Jedz, módl się, kochaj
Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że w Dobrej Strefie promujemy dobre książki, ale mimo to muszę napisać o powieści, która według mnie nie jest dobrą. To znaczy pod wieloma względami „Jedz, módl się, kochaj” może się podobać. Nie jest przesadnie obszerna, czyta się ją szybko, co ułatwia duża ilość rozdziałów, jest napisana prostym językiem, ale przede wszystkim opowiada o kobiecie, która jest w „dołku” psychicznym. Temat książki bardzo modny i bardzo chwytliwy, ale od początku.
Liz - głównej bohaterce książki niczego nie brakuje - ma kochającego męża, świetną pracę, która pomaga jej w realizowaniu swojej pasji - podróżowaniu, zarabia kupę pieniędzy, o czym świadczy wielkie mieszkanie na Manhatanie i dom pod Nowym Jorkiem. Wydawać by się mogło: istna sielanka. Dla Liz to jest jednak za mało, czegoś jej brakuje, dusi się w związku. W końcu postanawia rozwieść się z mężem, spotyka się z młodszym od siebie mężczyzną, z którym jednak po czasie też się rozstaje. Aby wyleczyć się z depresji, postanawia udać się w roczną podróż, by zwiedzić Włochy, Indie i Indonezję. W każdym z tych miejsc chce znaleźć to, czego nie mogły dać jej Stany Zjednoczone. W Rzymie cieszy się nauką włoskiego i rozkoszuje się typowym włoskim jedzeniem; w Indiach postanawia odnaleźć Boga, w którego - jak podkreśla - zawsze wierzyła (pochodzi bowiem z katolickiej rodziny). Cztery miesiące swojej wizyty w Indiach poświęca medytacjom, mantrze, praktykuje jogę. W Indonezji próbuje odnaleźć równowagę między luzem, którego nauczyła się we Włoszech a pobożnością, którą odnalazła w Indiach.
Co w takim razie nie podoba mi się tej książce? Dlaczego uważam ją za kiepską, skoro wydaje się być bardzo przyjemną? Otóż dlatego, że pierwsze skojarzenie, jakie nasuwa mi się po przeczytaniu książki Elizabeth Gilbert, to serial „Sex w wielkim mieście”. Przedstawia ona według mnie dokładnie tę samą mentalność. Mentalność kobiety wiecznie niezadowolonej z życia, nie potrafiącej cieszyć się tym, co ma. Potrzebującej, przepraszam za kolokwializm, dziwacznych metod, aby odnaleźć siebie. Liz bowiem sama do końca nie wiedząc czego chce, zniszczyła swój wieloletni związek z mężem, nie potrafiła z nim porozmawiać o swoich problemach, ba (!) nawet nie próbowała. Mało tego będąc katoliczką, poczuła potrzebę praktyk buddyjskich, by odnaleźć Boga, nie próbowała szukać pomocy w rodzinie czy Kościele.
Nie jestem specjalistką od depresji, nie jestem nawet studentką psychologii, ale wydaje mi się, że nie przy pomocy rozwodów i dalekich, kosztownych podróży leczy się depresję. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że podróże, zwłaszcza udane, poprawiają samopoczucie i pomagają „naładować akumulatory” przed kolejnymi wyzwaniami. Jednak Liz nie wiedziała do końca, czego szuka i czego pragnie od życia. Sama podkreśla, że jej mąż nie zrobił nic złego, nie zdradził jej, nie bił, nawet nie przestał jej adorować, coś po prostu było nie tak. Czy Liz w końcu znalazła siebie? Tego nie zdradzę.
Elizabeth Gilbert Jedz, módl się, kochaj: czyli jak pewna kobieta wybrała się do Italii, Indii i Indonezji w poszukiwaniu wszystkiego, REBIS, Poznań 2007
Koniec wiosny w Lanckoronie
Agnieszka Błotnicka, Koniec wiosny w Lanckoronie, wyd. Nasza Księgarnia 2011
Kolejna książka z serii „Babie lato” (czyli z serii, w której ukazała się powieść „Póki pies nas nie rozłączy”). Seria ta reklamuje się jako zbiór opowieści dla kobiet: romantyczne, z poczuciem humoru, bliskie życiu i naszym realiom (polskie!). Choć zakładka dołączona do książki sugeruje, że „Babie lato” spodoba się tym, którzy polubili „Jedz, módl się, kochaj”, to na kanwie ostatniej recenzji, chciałabym pozytywnie ocenić nowość wydawnictwa Nasza Księgarnia.
Bohaterką książki jest kobieta, która porzucona przez swojego chłopaka, postanawia wyjechać gdzieś daleko (wybór pada, jak można się łatwo domyśleć, na Lanckoronę). Wyjazd nie tylko ma jej pomóc przemyśleć rozstanie, ale też – a może przede wszystkim – pomóc jej w realizacji silnego postanowienia o odchudzaniu (bo jak sądzi bohaterka, to właśnie z powodu swoich okrągłości została porzucona). Co spotka ją w Lanckoronie? Mając obraz wielu filmów i książek, możemy tylko się domyślać. A ja nie zdradzę, czy trafnie (moje domysły nie sprawdziły się).
