>>„Podobać się” znaczy przedstawiać się jako pewne dobro, więcej: jako to dobro, którym się jest (należy to dodać w imię prawdy jakże ważnej w strukturze upodobania). Przedmiot upodobania, który występuje w polu widzenia podmiotu jako dobro, przedstawia mu się równocześnie jako piękno. Jest to bardzo ważne dla upodobania, na którym opiera się miłość pomiędzy kobietą a mężczyzną. Wiadomo, że istnieje osobne, szerokie zagadnienie: problem piękności kobiecej i piękności męskiej. Przeżycie piękności idzie w parze z przeżyciem wartości tak, jakby w każdej w nich zawierała się jeszcze „dodatkowa” wartość estetyczna. „Urok”, „wdzięk”, „czar” – te i tym podobne słowa służą do określenia tego ważnego momentu miłości osób. Człowiek jest piękny i może się jako piękny „objawić” drugiemu człowiekowi. Kobieta jest na swój sposób piękna i może przez to swoje piękno stanąć w polu widzenia mężczyzny. Mężczyzna jest znów na swój sposób piękny, a przez to swoje piękno może stanąć w polu widzenia kobiety. Piękno znajduje dla siebie miejsce właśnie w upodobaniu.<<
(Karol Wojtyła, Miłość i odpowiedzialność)
Miłość jako upodobanie – tak zatytułował Karol Wojtyła jeden z rozdziałów „Miłości i odpowiedzialności” i podkreślił, że jest to pierwszy element w analizie miłości. Nie jest to ponadto jedynie jej jakaś poboczna część, ale całościowy, nieodłączny aspekt. „Podobasz mi się” – czyżby to było coś fundamentalnego dla związku dwóchosób, a nie jedynie igraszka-podryw, odważne pójście z duchem czasów?
Oczywiście istniejemy w świecie skrajności. Z jednej strony miłość jest tylko erotyczna, zmysłowa i innej nie ma – patrz media, patrz prasa, patrz ludzie. Z drugiej strony miłość jest tak oczyszczona z cielesności, że chciano by ją sprowadzić tylko do intelektualnego związku dwojga ludzi. A jest droga pośrodku? Jest zdrowe spojrzenie? Oczywiście. (Za Wojtyłą): „Upodobanie jest bowiem najściślej związane z poznaniem, i to z poznaniem umysłowym, jakkolwiek przedmiot poznania – kobieta czy też mężczyzna – jest konkretny i jako taki podpada pod zmysły.”
Podpada pod zmysły – jak to jest dobrze powiedziane! Spotykam kobietę/mężczyznę i czuję coś niezwykłego. Ale czekam na rozwój akcji. Przecież żaden manekin mnie nie urzekł. Trzeba więc rozpocząć proces poznawczy. Zaczynamy rozmawiać, a mój podziw i radość rośnie, z każdym słowem i gestem. To jest to! Z każdym momentem poznania niezwykłości danej osoby: tego, z jaką intonacją mówi, jak i kiedy się uśmiecha, jak się zwraca do mnie, jak siada. To wszystko stanowi obraz całej Osoby. I niekoniecznie wydarza się to w jednym spotkaniu. Daj Boże, aby nie dokończyło się tylko w jednym! Żeby tak ciągle można było odkrywać, zachwycać się i dziwić! A dlaczego urzeka? To już tajemnica. Nie kanon piękna, nie podany rysopis i zgodność z krzykiem mody. To pewne objawienie się właśnie jako piękno i dobro.
„Ta obustronna łatwość upodobania w sobie jest owocem popędu seksualnego, rozumianego jako właściwość i siła natury ludzkiej, ale siła działająca w osobach i domagająca się postawienia na poziomie osób.” (Wojtyła) W tym względzie nie ma zrozumienia częstokroć, to prawda. Bo „podobanie się” zatrzymuje się współcześnie (ale chyba nie tylko dziś) dla wielu na poziomie fizyczności. „Laski” i „ciacha” – to jest nic innego jak uprzedmiotowienie człowieka, sprowadzenie go do jego ciała, atrakcyjności, użyteczności. Jakże wiele mówi o nas nawet sposób, w jaki określamy swojego chłopaka/dziewczynę czy żonę/męża. Jeśli ona jest dla niego księżniczką, lubą czy oblubienicą, a on dla niej rycerzem, lubym, księciem – to można odetchnąć z ulgą.
Z czym łączy się jednak to upodobanie? - Z uczuciem i wolą. Z naszym nastawieniem: „chcę!” Wielu już wyklinało emocje, bo przecież ani tu myśleć logicznie, ale tylko głupstwa robić. A co mówi Wojtyła? „Już teraz jednak wypada powiedzieć, że uczucia obecne są przy narodzinach miłości właśnie przez to, że pomagają w kształtowaniu się upodobań mężczyzny względem kobiety, a jej w stosunku do niego.”
