Samotność we dwoje
Czasami nam się wydaje, że przeżywamy taką samotność we dwoje. Czy to jest możliwe? Przecież jabłko raz przekrojone na pół już nigdy nie będzie samotne. A jednak gdy Jego/Jej porządek rzeczy różni się od naszego, to robi nam się tak jakoś chłodniej na duszy. A już w ogóle, gdy On/Ona nie rozumie naszych obecnych dylematów serca albo w naszym ogromnym problemie nie widzi problemu, to nam się świat kończy. Chciałoby się, aby z tą miłością było grzecznie i ładnie jak na spacerze z pieskiem. Lecz często jest zupełnie odwrotnie i ścina nas jak pierwszy mróz.
Myślimy wtedy, że drogi nam się rozchodzą. Bo on dojrzał do czegoś później lub wcześniej niż ja. Bo on woli pistacjowe a ja czekoladowe. Bo on śmieje się zawsze wtedy, kiedy mi nie jest do śmiechu. To tak jakby on dopiero podnosił głowę z poduszki, a ona już zdążyła zaparzyć poranny kubek kawy. Gdy jedno jest gotowe zakładać rodzinę, a drugie jeszcze nie. Gdy jedno kocha, a drugie śpi. Gdy jedno jest już tylko o krok, a drugie trochę z tyłu…
Samotność w związku się przydarza. Ale nie polega ona na tym, że śniadanie we dwoje je się do lustra. Albo, że stajemy się cząstkami z osobna na jakiś czas. Albo w ogóle postanawiamy się rozstać na dobre. Bo w swojej decyzji trzeba ze wszystkich sił trwać. Jestem bo jesteś. Dzielę z Tobą cały mój wszechświat, każdy kąt, każdy gniew i każdy chmurny dzień. W zasadzie to nie wiadomo, ile samotności jest w tej samotności we dwoje.
Prawdziwie samotni jesteśmy tylko wtedy, gdy kłamiemy, a nie wtedy, gdy ból jest ponad nasze siły. Nie wykluczam takich dni, gdy czujemy się sami na świecie. Czujemy wtedy jakby świat odwrócił się, obarczył nas naszym własnym ciężarem – gdy czujemy własne ołowiane kroki, ołowiane serce, głowę pełną obrzmiałych samostrutych myśli. Gdy skrzydła struchlałe wzdłuż pleców sięgają kolan zamiast ponad czubka głowy. Stajemy się samotni, gdy nie słuchamy siebie, gdy samych siebie oszukujemy, gdy zamiast łyżki soli dodajemy łyżkę miodu. Zjadamy swoje słowa w nieodpowiednich proporcjach prawdy i fałszu. Samotności się nie wybiera jak bezpiecznej opcji, jak sukienki na lato. Z natury jesteśmy stadni, ludni, liściaści. Powinniśmy podejmować próby wydostania się z wyspy ilekroć stanie się bezludną. Tak jak codziennie próbujemy się wydostać spod ciepłej kołdry albo spod ludzkich, dzikich spojrzeń. Z samotnością nie powinno być jak z wymówkami: „nie, bo nie”, „najlepiej nic nie mów”, „po prostu zostaw mnie”. Nie powinna zagrzewać dłużej miejsca niż tylko na chwilę, na czas herbaty, paru krótkich oddechów.
Czasami nam się wydaje, że są dni gdy kochamy mniej lub bardziej. Ale to przecież niemożliwe. Po prostu są dni, gdy mniej lub bardziej rozumiemy siebie. To są dni na samotność we dwoje, na dobrą książkę pod kocem, na niemy film, na modlitwę…
I w tym cały jest ambaras
„I w tym cały jest ambaras….
…żeby dwoje chciało naraz”, jak głosi stare porzekadło. Nad wyraz częstym i – co tu dużo kryć – bolesnym problemem, z jakim borykają się single, jest nie tyle zupełny zastój emocjonalny, ile jedynie jednostronne zaangażowanie. Wbrew pozorom, sytuacja przedstawia się nieciekawie zarówno wtedy, gdy kochamy kogoś bez wzajemności, jak i wówczas, gdy sami jesteśmy obiektem czyichś gorących westchnień.
