wyszukanej rozrywki. Były to miejsca, w których panowała nieskrępowana atmosfera. Mało kto wie, że przydomek Gabrielle właśnie wywodzi się z tamtego okresu. Bo choć nie umiała śpiewać, to była zdeterminowana i błyskotliwa. Z największym powodzeniem występowała w utworach pt.: Ko Ko Ri Ko oraz Qui qua vu Coco dans l’Trocadero? (Kto widział Coco w Trocadero?). Jej wielbiciele pokochali ją za charakter i indywidualność, których kabarety właśnie pragnęły. Na oznakę zachwytu i z prośbą o bis skandowano przydomek, który przylgnął do niej już na zawsze: „Coco! Coco! Coco!”.

 

Ktoś kiedyś powiedział, że tylko buntownicy i odmieńcy są w stanie zmienić świat. Channel do takich osób należała. Robiła wszystko to, co uznawano wtedy za kontrowersyjne i nieprzyzwoite. Tańczyła w kabarecie, była kurtyzaną, a wkrótce potem zamieszkała ze swoim kochankiem Etiennem Balsanem, który ją utrzymywał. Lubiła otaczać się ludźmi, obracała się przede wszystkim w towarzystwie artystycznej bohemy. Visconti wspomina słynne lunche i obiady u Gabrielle, gdzie zastawał „najbardziej olśniewające, najsławniejsze i najciekawsze umysły”: reżyserowie, aktorzy, pisarze, tancerki, tancerze oraz ich kochankowie i kurtyzany, znaczna ich część to byli opiumiści. Wygląd zewnętrzny Coco był dość imponujący i równie wyróżniający się: zadarty nosek, chłopięca i filigranowa figura, kanciasta, szczupła buzia, przy modnych jeszcze wtedy krągłościach. Zawsze nosiła oryginalne nakrycia głowy, które sama ozdabiała i miała swój własny wyrazisty styl. Jak tylko posmakowała czegoś nowego, zaraz chciała dokonywać rzeczy jeszcze większych i lepszych, szła ciągle na przód. Dzięki swojej determinacji i odwadze dokonała niezwykłych przemian w świecie mody, a te zapoczątkowały o wiele istotniejsze przemiany w postrzeganiu kobiet generalnie. Choć nie wiem czemu tak bardzo sprzeciwiała się kobiecym koronkom, falbankom, wszelkim ozdobnościom, które niekoniecznie uwłaczały kobiecej sile. Chanel nie pozwoliła, by z kobiet czyniono ozdobne szkatułki, manekiny obwieszone drogocennymi kamieniami i diamentami bez wyczucia i smaku. Jako pierwsza stworzyła sztuczną biżuterię. Uważała, że to w męskim minimalizmie drzemie siła, a w krótkich włosach wyzwolenie. A więc idąc za głosem nieco feministycznych idei, porzuciła gorset i ścięła włosy. Dzięki niej kobiety odetchnęły. Więc nie o same ubrania i styl Chanel chodziło, lecz o niezależność i o coś o wiele bardziej istotnego.

 

Ubrania nie powinny dominować nad kobietą, lecz być tłem dla jej osobowości.

„To kobieta powinna być ekscentryczna, a nie jej sukienka”

Coco Chanel

 

Sięgamy po książki, żeby zobaczyć w nich swoje odbicie albo odbicie naszego życia. Często utożsamiamy się z bohaterami. Sięgnęłam po Coco i szukałam w niej czegoś swojego, chociaż odrobinę czegoś przypominającego moje życie. Niestety. Może przez to czytało się ją trudniej, ponieważ postać Coco była osobliwa, wyjątkowa i bardzo złożona. Sięgamy po lekturę dla rozrywki, dobrego humoru ale trudno śmiać się do rozpuku z czarno-białej biografii kobiety, która mierzyła się z własnymi lękami i słabościami, i która przeżyła pierwszą i drugą wojnę światową. Dodatkowo wieczór z „Coco Chanel. Życie intymne” utrudniały naprawdę liczne nazwiska bliskich i dalszych przyjaciół  projektantki oraz całkiem spora liczba jej kochanków i kochanek różnej narodowości. W pewnym momencie przestajemy już się dziwić wciąż wzrastającej liczbie kolejnych partnerów, przyjaciół pogubionych artystów, porzucających swych mężów czy żony, bi- lub homoseksualnych, uzależnionych od morfiny, odmieńców takich jak ona. Z jednej strony kobieta godna podziwu, która w pracy odnalazła siłę, wyzwolenie, osiągnęła o wiele więcej niż majątek i uznanie, która stworzyła wielką ikonę mody od stóp do głów, lecz z drugiej strony poznajemy kobietę uwięzioną przez pracę, niecierpiącą niedziel, małżeństw i dzieci, samotną, pozbawioną miłości w dzieciństwie, zbłąkaną. Gdy zbliżała się do dziewięćdziesiątki cieszyła się jeszcze większą sławą, ale to już jej nie cieszyło. Zaczęła patrzeć na otaczającą ją rzeczywistość cynicznym wzrokiem. Samotność, w której była uwięziona dawała o sobie znać. Wydawała się być silna jak jej astrologiczny lew, w którego symbolikę wierzyła, lecz siła jej była bardzo krucha - była kobietą paradoksu.

