„Mój miły jest mój, a ja jestem jego” /Pnp/
Rozmawiałam z bliską osobą o miłości. Mimowolnie padło to jedno pytanie:
- Czy potrafiłabyś oddać go [ukochanego „mojego”] Bogu?
Padła ta jedna wewnętrzna odpowiedź:
- Nie. Zbuntowałabym się przecież.
Czy więc przywłaszczam sobie to nie-przy-właszczalne?
Bóg nie gra z nami w karty. Ktoś tak powiedział. Na pewno ma wiele asów w rękawie (a może i nawet jokerów!), ale nie jest tym, który zabiera. Nie tym, który obiecuje i daje, a potem pozbawia prezentu bez uzasadnienia. (Bo to, że czasem zabiera, to fakt, zwłaszcza, gdy dar zaczyna Go przysłaniać.) Stawia na drodze Człowieka jak upominek. Prowadzi krętymi ścieżkami, daje wskazówki, pomimo ślepoty i zagłuszenia. Nie zwodzi. Czy mamy więc brać, tak jakbyśmy nie brali? Posiadać, jakbyśmy nie posiadali? Kochać, jak byśmy nie kochali?...
Człowiek jest alteri incommunicabilis, czyli niedostępny innym. Pozostaje więc w głębi swej istoty – nieznany, niepojęty, nie doświadczalny tak, jak można doświadczyć samego siebie czy czegokolwiek innego. Jakże zatem można by posiąść coś (kogoś), kto jest całkiem niedostępny? Wkrada się tu myśl paradoksalna, o ile nawet nie absurdalna. Nie ma mowy o posiadaniu drugiego człowieka tak, jak można „mieć” dom, samochód, pralkę czy komputer. Człowiek w takim szeregu jawi się jako coś o wiele bardziej skomplikowanego. A może jest to całkiem inne „posiadanie”? A może nie dorośliśmy do tego pojęcia?
Przynależność jest wpisana w historię naszych relacji. Nie przynależność rzeczowa, użytkowa – jak ją dzisiaj rozumiemy. „Ta dopiero jest kością z mojej kości i ciałem z mego ciała” (Rdz2, 23) – krzyknął z radości Adam w Raju. Musiał się zadziwić, że ktoś stał się tak do niego podobny, tak do niego pasujący, jemu najbliższy. Nie powiedział, że ją stworzył, ale widział swój głęboki udział w jej istnieniu, w sensie jej przybycia. Kość z mojej kości – a zatem jest to wyraz wielkiego szacunku dla Ewy jako tej, która ma jego cząstkę, a on ma cząstkę jej. Tej, która jest z nim połączona niezbywalnie – przez korzenie... Nie ma tu mowy o niewolnictwie, które kojarzy się brzemiennie z przynależnością w relacjach ludzkich. Podstawą należności jest tu największa wolność i wybór, a jednocześnie prze-znaczenie.
Niezmiernie ważny jest także aspekt przymierza, obu-stronności wyznania i wielkości przysięgi małżeńskiej: „biorę Ciebie”... Tego obustronnego oddania, posiadania i bycia ogarniętym. „Pan będzie dla ciebie Bogiem (...), a ty będziesz ludem stanowiącym jego szczególną własność” (Pwt26,17-18) Czy można ‘posiąść Boga’? Oczywiście duchowo można odczuwać silne ‘posiadanie’ Go, wyrażające się w przebywaniu z Nim, w poznawaniu Go. Podobnie Bóg tak przywłaszcza sobie człowieka – jako swą szczególną własność, jako kogoś, kogo kocha najmocniej. I właśnie ta nasza ludzka przynależność do Boga jest – wedle intuicji – najgłębszym gruntem miłości oblubieńczej w małżeństwie.
"(Małżeństwo) musi ono zakładać Jego aprobatę. Nie wystarczy, że kobieta odda swoją osobę przez małżeństwo mężczyźnie, a on jej swoją. Jeśli każda z tych osób jest równocześnie wartością Stwórcy, wobec tego i On musi oddać jego jej, a ją jemu, a w każdym razie musi zaaprobować ich wzajemne oddanie się zawarte w instytucji małżeństwa" (Karol Wojtyła, „Miłość i odpowiedzialność”)
Tylko w chwili, kiedy uznaję, że jestem połączony z Stwórcą niezbywalnie i najściślej, i że pragnę tej przynależności zostać wiernym, a jednocześnie wiem, że Ten Sam Bóg jest ‘właścicielem’ osoby, którą chcę zaślubić, to wszystko staje się dialogiką w naszym Trójkowym obrębie. Bóg udziela nam aprobaty, oddaje nas sobie wzajemnie. Oddaje nas sobie jako oblubieńców, przeznaczonych do „życia dla...” Bóg zazdrosny nie może być zazdrosny w sposób ludzki. Zwłaszcza, gdy wchodzimy poza naszą ludzką miłość. I staramy się kochać w sposób nie światowy, w sposób nie powtarzalny, w sposób jedyny.
Przynależmy do siebie jako zaobrączkowane gołębie w drodze do Nieba.
KW