Zacznijmy od sytuacji, gdy to my cierpimy miłosne katusze. Obiekt naszych uczuć nie zna nas/nie zauważa/traktuje po koleżeńsku/ (niepotrzebne skreślić). Co do pierwszej opcji – w marzeniach już widzimy pełne szczęścia i miłości sceny z waszego związku i pocieszamy się, że wcielenie ich w czyn to tylko kwestia przełamania nieśmiałości, bo gdyby tylko… Albo też przyjmujemy postawę aktywną, czyli próbujemy jakoś zaaranżować sytuację sprzyjającą poznaniu – wchodzimy w jego/jej środowisko, wtajemniczamy wspólnych znajomych itd. W zależności od naszego usposobienia oraz wraz z rozwojem wypadków jesteśmy coraz bardziej pełni nadziei lub też zniechęcenia. Sytuacje jednak, gdy on/ona nas zna, ale nie wykazuje inicjatywy lub uważa jedynie za koleżankę/kolegę, są o tyle trudne, że znacznie ograniczają pole manewru. Trudno postawić wszystko na jedną kartę i okazać wyraźniejsze zainteresowanie (mężczyźni boją się porażki, kobietom natomiast „nie wypada”), ryzykując pogorszenie atmosfery w szkole czy pracy lub nawet zupełne zerwanie relacji. Z kolei częste przebywanie w towarzystwie obiektu nieodwzajemnionej miłości i udawanie, że wszystko jest w najlepszym porządku frustruje i sprawia ból – szczególnie, gdy on/ona już kogoś ma.
A co w sytuacji, gdy to nas ktoś obdarzy uczuciem, którego my nie odwzajemniamy? Przyznajmy – jakby na to nie spojrzeć, jest to miłe. Z drugiej jednak strony – niezwykle krępujące, zwłaszcza, gdy jest to osoba przez nas lubiana. Nie chcemy dawać komuś złudnych nadziei, ale też z różnych powodów potrafimy lub nie chcemy „na siłę” się angażować w związek lub też wolelibyśmy pozostać na stopie koleżeńskiej. Stopień dyskomfortu zależy w tej sytuacji od tego, na ile ta druga strona afiszuje się ze swoim uczuciem. Bo bywa różnie. Niektórzy dają tylko subtelne sygnały, inni w natrętny (czyli nawet po kilkakrotnej, stanowczej odmowie) sposób zapraszają na randkę, nagabują, wydzwaniają… (jaskrawym przykładem jest tutaj postawa Dariusza z kultowego już chyba odcinka 24 serialu Trudne sprawy). Co gorsza – nachalny/a absztyfikant/ka może odstraszyć Tego Jedynego/Tą Jedyną!
Co zatem robić? Każda tego typu sytuacja ma rys indywidualny, dlatego trudno tutaj dać jakąś konkretną receptę. Niemniej, po pierwsze trzeba pamiętać, że jest to materia niezwykle delikatna i należy się w niej poruszać z wyczuciem – tak, aby w miarę możliwości nikogo nie zranić. Po drugie – zachowywać się naturalnie. Ani nie szukać kontaktu, ani też specjalnie go nie unikać. Po trzecie – mówiąc kolokwialnie – nie „nakręcać się”. Nie myśleć nieustannie, nie zadręczać się, nie szukać desperacko sposobów wyjścia z sytuacji. Zająć się czymś innym. Kolejna sprawa – nic na siłę. Bóg dał człowiekowi wolną wolę, w związku z czym nie można nikogo zmusić do miłości. Nie ma więc sensu dawać wchodzić w związek pod wpływem wzruszenia, współczucia czy czystej sympatii. Z kolei jeśli widzimy, że nadzieje wobec kochanej przez nas osoby są daremne, może lepiej odpuścić? No i najważniejsze – zarówno w pierwszej, jak i drugiej sytuacji największym sprzymierzeńcem człowieka jest czas, a cnotą – cierpliwość. Wiem – brzmi to bardzo mentorsko i nie jest łatwe do zrealizowania, ale życie naprawdę pokazuje, że wiele spraw rozwiązuje się w sposób zupełnie naturalny. Bo np. wychodzi na jaw, że nasz wybranek/nasza wybranka wcale się na naszego życiowego partnera nie nadaje (i nie musi tu nawet chodzić o czyjąś winę, po prostu – niezgodność charakterów, odmienny tryb życia, inne wyznawane wartości). Albo poznajemy kogoś innego i zakochujemy się ponowie, tym razem z wzajemnością. Lub też – co też się zdarza i czego z całego serca każdemu życzę – po pewnym czasie obiekt naszych westchnień podzieli nasze uczucie lub też czynił/a to od dawna, ale się z tym krył/a. A niechcianym/ą wielbiciel/ka? Jeżeli nie będziemy w żaden sposób wzniecać jego/jej zapędów, w końcu odpuści (chyba, że ma zadatki masochistyczne). Albo po przemyśleniu damy mu/jej jednak szansę…?
