Paulina Fuglewicz
ur. 1983, uparta i romantyczna, lubiąca horrory :-) Wierzy w ludzi i w miłość jak z bajki. Podróżniczka i autorka blogu „I love USA”, ekspert od spraw amerykańskich. Szczęśliwa żona. Mieszka w Krakowie, ale marzy o Nowym Yorku. Zastanawia się, czy zdąży zrealizować wszystkie plany, jakie ma w głowie. Skończyła turystykę i psychologię, a obecnie kończy studia biznesowe i ciągle jej mało.
Website URL: E-mail: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.
WYNIKI! :-)
Serdecznie dziękujemy za zgłoszenia!
Miłe małe niespodzianki od Pauliny powędrują do następujących osób:
Anna Nowicka
Anna Lis
Aneta Budzyńska
Ewa Miller
Ewa Otremba
------
Specjalny KONKURS, w którym do wygrania pamiątki-niespodzianki ze Stanów.
Konkurs dla wszystkich czytelników bloga "I love USA", dla wszystkich spostrzegawczych, lubiących podróże i zagadki.
Proszę o rozpoznanie poniższych zdjęć: jaki to jest obiekt albo gdzie się znajduje (w jakim mieście).
Spośród osób, które opiszą poprawnie przynajmniej 4 zdjęcia, rozlosujemy nagrody.
Na odpowiedzi czekamy pod adresem Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć. do 18 czerwca 2011. W tytule proszę wpisać KONKURS USA
Wszystkie odpowiedzi oczywiście, można znaleźć w relacji z Podróży poślubnej marzeń
Dziękujemy za wszystkie zgłoszenia!
Miłe małe niespodzianki od Pauliny powędrują do następujących osób:
Anna Nowicka
Anna Lis
Aneta Budzyńska
Ewa Miller
Ewa Otremba
-----
Specjalny KONKURS, w którym do wygrania pamiątki-niespodzianki ze Stanów.
Konkurs dla wszystkich czytelników bloga "I love USA", dla wszystkich spostrzegawczych, lubiących podróże i zagadki.
Proszę o rozpoznanie poniższych zdjęć: jaki to jest obiekt albo gdzie się znajduje (w jakim mieście).
Spośród osób, które opiszą poprawnie przynajmniej 4 zdjęcia, rozlosujemy nagrody.
Na odpowiedzi czekamy pod adresem Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć. do 18 czerwca 2011. W tytule proszę wpisać KONKURS USA
Wszystkie odpowiedzi oczywiście, można znaleźć w relacji z Podróży poślubnej marzeń.
...właśnie pakujemy się, aby wyruszyć na kolejny podbój U.S.A:-) Mam nadzieję, że lot będzie szczęśliwy! Zaczynamy od Chicago, potem Niagara, Nowy York, Waszyngton, Disneyland i Miami… a i Key West:-) Trzy lata na to czekaliśmy, a już myślimy i planujemy odwiedzić Zachód:-)!
...ciekawe, czy będę czuła to, co wtedy, kiedy staniemy na Manhattanie, podniesiemy głowy do góry, by spojrzeć na drapacze chmur... i spojrzymy sobie w oczy!!! SPEŁNIŁO SIĘ!! Znowu tu jesteśmy!!
...Zachodnie Wybrzeże uwodzi pięknymi miejscami, cudowną przyrodą i możliwościami, które w mgnieniu oka przenoszą nas do innego świata... Lądujemy w Seattle.
Na wieży Nuddle Space ktoś w kolejce proponuje, że odda nam wejściówki na wszystkie atrakcje do pobliskiego parku rozrywki! Tak po prostu? :-) Niestety odmawiamy, ponieważ przed nami cały dzień jazdy na południe, a nie możemy stracić ani jednego chwili!
W San Francisco nad ranem wita nas Golden Gate ukryty w chmurach i mgle.
Od razu przypomina nam się Bond :-) Golden Gate ujmuje swoim ogromem i oczywiście pozytywnym kolorem. W San Francisco uliczki są rzeczywiście nachylone pod takim kątem, że rozpędzony samochód może przez kilka sekund lecieć w powietrzu, by potem uderzyć z hukiem w asfalt aż polecą iskry!
Turystów ale też i zwykłych mieszkańców przewozi specjalny tramwaj.
Stojąc pod apartamentem Coppoli, przypominamy sobie „Ojca Chrzestnego” :-) Rewelacyjny!
Zwiedzamy słynny port, zajadamy się grillowanymi krewetkami… i patrzymy na Alkatraz. Aby odwiedzić celę lub nawet spędzić w niej noc, rezerwacje trzeba zrobić dużo, dużo wcześniej. Jednym z pierwszych więźniów, którzy przybyli do Alcatraz, był Al Capone, „król” nielegalnego alkoholu i morderca. Dostał numer 85.
Zjeżdżamy niżej, w samochodzie towarzyszy nam muzyka, jazdę umilają postoje w barach przy drodze i w Pizzy Hut rzecz jasna :-) w której każdemu, niezależnie od wieku kelnerzy rozdają kolorowanki… aby umilić czas oczekiwania na najlepszą na świecie pizzę „pepperoni lovers”.
Dojeżdżamy do Sekwoia National Park w Górach Sierra Nevada. W okienku płacimy parę dolarów za wjazd i dostajemy mapkę od pana ubranego w zielony uniform i kapelusz z dużym rondem - dokładnie taki jak na Misiu Yogi!:-) Okropnie gryzą komary i śmiejemy się, że w parku gigantycznych drzew są i gigantyczne owady. Tutaj stoi otoczony płotem słynny Sherman Tree!