Zatem widzimy, zostajemy nawet o-czarowani niezrozumiale, a-racjonalnie. Wydaje się niekiedy, że już wiemy wszystko o drugiej osobie, a jednak… A jednak co i raz jawi się przed oczyma kolejny jej aspekt, nowa właściwość. Raz nie możemy nadziwić się blaskowi oczu, kolejnym razem – elokwencji czy sile, następnie – uduchowieniu, i znów – gracji, wyczuciu, itd. Jak w kalejdoskopie zmieniają się obrazy, jak na wybiegu, ukochana osoba zakłada coraz to nowe ubrania, coraz to inne światło na nią pada. Czy jest jej aż tyle? Nie. Jest wciąż ta sama z najróżniejszymi wartościami. Ale co najważniejsze – ponad tym widzieć wartość samej Osoby, czyli tego człowieka jako spójną, nierozdzielną Całość. „Każda bowiem osoba ludzka jest dobrem nad wyraz złożonym i poniekąd niejednolitym.” (Wojtyła)
Czy miłość jest ślepa? „Trzeba zaś liczyć się z tym, że istnieje tendencja zrodzona z całej dynamiki życia uczuciowego, która skłania, ażeby ten moment prawdy odwracać od przedmiotu upodobania, od osoby, a zwracać właśnie ku podmiotowi, ściślej zaś – ku samym uczuciom. Wówczas nie myśli się o tym, czy osoba naprawdę posiada te wartości, które się w niej z upodobaniem dostrzega, ale przede wszystkim o tym, czy uczucie, jakie się pod jej adresem zrodziło, jest prawdziwym uczuciem.” Jedni mówią, że jest, inni, że cierpi na daltonizm, a jeszcze inni każą poczekać na otrzeźwienie, bo o! o, wtedy jest dopiero miłość. Wojtyła pięknie wplata ten problem w ludzką strukturę upodobania, subiektywizmu. Miłość nie jest przecież racjonalna. Miłość jest poniekąd nie czasowa, ale wymaga czasu. Nadchodzi moment, kiedy stajemy przy prawdzie o przedmiocie upodobania także. Czy on rzeczywiście jest taki przystojny, czy mi się tak wydaje? Czy on naprawdę jest odpowiedzialny? Jeśli postrzegam go jako przystojnego – taki jest. Jeśli potwierdził odpowiedzialność – tez nie brak mu tej cechy. Ale jeśli ma wady i je widzę? To mogę go i z nimi pokochać, tylko muszę poznać ułomności i upodobać sobie Jego jako główną wartość i dobro, a nie same (i wyselekcjonowane!) cechy. (Wyobraźmy sobie taki podział: Kocham twoją inteligencję, kolor oczu i to, że tak wspaniale gotujesz! Ale za nic nie ścierpię twoich rozczochranych rano włosów, bałaganiarstwa i strachliwości! Czy nie lepiej po prostu powiedzieć: Kocham cię/Nie kocham cię…?) Idziemy bowiem wciąż za myślą Wojtyły: „Chodzi o to, ażeby żywić upodobanie po prostu do osoby, to znaczy, ażeby przeżywając różne wartości, które w niej tkwią, zawsze przeżywać wraz z nimi w akcie upodobania wartość samej osoby – to, że ona sama jest wartością, a nie tylko zasługuje na upodobanie ze względu na takie czy inne wartości w niej zawarte.”
Oczarowuje więc uśmiechem czy nie? Oczarowuje pięknem czy nie? Zdecydowanie tak! I on, i ona. Jakże często w Piśmie Świętym czytamy o Bogu, który upodobał sobie w kimś. Pan może zajrzeć i w serce, i w duszę. A człowiek? Rozważania tego zagadnienia tak kończy autor: „Wypada natomiast przypomnieć, że człowiek jest osobą, bytem, o którego naturze stanowi >>wnętrze<<. Prócz piękna zatem zewnętrznego trzeba umieć odkrywać również piękno wewnętrzne człowieka i w nim sobie także podobać, a może nawet w nim umieć podobać sobie przede wszystkim.”
Nie pozostaje zatem inna droga jak tylko szukać owego piękna drugiego człowieka i je przyjąć. Pozwolić się oczarować, A przy tym troszczyć się i o swój „blask”. Marquez kiedyś napisał: „Nie przestawaj się nigdy uśmiechać, ponieważ nigdy nie wiesz, ktoś może się zakochać w twoim uśmiechu”.
Czy to nadal aż tak abstrakcyjne? I tak nadal puste?