Wszystkim tym, którzy kochają lub są kochani bez wzajemności, życzę dużo sił do pokonywania wszelkich trudności, spokoju i dystansu oraz wiary i optymizmu – bo ta sytuacja, choć nie wiadomo jak bardzo wydawałaby się beznadziejna, kiedyś się rozwiąże. A jak? Z Bożą pomocą – właśnie tak, jak będzie dla nas najlepiej.
Przestań całować żaby
BIBLIOTECZKA SINGLA, część I
Wiem, wiem, że dziś raczej żadna singielka nie całuje żaby, aby znaleźć tego swojego jednego, jedynego, wybranka serca. Skąd zatem taki zaskakujący tytuł, skoro nie ma on zbytniego odniesienia do rzeczywistości?
Na rynku wydawniczym znajduje się wiele pozycji będących poradnikami dla osób stanu wolnego. Co jedna to lepsza, niektóre jednak zasługują tylko na ignorancję, a może nawet na miejscówkę w koszu na śmieci. Postanowiłam wyłowić z tego całego księgozbioru jakieś pożyteczne i wartościowe perełki. Czy mi się to udało, sami ocenicie.
Na pierwszy ogień proponuję książkę autorstwa Madeleine Lowe pod niezwykłym tytułem Przestań całować żaby. Czas rozejrzeć się za Księciem z Bajki. Bestsellerowy poradnik nie tylko dla singielek (wyd. Esprit, Kraków 2010). Wbrew pozorom, choć nie żyjemy w bajkowych czasach, po przeczytaniu tej książki nie sposób nie zgodzić się z koncepcją autorki. Sugeruje ona, że wśród wspaniałych mężczyzn, skaczą także żabska, których lepiej unikać niż całować. Wiele zawiedzionych singielek często myśli sobie, że faceci są beznadziejni, a tak naprawdę takich jest niewielu. Ten poradnik udowadnia, że przy zmianie pewnych zachowań, można wreszcie trafić na właściwą osobę.
W pierwszym rozdziale dowiemy się więc, jak rozpoznać takiego typka. Zostali oni bardzo konkretnie scharakteryzowani i nazwani. A zatem to: Pan Kłamca, Pan Tyran, Pan Babiarz, Pan Kłapouchy, Pan Pasożyt, Pan Maminsynek, Pan Wycieraczka, Pan Uzależniony, Pan Zawsze w Związku. Może nawet zdarzyło się Wam Drogie Singielki, że Wasza napotkana żabusia łączyła kilka tych wymienionych postaw. Co było, minęło, warto jednak sięgnąć do tej książki, aby dowiedzieć się, co zrobić, by nie przyciągać więcej płazów. Nie mam nic przeciwko tym zwierzaczkom, bowiem latem w moim ogrodzie zamieszkała nawet Ropucha zielona, która nawet pozwoliła się sfotografować. Niemniej jednak, nie wiem jak Wy, ale ja mam już dość spotykania tych niewłaściwych. Cieszę się więc, że trafiłam na tę książkę, bo potwierdziła ona moje własne przemyślenia wynikające z nabytych doświadczeń.
Niezwykle ważne jest to, jak same podchodzimy do tematu miłości. Nie ulega wątpliwości, że różne wzorce nabyte czy to z domu rodzinnego czy też z przeczytanej książki bądź obejrzanego filmu, wciąż nam towarzyszą. Warto dowiedzieć się, które z nich pomagają nam przegapić tych wartościowych mężczyzn.