Opowieść pisana pięknym językiem (wielki plus dla autorki!) w pewien sposób analizuje problem akceptacji, ale też, jak sądzę, głębi miłości. Zobaczymy, że budowanie relacji musi opierać się na zrozumieniu, poznaniu się, na rozmowie i na prawdzie. Związek Marty nie przystaje do takiego modelu i może w tym należy upatrywać takich a nie innych perypetii bohaterki.
A że właśnie mamy koniec wiosny... To może warto wybrać się do Lanckorony?:-) Powiem szczerze, że taki mam właśnie plan po przeczytaniu książki!
KONKURS! Podróż po Stanach
Dziękujemy za wszystkie zgłoszenia!
Miłe małe niespodzianki od Pauliny powędrują do następujących osób:
Anna Nowicka
Anna Lis
Aneta Budzyńska
Ewa Miller
Ewa Otremba
-----
Specjalny KONKURS, w którym do wygrania pamiątki-niespodzianki ze Stanów.
Konkurs dla wszystkich czytelników bloga "I love USA", dla wszystkich spostrzegawczych, lubiących podróże i zagadki.
Proszę o rozpoznanie poniższych zdjęć: jaki to jest obiekt albo gdzie się znajduje (w jakim mieście).
Spośród osób, które opiszą poprawnie przynajmniej 4 zdjęcia, rozlosujemy nagrody.
Na odpowiedzi czekamy pod adresem Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć. do 18 czerwca 2011. W tytule proszę wpisać KONKURS USA
Wszystkie odpowiedzi oczywiście, można znaleźć w relacji z Podróży poślubnej marzeń.
Toruń dla dwojga
Długo zastanawiałam się nad tym, co w Toruniu jest najważniejsze. Jego długowieczność? Zapach legendy? Ospałe ruiny Zamku Krzyżackiego? Tętniące życiem zaułki starego miasta - zawsze zaludnione turystami niezależnie od pory roku? Gotyckie Kościoły sięgające nieba? A może Uniwersytet Mikołaja Kopernika, gdzie tak naprawdę niektórych życie dopiero prawdziwie się zaczyna?… I tak też było ze mną. Mój Toruń zaczął się 1 października 2007 roku, gdy po raz pierwszy przekroczyłam próg Collegium Maius, ale tak naprawdę nigdy nie był on tylko mój. Miasto Aniołów, bo tak je nazywają, nauczyło mnie wolności we dwoje. Samemu byłoby trudno zaczynać życie w obcym, nieodgadnionym mieście. Gdy wspieraliśmy się ramieniem codzienne troski stały się piękne i jakby czulsze. Wiedziałam, że to nic kiedy rozleję mleko. Wszystko wydawało się prostsze i takie było. Razem, powolutku godziliśmy obowiązki domowe z uczelnianymi i z obowiązkami w pracy. Każdą chwilę, chleb, włos dzieliło się na dwoje. Nic nie było pojedyncze, nikt nie był samotną wyspą.
Stale zastanawiam się co w Toruniu jest najważniejsze? Spacery! Tak, te wzdłuż Bulwaru Filadelfijskiego, gdzie w oddali rozpościera się most im. Józefa Piłsudskiego. Jak miło było się zasiedzieć, zagapić: most, Wisła, Wisła, most. Cały bulwar był wtedy nasz, wystrojony kwiatami i spacerowiczami. Kolory, kolorowo, zakolorowani. Widok panoramy Starego Miasta zaczarowywał a czas stawał w miejscu, właśnie wtedy odnajdywałam sens słów piosenki: „ze światła poczęte moje miasto…”.
Najbliższe stało się nam Przedmieście Bydgoskie Torunia, choć przedmieściem nie było. Osiedle graniczy z centrum miasta. Niezapomniane unikatowe wille, bogato zdobione secesyjne kamienice, altany, domy z muru pruskiego, odrestaurowana ławka Schillera - tymi ścieżkami warto pobłądzić. Gośćmi dawnych pensjonatów byli sami Stanisław Przybyszewski i Stanisław Ignacy Witkiewicz. Osiedle położone jest tuż przy 25 hektarowym Parku Miejskim założonym w 1817 roku. Mieliśmy szczęście wynajmować na tej zabytkowej dzielnicy pokój. Teraz i nasza historia jest w niej zachowana, niczym drogocenny skarb w szkatułce. Spacerując ulicami najsłynniejszych literatów: Słowackiego, Mickiewicza, Konopnickiej, odnosi się wrażenie, że albo współczesna codzienność nie komponuje się z XIX wieczną architekturą, albo ta architektura nie pasuje do brutalnej codzienności naszego wieku. Na Bydgoskim czas już dawno stanął w miejscu. Wiedzieli o tym tylko Ci, którzy trzymając się za rękę potrafili stanąć i się zachwycić. Do nich należeliśmy też my.