 

„Rzadko miałem do czynienia z kimś, kto tak bardzo pożądałby zwycięstwa i tak gardził jego owocami.”

Michel Deon

 

Lisa Chaney, Coco Chanel. Życie intymne, wyd. Znak, Kraków 2012.

Tagged under
  • recenzja
  • kobieta
Be the first to comment!
Więcej…

Dziewczynka z chryzantemami

czwartek, 05 stycznia 2012 22:06 Published in Strefa Sztuki
Dziewczynka z chryzantemami

Patrzy na nas srebrzysta istota, która zdawałoby się, że jest za szklaną, niewidoczną ścianą. Jest, a jakby jej nie było. Dziecko, a jakby mało tego dziecka w nim było. Uwięziona w swoim półimpresjonistycznym dzieciństwie.

 

Od zawsze zastanawiało mnie, jak na Nią wołano. Może jest to mała Olga. Może nosi jedno z wielu, modnych w tamtym czasie francuskich imion. A może jest Julią, która nie dotknęła jeszcze miłości. Z pewnością jest jedynaczką, samolubną od czasu do czasu swoich pokaźnych humorów. Albo nie! Bo jakby nią była, jej mamie starczałoby czasu na czesanie dziewczynki w piękne warkocze. Tymczasem stoi ona ze zwichrzonym, rdzawym włosem niczym mała rozhuśtywaczka brzóz. Gdyby chociaż trzymała w ręku słoneczniki już wydawałaby się bardziej promienna, pląsająca latem w ogrodzie. Przez te białośnieżne chryzantemy i wyraźny cień za plecami od tylu wieków poszukiwani są jej domniemani rodzice i dom lat dziecięcych. Wystarczyłaby mała plamka optymistycznej farby, drobna, nawet nie tak bardzo okrągła, pomarańcza w kącie a nie wydawałaby się już tak bardzo andersenowską dziewczynką z zapałkami. A więc Bezimienna, która dopiero zacznie się bać zegara z wyskakującą kukułką. Dziewczynka nie stroi jeszcze min przed lustrem, nie ulepsza swojej buzi, nie uczy się odpowiednich reakcji. Za rzecz najgorszą z najgorszych uważa wkładanie szaroniebieskiej sukienki przez głowę - gryzie i ma strasznie niewygodne rękawy, które zawsze lądują w talerzu. Bystrzejsza niż o niej mówią jej wylewające się czarne oczy. Zawsze druga w kolejności zaraz za swoją siostrą. Ale jakie tak naprawdę ma dzieciństwo? Listopadowe? A może pełne owoców i cudów? Jaki obraz powiesili jej rodzice nad łóżkiem w dziecięcym pokoiku?

 

Jest w niej coś z dziewczynki, która kocha latać, widzieć więcej, sięgać po nieosiągalne. Porywają ją sny, by znów zabrać z powrotem do stołu na wspólny posiłek z rodzicami, których przecież bardzo kocha, a którzy się nie kochają. Dziewczynka widzi, że mama z tatą nie mają wspólnych pasji, nie uśmiechają się do siebie, nie słuchają, co drugie ma do opowiedzenia. Zawsze  szli w różne strony, wybierali różne smaki, kładli się spać o różnych porach. Mama wychodziła z domu płacząc, tata wychodził z domu krzycząc. Potem zaczęły się bajki na dobranoc o nieszczęśliwych królewnach i rycerzach, co gubili drogę. Za porcelankową buzią małej marzycielki coraz głębiej chowały się smutki. Bo tego by jeszcze trzeba żeby sobą zasmucać rodziców. Nauczyła się pięknie mówić o codzienności lalek, o plamce na obrusie, o filiżance z za dużym uszkiem i o tym co nie boli. Przez kolejne poranki, dni, lata dziewczynka szukała bezpiecznej i ciepłej Oranżerii, która się Maeterlincowi nie śniła, takiej w sam raz na swoje prawdziwe myśli i melancholie. Bezpieczna kopuła pośród wystygłych lasów. I tak dziewczynka dorastała i dorastała jak egzotyczna roślina w cieplarni, szukając miejsca, które mogłaby sobą opleść. Chciała bardzo czuć się silna i odgadywana. Chciała bardzo znaleźć kogoś, kto by wiedział czym się żywi i jak dużo potrzebuje słońca. Na kogo więc wyrosła? Na żonę z rozkwitłymi chryzantemami…

Tagged under
  • dziecinstwo
  • sztuka
  • poezja
  • kobiecosc
Be the first to comment!
Więcej…

Samotność we dwoje

czwartek, 03 listopada 2011 08:08 Published in Ona&On
Samotność we dwoje

Czasami nam się wydaje, że przeżywamy taką samotność we dwoje. Czy to jest możliwe? Przecież jabłko raz przekrojone na pół już nigdy nie będzie samotne. A jednak gdy Jego/Jej porządek rzeczy różni się od naszego, to robi nam się tak jakoś chłodniej na duszy. A już w ogóle, gdy On/Ona nie rozumie naszych obecnych dylematów serca albo w naszym ogromnym problemie nie widzi problemu, to nam się świat kończy. Chciałoby się, aby z tą miłością było grzecznie i ładnie jak na spacerze z pieskiem. Lecz często jest zupełnie odwrotnie i ścina nas jak pierwszy mróz.