Wiadomo nie od dziś, że w sprawach sercowych łatwo popełnić nieodwracalny błąd. Co więcej tego typu zachowania mogą być wciąż ponawiane przy okazji zawierania kolejnych znajomości. Niektóre dziewczyny wręcz nie zauważają tego, jak swoim postępowaniem potrafią skutecznie zrazić do siebie przedstawicieli płci przeciwnej. Dlatego też myślę, że zaznajomienie się z trzecim rozdziałem może przynieść czytelniczkom wiele korzyści.
Nie będę tu streszczać całej książki, nie mam na celu produkowania tasiemcowej recenzji, która prędzej mogłaby Was zniechęcić do lektury. Niemniej jednak uważam, że to naprawdę ciekawa, wartościowa, a co najważniejsze pomocna książka, która wreszcie nie każe nikomu grać czy manipulować. Piszę wreszcie, bo i na takie poradniki trafiłam. Dlatego jeśli drogie singielki wciąż trafiacie na żabuchy albo po prostu jakoś tak trudno wyłapać Wam w tłumie Waszego Księciunia, powinniście koniecznie przeczytać ten poradnik. Jestem pewna, że nie będziecie tego żałować. A na zakończenie dodam, że w książce tej znajdziecie także wskazówki, jak później funkcjonować z wspomnianym księciem, który przecież naprawdę jest tylko człowiekiem. Dowiecie się też, jak skutecznie nie zniechęcić wybranka do zaangażowania się oraz jak mu pomóc w pogłębieniu relacji. Dodam jeszcze, że książkę tę tak wcale nie przy okazji, powinny przeczytać także kobiety będące już w związkach, aby uświadomiły sobie, czy przypadkiem nie tkwią w relacji z jakimś żabskiem.
Jeśliby jednak któraś z Was mimo wszystko miała ochotę całować żaby, proszę bardzo, droga wolna, ale konsekwencje tego poczynania mogą nie być bajkowe. Póki co, żegnam się z Wami, a już wkrótce wezmę pod lupę kolejny poradniczek sercowniczek! Tym razem, aby Panowie nie czuli się pokrzywdzeni, lektura będzie także do nich adresowana.
Ku miłości z Maryją i Józefem
Klasztor poznańskich O.O Dominikanów oraz działająca przy nim wspólnota Jerozolima w sobotę 22 października zapraszają na Noc Maryi i Józefa. W programie Konferencja, Akatyst, Różaniec, Eucharystia.
Przyjdź koniecznie, jeśli m.in szukasz swojego powołania, jesteś na etapie rozeznania, pragniesz spotkać dobrego męża czy dobrą żonę. Powierz się św. Józefowi i Maryi, na pewno Cię nie zawiodą!
W skrócie:
gdzie: kościół OO. Dominikanów w Poznaniu
kiedy: sobota, 22 października 2011 roku
godz.: 20.00-24.00
Więcej na:
List czwarty
Czarodziejska Góra, 12 I 2012
Droga moja Przyjaciółko!
Uczenie się własnej niemocy nadal jest dla mnie szalenie męczące. Nie dość, że męczę się chorobą, to jeszcze samą sobą. Zastanawiam się, skąd bierze się taki mocny opór wobec przyjęcia własnej słabości. Myślałam, że po prostu z tego, że człowiek chciałby się widzieć jako silny i wszechmocny, że pycha tutaj daje o sobie znać, a pokora jest trudna do udźwignięcia. Teraz już nie jestem tego taka pewna. Może gdzie indziej jest pies pogrzebany.
Tak sobie myślę, że człowiek wciąż jest zanurzony w głębokim poczuciu winy przez to, kim jest, jaki jest. Bo ciągle mu się wmawia, że powinien się doskonalić, że jeszcze nie zasługuje na miłość, podziw, bo wciąż jest zbyt „przeciętny”, nie dorasta do ideałów, nie potrafi sobie poradzić z tym i z tamtym. Ja nadal żyję w takim poczuciu— powinnam siebie przekształcać, powinnam stawać się lepsza, mądrzejsza, silniejsza, etc. etc. I o ile w samych tych dążeniach nie ma niczego złego, tj. bez nich człowiek osiadłby na laurach i leżał tylko do góry brzuchem, to jeśli zaczynają nam one przesłaniać rzeczy ważniejsze lub bardziej podstawowe, to mamy problem.