Powoli wiem, co w Toruniu jest najważniejsze. Chwile! Zaklęte w przestrzeniach, światłach, uśmiechach. Jest całe mnóstwo miejsc, które można odwiedzić we dwoje. Toruń wręcz oprószony jest kawiarenkami, parasolkami, zaciszami. Mogłabym godzinami opisywać ulubione piernikowe smaki, najwygodniejsze krzesła, najzabawniejsze sztuki teatralne, najsamotniejsze ławki w parku.
Najważniejsza w Toruniu jest historia, która się ostała, którą widać gołym okiem, której nie zburzyły wyprawy krzyżowe. Historia, na której my zbudowaliśmy swoją. Od roku już nas tam nie ma, ale Toruń znamy na pamięć i z zamkniętymi oczami, wiemy gdzie kawa pachniała najmocniej, gdzie pies zerwał się ze smyczy, gdzie ktoś kogoś złapał za rękę i już nigdy nie puścił. I mimo że nas tam nie ma, magnolie znów zakwitną przed Collegium Maius…
Toruńskie ABECADŁO miejsc, gdzie warto zajrzeć we dwoje:
„…z pieca spadło”
Gdy Was w Toruniu szczery głód dopadnie nie możecie ominąć chaty z pierogami. Na Pierogarnię Stary Toruń natraficie przy ul. Most Pauliński 2 a jeżeli najdzie Was ochota na leniuchy z Pierogarni Stary Młyn to szukajcie bliżej Wisły ul. Łazienna 28. Dlaczego często tam zaglądamy? Rodzime smaki i rodzimy klimat, dopracowane detale komponują się w swojską całość. Do tego pulchne piecuchy (pierogi z pieca) i smakowite lepiochy (pierogi z wody) i złociste placuchy (placki ziemniaczane) – porcje iście niedźwiedzie i w sam raz na studencką kieszeń. Nie pożałujecie! I koniecznie zajrzyjcie do „Wygódki”.
Lody na niepogody
Nie byłoby Torunia bez Lenkiewicza! I nie tylko latem zachwycają fantazją smaków. Na ul. Wielkie Garbary 4 skosztujecie lodów, jakie się nie śniły nikomu. Wielkość porcji jest imponująca – prawdziwe wyzwanie dla łasuchów. Nie omieszkajcie spróbować piernikowych i donaldowych, które przeniosą Was do krainy dzieciństwa i słynnego smaku gumy do żucia Donald. Ale to zaledwie namiastka tego, co w zanadrzu ma dla Was cukiernia Lenkiewicz.
Kafefajka, bajka!
Kafefajkę warto zostawić sobie na wieczór. Przeniesie Was w tajemnicze kraje arabskie. Po całym dniu błądzenia po zatłoczonych toruńskich zaułkach jest to wymarzone miejsce na prawdziwy chiliout. Odprężająca muzyka, zapach różnorodnego tytoniu ulatniającego się z fajek wodnych a zamiast krzeseł syryjskie poduchy w tzw. ”strefach bez butów” - wszystko niczym z baśni tysiąca i jednej nocy w samym sercu Torunia (ul. Małe Garbary 1/3). Najwspanialsze miejsce do długich, nocnych szeptów do ucha.
Na koniec świata i jeszcze dalej!
Krótki lot samolotem, ekskluzywny hotel, wyśmienite jedzenie, kilka zabytków do sfotografowania, a do tego (oczywiście!) słońce, plaża i morze. Wszystko w najwyższym standardzie, dokładnie zaplanowane, zorganizowane odgórnie. Oto współczesna turystyka.
Nie ulega wątpliwości, że w przepełnionym biurami podróży świecie niewiele jest osób, które decydują się wyruszyć w nieznane, bez „zaklepanego” noclegu i umówionego transportu, do miejsc raczej nieatrakcyjnych turystycznie. Wiadomo – nie każdy może być podróżnikiem: nie pozwalają na to chociażby najróżniejsze zobowiązania i więzi, względy zdrowotne, cechy charakteru czy też szereg innych przyczyn. Dla niespełnionych marzycieli pozostaje jednak coś na pocieszenie – relacje innych. Wydają się one tym cenniejsze, im odleglejsze (zarówno przestrzennie, jak i czasowo) miejsca przedstawiają. Oto jeden z takich skarbów.
Marco Polo to przepięknie wydany opis wyprawy trzynastowiecznego podróżnika, który wyruszywszy z Wenecji dotarł aż na tereny dzisiejszych Chin i Indii. A że pokonanie całej trasy zajęło mu nie parę godzin (co zapewne zaoferowałyby współczesne linie lotnicze), a kilka lat, w jego opowieści odnaleźć można zapis wrażeń, jakie wywołały na nim mijane po drodze miejsca oraz ludy z bogactwem poszczególnych elementów ich kultur: zwyczajów, ubioru, architektury, czy gustów kulinarnych – tak odmiennych od europejskich. Jak wiele książek Wydawnictwa Debit, tak i Marco Polo to dzieło, które – dzięki barwnym ilustracjom oraz licznym dodatkom (prezentującym np. wnętrze mongolskiej jurty, działanie łapaczy wiatru, główne zasady buddyzmu, osobliwości Sumatry, czy nawet elementy gry tangram) – rozbudza w czytelniku ducha odkrywcy.