 

Myślimy wtedy, że drogi nam się rozchodzą. Bo on dojrzał do czegoś później lub wcześniej niż ja. Bo on woli pistacjowe a ja czekoladowe. Bo on śmieje się zawsze wtedy, kiedy mi nie jest do śmiechu. To tak jakby on dopiero podnosił głowę z poduszki, a ona już zdążyła zaparzyć poranny kubek kawy. Gdy jedno jest gotowe zakładać rodzinę, a drugie jeszcze nie. Gdy jedno kocha, a drugie śpi. Gdy jedno jest już tylko o krok, a drugie trochę z tyłu…

 

Samotność w związku się przydarza. Ale nie polega ona na tym, że śniadanie we dwoje je się do lustra. Albo, że stajemy się cząstkami z osobna na jakiś czas. Albo w ogóle postanawiamy się rozstać na dobre. Bo w swojej decyzji trzeba ze wszystkich sił trwać. Jestem bo jesteś. Dzielę z Tobą cały mój wszechświat, każdy kąt, każdy gniew i każdy chmurny dzień. W zasadzie to nie wiadomo, ile samotności jest w tej samotności we dwoje.

 

Prawdziwie samotni jesteśmy tylko wtedy, gdy kłamiemy, a nie wtedy, gdy ból jest ponad nasze siły. Nie wykluczam takich dni, gdy czujemy się sami na świecie. Czujemy wtedy jakby świat odwrócił się, obarczył nas naszym własnym ciężarem – gdy czujemy własne ołowiane kroki, ołowiane serce, głowę pełną obrzmiałych samostrutych myśli. Gdy skrzydła struchlałe wzdłuż pleców sięgają kolan zamiast ponad czubka głowy. Stajemy się samotni, gdy nie słuchamy siebie, gdy samych siebie oszukujemy, gdy zamiast łyżki soli dodajemy łyżkę miodu. Zjadamy swoje słowa w nieodpowiednich proporcjach prawdy i fałszu. Samotności się nie wybiera jak bezpiecznej opcji, jak sukienki na lato. Z natury jesteśmy stadni, ludni, liściaści. Powinniśmy podejmować próby wydostania się z wyspy ilekroć stanie się bezludną. Tak jak codziennie próbujemy się wydostać spod ciepłej kołdry albo spod ludzkich, dzikich spojrzeń. Z samotnością nie powinno być jak z wymówkami: „nie, bo nie”, „najlepiej nic nie mów”, „po prostu zostaw mnie”. Nie powinna zagrzewać dłużej miejsca niż tylko na chwilę, na czas herbaty, paru krótkich oddechów.

 

Czasami nam się wydaje, że są dni gdy kochamy mniej lub bardziej. Ale to przecież niemożliwe. Po prostu są dni, gdy mniej lub bardziej rozumiemy siebie. To są dni na samotność we dwoje, na dobrą książkę pod kocem, na niemy film, na modlitwę…

Tagged under
  • samotnosc
  • ona i on
  • komunikacja
  • zwiazek
2 Komentarze
Więcej…
  • «
  •  pierwsza 
  •  poprzednia 
  •  1 
  •  2 
  •  następna 
  •  ostatnia 
  • »
Strona 1 z 2

Główne działy

  • Ona&On
  • Relacje
  • Rodzina
  • Blogi
  • Dobra Strefa
  • Forum
  • Kontakt

Blogi

  • Z pamiętnika Księżniczki
  • Z rycerskiego szlaku
  • Dziennik pokładowy
  • Antykoncepcyjne dylematy
  • Dei Verbum
  • Między nami
  • Kuźnia Miłości
  • Dzień-Dobry-Dzieci
  • Biblio-teczka Malucha
  • Przestrzenie Miłości
  • Super mamą być
  • Piękno kobiety
  • I love USA
  • Przez żołądek do serca
  • Opowieści z Czarodziejskiej Góry

Na skróty

  • Kontakt
  • Mapa strony
  • Reklama
  • Polityka prywatności
  • Rejestracja
  • Newsletter
  • Zaproś nas!
  • Formularze
  • Wesprzyj nas!

Zobacz także

  • Konkursy / Akcje
  • Ślubne-plany
  • NPR jest OK!

Polecane strony

  • Fundacja Rodzin Pełna Chata
  • NPRjestOK!
  • Przymierze Wojowników
  • Czysty SEX
  • Księgarnia i Wydawnictwo Rubikon
  • Projekt KiM
  • NPRjestOK!
  • Ślubne-plany
  • O nas
  • Wydarzenia
  • Linki
Copyright © 2011 Portal za-kochanie.pl



  • Nie pamiętasz hasła?
  • Nie pamiętasz nazwy?
*
*
*
*
*

* Pole wymagane