Ja mam problem. On wydaje się być banalny, choć myślę, że skoro wielu na niego choruje, to chyba aż taki banalny nie jest. Problem z czym? Z akceptacją samego siebie. Z tym, co Nietzsche nazywał „wybaczeniem sobie samego siebie”. Z powiedzeniem sobie wielkiego „tak”. Z pogodzeniem się z tym, jaki się ma charakter i że jest się takim a nie innym człowiekiem. Stąd rodzi się frustracja, zniechęcenie sobą i wieczne niezadowolenie z siebie i ze świata, z innych ludzi. I niemożność pogodzenia się z własnymi słabościami. Może, paradoksalnie, pokora oznacza przyjęcie siebie w całości. Odpuszczenie sobie, ale nie w sensie „jestem doskonały i palcem już nie kiwnę”, ale w sensie „kocham siebie i będę traktował siebie jak swojego przyjaciela”.
Spróbuj stanąć przed lustrem i powiedzieć „kocham Cię”. Ja na samą myśl mam odruch ucieczki. Dlatego zaczynam małymi kroczkami oswajać się ze sobą. Mam przeczucie, że takie przyjęcie siebie nie prowadzi do zaprzestania pracy nad sobą, ale że jest jej warunkiem. Ja mam siebie zaakceptować i powtarzać sobie Psalm „Dziękuję Ci Panie, żeś mnie tak cudownie stworzył”, i dać się poprowadzić. Dać sobie możliwość bycia prowadzonym przez kogoś (Kogoś?) innego.
Wiesz, teraz jeszcze bardziej zaczynam być przekonana do stwierdzenia, że Twoja frustracja z powodu opóźniających się oświadczyn wynika z braku pogodzenia się ze sobą. (Choć z drugiej strony może to być nieuzasadniona projekcja moich problemów na Ciebie.) Wyznaczasz sobie swoje cele i chcesz je wypełniać, co jest przecież działaniem racjonalnym. Ale przy okazji projektujesz sobie siebie inną od tej, którą jesteś, jakąś „lepszą wersję” siebie, taką, która ma już męża, zakłada rodzinę. Tak sobie myślę, że dopóki się sama ze sobą nie pojednasz, to nie stworzysz prawdziwej bliskości. Może i Michał wciąż zastanawia się nad tym, kim jest, jaki jest i dopóki się tego nie dowie, nie chce wchodzić w małżeństwo. Kiedyś usłyszałam, ze dopóki nie staniemy się bytami odrębnymi, samodzielnymi, umiejącymi przebywać sami ze sobą, nie będziemy potrafili wejść w prawdziwą relację ani jej stworzyć.
A my tak lubimy pogrążać się w poczuciu winy, pozwalać innym je sobie narzucać. Ja bardzo chciałabym się go pozbyć, wciąż mi nie wychodzi. Popatrz, nadal chcę się wy-doskonalać, zamiast powiedzieć sobie „basta”. Ja wiem, że Tobie i Michałowi wszystko się ułoży, ale na to potrzeba czasu. Tak jak i mnie potrzeba czasu, aby się ze sobą poukładać.
Proszę, nie traktuj moich słów jak pouczeń. Ja w gruncie rzeczy sama siebie pouczam, pisząc do Ciebie. Zastanawiam się, jak dobrze odnaleźć siebie w życiu, w świecie. Na razie wydaje mi się, że chodzi o zastosowanie taryfy ulgowej wobec siebie i świata. Zobaczymy, co stanie się, kiedy wprowadzę to w życie. Przepraszam, ze tym razem tak wiele było o mnie. Wynikło to z potrzeby chwili. Obiecuję następnym razem więcej czasu poświęcić Tobie.
Tymczasem bywaj zdrowa,
Twoja zagubiona Zofia