Warto tego ducha rozwijać już u najmłodszych, jeżeli chcemy, by wyrastali na prawdziwych podróżników, a nie tylko poddanych regułom komercji turystów.
KONKURS! Podróż po Stanach
WYNIKI! :-)
Serdecznie dziękujemy za zgłoszenia!
Miłe małe niespodzianki od Pauliny powędrują do następujących osób:
Anna Nowicka
Anna Lis
Aneta Budzyńska
Ewa Miller
Ewa Otremba
------
Specjalny KONKURS, w którym do wygrania pamiątki-niespodzianki ze Stanów.
Konkurs dla wszystkich czytelników bloga "I love USA", dla wszystkich spostrzegawczych, lubiących podróże i zagadki.
Proszę o rozpoznanie poniższych zdjęć: jaki to jest obiekt albo gdzie się znajduje (w jakim mieście).
Spośród osób, które opiszą poprawnie przynajmniej 4 zdjęcia, rozlosujemy nagrody.
Na odpowiedzi czekamy pod adresem Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć. do 18 czerwca 2011. W tytule proszę wpisać KONKURS USA
Wszystkie odpowiedzi oczywiście, można znaleźć w relacji z Podróży poślubnej marzeń
Podróż poślubna naszych marzeń!
Ja, czyli zawieszona nad ziemią, wierzę w ludzi i miłość jak z bajki! Trzy lata temu wraz z mężem zrealizowałam plan marzeń: samochodem, z rozwianymi włosami przez miesiąc odkrywaliśmy USA. Wschodnie i zachodnie wybrzeże... Zaczynając od uroczego Chicago, przez Niagarę, boski Nowy York i zielony Waszyngton... aż po Florydę i dom Hemingway’a na Key West. A kiedy przelecieliśmy na drugą stronę, przypomniała nam się „Bezsenność w Seattle” :-). Tuląc się do Sekwoi, zrozumieliśmy, jaki niesamowity jest świat! Wzruszyliśmy się bezkresem Kanionu, wygraliśmy 21$ w Vegas i wspominaliśmy Bonda, wjeżdżając do San Francisco przez Golden Gate. Byliśmy na grobie Marilyn Monroe, staliśmy pod domem Nicolasa Cage'a w Beverly Hills i spacerowaliśmy po złotych „gwiazdach”. A to wszystko po to, aby na koniec wylądować na Oahu i grzać się w gorącym piasku jednej z najsłynniejszych hawajskich plaż - Waikiki. Taka podróż poślubna zdarza się tylko raz w życiu! I właśnie o niej będzie ta opowieść.
Każdy z nas może zrobić, co tylko chce, kiedy chce i jak chce. Dobry plan i siła marzeń to podstawa! W tym roku jedziemy tam znowu na naszą trzecią rocznicę ślubu:-) A ja już nie mogę się doczekać!
Podróż poślubna marzeń... USA! cz. 1
Wiele można powiedzieć o Stanach. Wiele złych i dobrych rzeczy, ale w „paru dziedzinach” nie mają sobie równych i pewnie mieć nie będą. Wymienię bez zbędnego opisu: wysokobudżetowe filmy pełne efektów, plaże (te w Miami i na Hawajach nie mają sobie równych). Amerykanie wymyślili KFC, McDonalds'a i Pizzę Hut:-) Mają takie parki narodowe, jakich świat nie widział i takie parki rozrywki, w których sam chcesz się przebrać za Myszkę Miki, by bawić się z dziećmi. To tu jest najwięcej wieżowców, to tu wymyślono Levisy. To Amerykanie wylądowali po raz pierwszy na Księżycu: była to historyczna misja Apollo 11 a Neil Armstrong zstąpił na jego powierzchnię jako pierwszy człowiek.
Ufff... Zaczynamy od Chicago. To trzecie pod względem wielkości, po Nowym Jorku i Los Angeles, miasto USA.
...idąc ulicami Chicago trafiamy na znaną nam ze "Świata według Bundych" fontannę, pięknie podświetloną w nocy.
Ze słynnego Sears Tower rozciąga się widok na Jezioro Michigan, choć wygląda jak bezkres oceanu.
Rejs rzeką Michigan jest wyjątkową przygodą, widzimy fabrykę, w której kręcono „Spidermana” i „Batmana”, parkingi w kształcie dwóch kolb kukurydzy oraz siedzibę „Chicago Tribune”, jednego z 5 największych dzienników amerykańskich.
PS. Jak tu nie lubić Chicago skoro jest tu nawet ulica mojego imienia? :-)
Sześć godzin dzieli Chicago od Niagary.