Nie dałam rady zrobić zdjęcia, żeby uchwycić całość - od ziemi po sam czubek!:-( Zauważam inne olbrzymy i mimo zakazu biegnę się do nich przytulić!! Uczucie nie do opisania!!
Na tablicy informacyjnej napisane jest, że tak jak człowiek czuje się, stojąc przy Sekwoi, tak czuje się mrówka, kiedy stoi przy człowieku! Bardzo trafne! Drzewo ma ponad 84 metry i średnicę ponad 8 metrów a jego wiek szacowany jest na około 2700 lat!!
Kiedy zjeżdżamy jeszcze niżej, docieramy do Los Angeles. Wzgórza HOLLYWOOD nie są aż tak zielone jak na filmach :-( Spacerujemy Aleją Gwiazd, spotykamy kobietę-kota, Lorda Vadera i innych bohaterów :-)
Pod Kodak Theatre kupujemy małe Oscary…:-) Dziwimy się, że to miejsce wygląda tak „skromnie” a to przecież tu odbywają się wielkie gale.
Na każdym rogu siedzą bezdomni i sprzedają tak zwane „STAR MAP”. Kupujemy i podążając za strzałkami, trafiamy pod dom Nicolasa Cage'a. Nicholasa wprawdzie nie spotykamy, ale wita nas 3-metrowy żywopłot, przez który nic nie widać!:-)
Czy kojarzycie wielki statek Queen Mary, który został wodowany we wrześniu 1934, a ochrzczony osobiście przez swą patronkę - Królową Victorię Mary, żonę króla Jerzego V i matkę dwóch kolejnych królów - Edwarda VIII i Jerzego VI?
Stoi teraz przycumowany na Long Beach, przerobiony na hotel budzi respekt i podziw!
Wieczorem postanawiamy odnaleźć grób Marilyn Monroe. Trafiamy na mały cmentarz, ale widok świeżych kwiatów od razu przyciąga naszą uwagę. Szybko odnajdujemy tabliczkę z napisem... 1926-1962.
Las Vegas w dzień nie robi wrażenia. Otoczony pustynią budzi respekt, ale ożywa i szokuje dopiero nocą. Kluby, hotele w różnych stylach, jest tu Cezar Palace z wielką piramidą, miejsca stylizowane na Paryż czy Wenecję.
Jest tu znany z filmów cowboy, który macha ręką, sztuczne niebo, gdzie pokazywane są koncerty czy gra świateł, od których nie chcesz oderwać wzroku!
Potem tylko kark bardzo boli :-)
Przy Hotelu Bellagio co jakiś czas, w rytm muzyki odbywa się pokaz „tańczącej wody”. Genialne!
Wjeżdżamy na wieże Stratosphere i zamieramy…
Po bezkres rozpościerają się światła. Darujemy sobie karuzele, które są zawieszone na progu wieży - zbyt ryzykowne jak dla nas.
Ryzykujemy natomiast w inny sposób ;-) i idziemy zagrać w kasynie… Przygrywam 20$ :-( wychodzę, bo strasznie kusi, by grac dalej.
W Vegas dosłownie co 50 metrów stoją małe kapliczki. Zastanawiamy się, czy do jednej z nich nie wejść, by zawrzeć ślub... po raz drugi :-)
Tym razem może nam go udzielić sam Elvis :-)
Spędzamy tu 2 dni a trzeciego ruszamy zobaczyć Hoover Dam, znaną nam tamę z „Transformersów”.
Wychodzimy z samochodu, aby zrobić zdjęcia, ale upał (z 50 stopni!) nie pozwala nam spędzić więcej niż 10 minut na zewnątrz naszej klimatyzowanej bryki!
Jedziemy w głąb lądu i nagle widzimy parking i rząd niskich drzew. Wysiadamy i stajemy na skraju Kanionu!! Piękny, bezkresny, rozlany w mleczno-czerwonym kolorze od żaru jaki tam panuje.
Spacerujemy tuż przy krawędzi... nad Wielkim Kanionem. Pamiętam, jak się wtedy wzruszyłam nad cudem i siłą natury, która tu zadziałała!!
I co na koniec?
Po czterech tygodniach zwiedzania należy się podsumowanie :-) Dwa tygodnie spędzone na wschodzie i dwa na zachodzie, pożyczony Ford Taurus i Mazda 6 na jednym a Toyota Camry na drugim wybrzeżu, KFC zjedzone ponad 5 razy, pizza hut ponad 10, w pozostałe dni steki i dania włoskie :-) Pochłonęliśmy ponad 120 Donkin Donutsów, z moteli zabraliśmy parę kilo kostek lodu do chłodzenia napojów w samochodzie :-) najczęściej spaliśmy w motelach: HO JO, Comfort Inn, Best Western i SIX. Zjechaliśmy w sumie ponad 13 000 km, spotkaliśmy niesamowitych ludzi, otwartych i szczęśliwych!... Ufff!
Pora na odpoczynek... 5 dni... plażowania...
W Honolulu lądujemy nocą, więc kwiatów, koloru wody i nieba nie widzimy. Dopiero rano wyspa Oahu i plaża Waikiki skąd rozciąga się widok na wygasły wulkan, białe wysokie hotele i bezkres tak niesamowicie błękitnego oceanu ukazują się naszym oczom.
Czujemy się jak na końcu świata i… jeszcze dalej! Zielone palmy, liany i gąszcz zieleni.
Śniadania jemy w "LULU BAR" tuż przy plaży.
Świeże owoce, orzechy i chrupiąca bagietka z masłem…
Śniadania trwają dłuugggoooo... siedzimy i widzimy coś takiego:-) ...istny raj na ziemi…
…pozostaje nam tylko wspominać minione cztery tygodnie i patrzeć w niebo :-)