Niagara to nie tylko jeden największy wodospad, ale to również te poboczne, takie jak na przykład Bridal Veil Falls („welon panny młodej”), co akurat jest na czasie, ponieważ nad Niagarą mijają nam równe 5 dni ślubu:-) a poniżej widać moją radość z tego faktu:-)
Ale jedząc lunch i siedząc w słońcu na trawie, kiedy bryza znad wodospadu orzeźwia nasze twarze ,myślimy o Nowym Yorku….
Central Park w Nowym Yorku jest taki, jak na filmach! Wielki, skrywa tajemnice Kevina, który musiał sobie sam w nim radzić. Są te same skały, te same tunele, te same alejki, co w filmie „Masz Wiadomość”. Jest też jezioro, przy którym można karmić kaczki. To przy nim Nate i Blair z „Plotkary” pocałowali się.
Tuż przy parku mieści się Muzeum Historii Naturalnej, wielkie, niesamowite, zapierające dech w piersiach.
Tak to samo, z którego Ben Stiller uciekał przez szkieletem Tyranozaura w „Nocy w muzeum”. A przy 72 ulicy jest kamienica (Dakota Building), w której kręcono „Dziecko Rosemary” Polańskiego.
W tym też miejscu zastrzelił Lennona jego największy fan.
Prawie zapomniałam o Grand Central, wielkim dworcu z olbrzymim zegarem. Akurat teraz przypomina mi się „Madagaskar”. Pamiętacie?
To w samym sercu miasta parkingowi, sprzedawcy w fast foodach czy policjanci mają tak idealnie skrojone uniformy, że nie sposób oderwać od nich oczu. Przez to wyglądają dostojnie i zapewne tak też się czują. A propos, w CSI pokazują prawdę.
To tu w porze lunchu ludzie wychodzą z firm i idą przed siebie. Jedni odpocząć do Central Parku, drudzy obierają kierunek Starbucks, których pełno na każdym rogu.
W Nowym Yorku jest multum słynnych budynków. Jest Chrysler Building, Trump Building i oczywiście Empire State Building, który mimo wielu romantycznych scen filmowych na szczycie, mnie kojarzy się z ostatnim spojrzeniem King Konga w stronę wschodzącego słońca.
Na samym koniuszku Manhattanu, patrząc z Empire State Building, nie ma już dwóch wież, jest tak zwane strefa zero, w remoncie i prawie gotowa na realizację nowych projektów.
Stąd też widać Statuę Wolności po prawej stronie i Brooklyn Bridge na wprost. Z każdej strony widok zapiera dech w piersiach.
Nowy York to także Fifth Avenue i cudowne sklepy. Wizyta w słynnego Tiffaniego na Piątej Alei na długo pozostaje w pamięci.
To także Broadway i niegasnące światła.
Ale również Wall Street ozdobiony wielką amerykańską flagą.
Nowy York to ludzie - zadowoleni, mili, uśmiechnięci. Nie muszę pytać jak się czują - wiem, że powiedzieliby "I'm ok:-) Great". Nawet jeśli to bezdomny proszący o parę dolarów, młoda, śliczna dziewczyna, która wychodzi z banku w koszuli z podwiniętymi rękawami czy facet przy kości z twisterem combo (dwa razy taki jak u nas) w ręce i tatuażem na całej szyi. Co mi najbardziej smakowało w Nowym Yorku?... Tak!!! to chyba oczywiste;-)
I spośród wielu piosenek o Nowym Yorku wybieram tę, której dzwonek mam ustawiony w telefonie: "Concrete jungle where dreams are made of, there’s nothing you can’t do… these streets will make you feel brand new, big lights will inspire you, Let’s hear it for New York". ABSOLUTNIE TAK SIĘ MOŻNA TUTAJ POCZUĆ!!!.
Cdn
Podróż poślubna marzeń... USA! cz. 2
Pełni euforii po zwiedzeniu Nowego Yorku jedziemy dalej…
Po czterech godzinach dojeżdżamy do Waszyngtonu, pełnego zielonych przestrzeni i niskich budynków. Nie ma tu pędzących tłumów i drapaczy chmur, za to są drzewa, pomniki i Biały Dom. Stojąc od frontu Białego Domu, zauważamy, że coś nie gra…
Nie taki Biały Dom znamy z filmów, ale podążając za grupką turystów, obchodzimy budynek i już teraz widzimy znane nam kolumny na przykład z „Dnia Niepodległości” czy z „2012” :-)
Jak się okazuje od daaaawna jesteśmy oszukiwani ;-) Na filmach – samochody podjeżdżające pod Biały Dom – wjeżdżają tak naprawdę na trawnik i stąd też odjeżdżają. Czemu? Chyba ładniejszy jest tył Białego Domu, a już na pewno bardziej rozpoznawalny :-)
Zwiedzamy słynny Lincoln Memorial.
Tak ten, z którego widok rozpościera się na obelisk -Washington Memorial - odbijający się w wodzie. Ten sam, spod którego Forrest Gump przemawiał do tłumów.
Spacer pięknymi parkami trwa dość długo, ale w końcu dochodzimy do słynnego budynku Kongresu. Tak to tu, w środku umieszczona jest Deklaracja Niepodległości i to z niej spisywano kolejne litery, aby rozwiązać zagadkę w filmie „Skarb Narodów”.
Waszyngton nas zauroczył, odpoczęliśmy i nabraliśmy sił na dalszą drogę… aż do Miami. Woda, plaże, hotele, idealnie skoszona trawa w kolorze tak soczystym, że zapada na długo w pamięć! To właśnie Miami!!
Plaże Miami są zdradliwe, wydaje się, że słońce w ogóle nie opala, wręcz chłodny wiatr muska ciało, a efekty widać i czuć dopiero... w nocy! Uwaga, filtr obowiązkowy +30!
Na samym dole Florydy, na Key West, skąd jest tylko 90 mil do Kuby, pośród gąszczu palm stoi dom Hemingwaya. To tu w ogrodzie, Hemingway chłodził się w basenie o nazwie "Paulina" ;-)
Pośród palm i wiszących kiści bananów, zawieszony jak w bajce, naszym oczom ukazuje się mały domek, do którego wiodą metalowe schody. Przez kratę w środku widać stół, na którym stoi maszyna do pisania. To tu Hemingway pisał „Komu bije dzwon”.
Samo to uczucie, które nam towarzyszyło jest trudne do opisania… Jest ciepło, tylko cień daje odrobinę chłodu, odpoczywamy w ogrodzie Ernesta Hemingwaya, czas leci wolniej a my patrzymy na siebie uśmiechnięci… Prawie na końcu świata! Aż się rozmarzyłam…
To niesamowite być w czyimś domu, zwłaszcza, że film „Stary człowiek i morze” każdy z nas zna. W domu pełno obrazów na ten temat, są zdjęcia, wielkie łóżko z piękną napą a kręcące lub wylegujące się w słońcu koty dodają miejscu tajemniczości. Kotów jest tu z 50!!
Ale to nie jedyny dom sławnych, który zwiedziliśmy. W Graceland, koło Mephis wita nas wielka brama „w nutki” i mur, na którym można zobaczyć wyznania miłości: „We love you Elvis”. Można też odnaleźć głębsze słowa, podziękowania czy tylko narysowane na kamiennym murze serca. Nie zdążyliśmy wejść z ostatnią grupą, bo rezydencję można zwiedzać tylko do godziny 19stej. Pozostał nam zatem spacer Elvis Prestley Boulvard gdzie pełno stylizowanych a jednak jakby wyjętych wprost z lat 70tych kawiarni, restauracji, klubów. Na wystawach umieszczone są zdjęcia młodego Elvisa, jego samochody i gitary. Wracając do samochodu, narysowałam na murze zielonym markerem serce, a w środku P+A i ciągle myślę, czy jak kiedyś tam wrócimy, to czy NASZ napis dalej tam będzie?...
Floryda jest ogólnie wyjątkowym miejscem, bo poza rozrywkami rodem z horroru - jest tu park z aligatorami…. (Pamiętacie tę część Bonda, w którym James, aby wydostać się z tarapatów, przeskakuje po paszczach aligatorów, które o mały włos nie odgryzają mu nóg?) No właśnie jakoś sobie tego nie wyobrażam, dlatego wybraliśmy Disneyland w Orlando:-) Siedem parków! Coś cudownego! Disneyland pod Paryżem niech się schowa! ;-)
Najbardziej zadziwiające jest z jakim rozmachem i dbałością o szczegóły zrobiony jest każdy element, drzewo, sklepik, budynek, kolejka, wszystko! W Disneylandzie już w kasie - bilety sprzedaje nam miły, siwy staruszek, jakby miał być przedsmakiem tego, co czeka nas w środku. Zaczarował nas już na wstępie i nawet wybaczyłam mu, że z Polski zna tylko Warszawę! Ale pięć razy powtórzyłam mu jak cudowny jest Kraków i miejmy nadzieję, że następnych turystów oczaruje jego znajomość dwóch polskich miast:-)
Wchodzimy… I nie wierzymy własnym oczom, nie wiemy, w którą iść stronę!
Zwiedzamy takie atrakcje 3D, jakich w życiu nie widziałam, pomijając ruszające się krzesła, kapiącą z sufitu wodę, wystylizowanych aktorów, hologramy – „Terminator” robi na nas takie wrażenie, że chcemy jeszcze raz, ale przed wejściem miga informacja: 40 minut stania!... Pasujemy i idziemy dalej.
Warto wspomnieć, że w Disneylandzie stanie w kolejce 40 czy 60 minut nie jest żadną udręką. Przejścia, wnętrza, tunele są przygotowane tak starannie i wciągająco, by były wstępem do tego, co cię czeka na końcu. Oglądasz wystawy, zdjęcia, czytasz ciekawostki i nie wiesz, jak leci czas!
Kiedy czekaliśmy w kolejce na Roller coaster „Mount Everest”, mogliśmy przeczytać oryginalne artykuły na temat wielkiej stopy, pooglądać amatorskie zdjęcia, wszystko jest tak precyzyjnie wykończone… Cały czas nie mogę wyjść z podziwu!
Zwiedzamy „Animal Kingdom” i „Universal”, jeździmy jeepem, oglądamy prawdziwe zwierzęta… I te martwe :-)
Spotykamy znane postacie…
W kolejce do kolejnej atrakcji „Tower of terror” powitali nas specyficznie, ale odpowiednio do czasów ubrani, boye hotelowi. Przechodziliśmy się przez pełne pajęczyn pomieszczenia i czuliśmy się naprawdę, jak w hotelu z innych czasów.
Zachwycająca stylizacja i „gra” pracujących tam osób aż onieśmiela! Zmieniają głosy, mówią, że to twoja ostania podróż i z drwiącym uśmiechem zamykają windę!!! I tak w kółko, 100 razy dziennie, każdego dnia!!! Teraz zaczynam rozumieć, dlaczego castingi do pracy w Disneylandzie składają się z kilku poważnych etapów. Bo osoby tu pracujące mają nie tylko cieszyć się swoją pracą, ale też muszą umieć i chcieć nieść radość innym!
Wielka winda z kilkunastoma siedzeniami wywozi nas na samą górą, wysuwa się w przód… Poza krawędź... Mamy widok na cały oświetlony park a potem zgodnie z siłą przyciągania spadamy... Ufff. Po drodze winda „wysuwa” się z zawiasów ponownie i wjeżdża w ciemny tunel... Zatrzymujemy się i naszym oczom ukazują się trzy postacie, migoczące i szare, mama, tata i dziecko, wyglądają jak prawdziwe duchy!! Na szczęście to tylko hologram!!! NA SZCZĘŚCIE!!
Na wschodnim wybrzeżu spędziliśmy równe 2 tygodnie niesamowite i zaskakujące!
Pora na odkrycie zachodniego wybrzeża… Wylatujemy z Atlanty a lądujemy w uroczym Seattle…
Podróż poślubna marzeń... USA! cz. 3
...Zachodnie Wybrzeże uwodzi pięknymi miejscami, cudowną przyrodą i możliwościami, które w mgnieniu oka przenoszą nas do innego świata... Lądujemy w Seattle.
Na wieży Nuddle Space ktoś w kolejce proponuje, że odda nam wejściówki na wszystkie atrakcje do pobliskiego parku rozrywki! Tak po prostu? :-) Niestety odmawiamy, ponieważ przed nami cały dzień jazdy na południe, a nie możemy stracić ani jednego chwili!
W San Francisco nad ranem wita nas Golden Gate ukryty w chmurach i mgle.
Od razu przypomina nam się Bond :-) Golden Gate ujmuje swoim ogromem i oczywiście pozytywnym kolorem. W San Francisco uliczki są rzeczywiście nachylone pod takim kątem, że rozpędzony samochód może przez kilka sekund lecieć w powietrzu, by potem uderzyć z hukiem w asfalt aż polecą iskry!
Turystów ale też i zwykłych mieszkańców przewozi specjalny tramwaj.
Stojąc pod apartamentem Coppoli, przypominamy sobie „Ojca Chrzestnego” :-) Rewelacyjny!
Zwiedzamy słynny port, zajadamy się grillowanymi krewetkami… i patrzymy na Alkatraz. Aby odwiedzić celę lub nawet spędzić w niej noc, rezerwacje trzeba zrobić dużo, dużo wcześniej. Jednym z pierwszych więźniów, którzy przybyli do Alcatraz, był Al Capone, „król” nielegalnego alkoholu i morderca. Dostał numer 85.
Zjeżdżamy niżej, w samochodzie towarzyszy nam muzyka, jazdę umilają postoje w barach przy drodze i w Pizzy Hut rzecz jasna :-) w której każdemu, niezależnie od wieku kelnerzy rozdają kolorowanki… aby umilić czas oczekiwania na najlepszą na świecie pizzę „pepperoni lovers”.
Dojeżdżamy do Sekwoia National Park w Górach Sierra Nevada. W okienku płacimy parę dolarów za wjazd i dostajemy mapkę od pana ubranego w zielony uniform i kapelusz z dużym rondem - dokładnie taki jak na Misiu Yogi!:-) Okropnie gryzą komary i śmiejemy się, że w parku gigantycznych drzew są i gigantyczne owady. Tutaj stoi otoczony płotem słynny Sherman Tree!
Nie dałam rady zrobić zdjęcia, żeby uchwycić całość - od ziemi po sam czubek!:-( Zauważam inne olbrzymy i mimo zakazu biegnę się do nich przytulić!! Uczucie nie do opisania!!
Na tablicy informacyjnej napisane jest, że tak jak człowiek czuje się, stojąc przy Sekwoi, tak czuje się mrówka, kiedy stoi przy człowieku! Bardzo trafne! Drzewo ma ponad 84 metry i średnicę ponad 8 metrów a jego wiek szacowany jest na około 2700 lat!!
Kiedy zjeżdżamy jeszcze niżej, docieramy do Los Angeles. Wzgórza HOLLYWOOD nie są aż tak zielone jak na filmach :-( Spacerujemy Aleją Gwiazd, spotykamy kobietę-kota, Lorda Vadera i innych bohaterów :-)
Pod Kodak Theatre kupujemy małe Oscary…:-) Dziwimy się, że to miejsce wygląda tak „skromnie” a to przecież tu odbywają się wielkie gale.
Na każdym rogu siedzą bezdomni i sprzedają tak zwane „STAR MAP”. Kupujemy i podążając za strzałkami, trafiamy pod dom Nicolasa Cage'a. Nicholasa wprawdzie nie spotykamy, ale wita nas 3-metrowy żywopłot, przez który nic nie widać!:-)
Czy kojarzycie wielki statek Queen Mary, który został wodowany we wrześniu 1934, a ochrzczony osobiście przez swą patronkę - Królową Victorię Mary, żonę króla Jerzego V i matkę dwóch kolejnych królów - Edwarda VIII i Jerzego VI?
Stoi teraz przycumowany na Long Beach, przerobiony na hotel budzi respekt i podziw!
Wieczorem postanawiamy odnaleźć grób Marilyn Monroe. Trafiamy na mały cmentarz, ale widok świeżych kwiatów od razu przyciąga naszą uwagę. Szybko odnajdujemy tabliczkę z napisem... 1926-1962.
Las Vegas w dzień nie robi wrażenia. Otoczony pustynią budzi respekt, ale ożywa i szokuje dopiero nocą. Kluby, hotele w różnych stylach, jest tu Cezar Palace z wielką piramidą, miejsca stylizowane na Paryż czy Wenecję.
Jest tu znany z filmów cowboy, który macha ręką, sztuczne niebo, gdzie pokazywane są koncerty czy gra świateł, od których nie chcesz oderwać wzroku!
Potem tylko kark bardzo boli :-)
Przy Hotelu Bellagio co jakiś czas, w rytm muzyki odbywa się pokaz „tańczącej wody”. Genialne!
Wjeżdżamy na wieże Stratosphere i zamieramy…
Po bezkres rozpościerają się światła. Darujemy sobie karuzele, które są zawieszone na progu wieży - zbyt ryzykowne jak dla nas.
Ryzykujemy natomiast w inny sposób ;-) i idziemy zagrać w kasynie… Przygrywam 20$ :-( wychodzę, bo strasznie kusi, by grac dalej.
W Vegas dosłownie co 50 metrów stoją małe kapliczki. Zastanawiamy się, czy do jednej z nich nie wejść, by zawrzeć ślub... po raz drugi :-)
Tym razem może nam go udzielić sam Elvis :-)
Spędzamy tu 2 dni a trzeciego ruszamy zobaczyć Hoover Dam, znaną nam tamę z „Transformersów”.
Wychodzimy z samochodu, aby zrobić zdjęcia, ale upał (z 50 stopni!) nie pozwala nam spędzić więcej niż 10 minut na zewnątrz naszej klimatyzowanej bryki!
Jedziemy w głąb lądu i nagle widzimy parking i rząd niskich drzew. Wysiadamy i stajemy na skraju Kanionu!! Piękny, bezkresny, rozlany w mleczno-czerwonym kolorze od żaru jaki tam panuje.
Spacerujemy tuż przy krawędzi... nad Wielkim Kanionem. Pamiętam, jak się wtedy wzruszyłam nad cudem i siłą natury, która tu zadziałała!!
I co na koniec?
Po czterech tygodniach zwiedzania należy się podsumowanie :-) Dwa tygodnie spędzone na wschodzie i dwa na zachodzie, pożyczony Ford Taurus i Mazda 6 na jednym a Toyota Camry na drugim wybrzeżu, KFC zjedzone ponad 5 razy, pizza hut ponad 10, w pozostałe dni steki i dania włoskie :-) Pochłonęliśmy ponad 120 Donkin Donutsów, z moteli zabraliśmy parę kilo kostek lodu do chłodzenia napojów w samochodzie :-) najczęściej spaliśmy w motelach: HO JO, Comfort Inn, Best Western i SIX. Zjechaliśmy w sumie ponad 13 000 km, spotkaliśmy niesamowitych ludzi, otwartych i szczęśliwych!... Ufff!
Pora na odpoczynek... 5 dni... plażowania...
W Honolulu lądujemy nocą, więc kwiatów, koloru wody i nieba nie widzimy. Dopiero rano wyspa Oahu i plaża Waikiki skąd rozciąga się widok na wygasły wulkan, białe wysokie hotele i bezkres tak niesamowicie błękitnego oceanu ukazują się naszym oczom.
Czujemy się jak na końcu świata i… jeszcze dalej! Zielone palmy, liany i gąszcz zieleni.
Śniadania jemy w "LULU BAR" tuż przy plaży.
Świeże owoce, orzechy i chrupiąca bagietka z masłem…
Śniadania trwają dłuugggoooo... siedzimy i widzimy coś takiego:-) ...istny raj na ziemi…
…pozostaje nam tylko wspominać minione cztery tygodnie i patrzeć w niebo :-)