„Chwalcie go bębnem i tańcem…”
Ps. 150,4
"O, Miłość to tylko taniec, gdzie na skrzypkach przygrywa Czas!"
H. A. Dobson
Czym jest taniec? Wiemy o nim tylko tyle, ile tu i teraz widzimy, napotykamy, wytańczymy. Jesteśmy, co tu dużo mówić, ograniczeni w jego rozumieniu. Nie mamy pojęcia o tym, jak i po co tańczono w starożytności czy średniowieczu ani o co chodzi w tańcu orientalnym. I dobrze, bo zbudowalibyśmy wielkie zdziwienie. Albo i nie. Globalizacja i trendy nowości idą naprzód. I nawet współczesny sens może nam umknąć, a byłoby to zubożenie.
Teraz jednak mam na myśli tylko ten dzisiejszy taniec dla mnie, a właściwie dla nas. Dla zakochanych. Taniec, który jest daleki od rytuałów, daleki od chwalenia Boga wprost. Taniec, który bywa też przeinterpretowywany jako „gra wstępna”, jako danie wyrazu piękna i sprawności ciała (o czym traktuje nawet Pnp: „Obróć się, obróć, Szulamitko, obróć się, obróć się, niech się twym widokiem nacieszymy! Cóż się wam podoba w Szulamitce, w tańcu obozów?” Pnp7,1-2) Albo taniec, który jest zawodowstwem jedynie, możliwością zarobku, zapełnieniem czasu, pasją życia. Taniec może być wszakże wszystkim. Zatem także jak pisał Fiodor Dostojewski – „niemym wyznaniem miłości”.
Bywają takie imprezy (wesela rodzinne, bankiety), gdzie wypada się pokazać, gdzie niegrzecznością jest też odmówienie proszącym panom, niewychowaniem jest też niepoproszenie innych pań do tańca. Ale taniec z obcą osobą czy z osobą bliską – wujkiem, bratem jest czymś całkiem innym od tańca z tym, kogo się kocha najmocniej – mężem/żoną. To taki taniec bez iskier, czasem skrępowany.
Moja wychowawczyni w liceum wypowiedziała pamiętne słowa-poradę: „przed ślubem koniecznie idźcie na kurs tańca! Ja zawsze z moim narzeczonym wracaliśmy osobnymi tramwajami po tych zajęciach.” I cóż. Kurs tańca dla narzeczonych dziś to już norma, konieczność, przymus, możliwość, potrzeba. Każda dobra szkoła ma w swojej ofercie lekcje indywidualne. Wszak na weselu trzeba się pięknie zaprezentować, kiedy wszyscy patrzą pod nogi (panu młodemu, niestety). Jednak chodzi o coś więcej niż pokaz nagrywany i oglądany nieraz nawet przez setki osób. Chodzi o swego rodzaju dopasowanie, o pewną wspólną technikę, o poznanie, o poprowadzenie. Chodzi o to, by „partner życiowy był i do tańca, i do różańca” – jak mówi przysłowie.
Kobiety w większej mierze wyczuwają rytm, z ochotą biegną na zajęcia i ciągną ze sobą swoich mężczyzn. Potem doskonale słychać to w szatniach (które mają uszy): jeden do drugiego: „I jak?” drugi do pierwszego: „masakra, już więcej chyba nie przyjdę” I co? I przychodzi. Jeden i drugi. Bo panom łatwo nie jest. (Choć na pewno bywają wyjątki.) Zwłaszcza, gdy przychodzi im próbować tańców łacińskich, które wymagają dziwnych „niemęskich” (ich zdaniem) ruchów. Z ofertą standardową bywa lepiej, choć ciężar odpowiedzialności strony męskiej i utrzymania ramy jako najbardziej reprezentacyjnej części jest ogromna. A jeszcze gorzej sytuacja wygląda, kiedy okazuje się, że to kobieta chce prowadzić, że wcale nie chce być prowadzona, bo ona wie lepiej, bo pamięta kroki, bo nie ufa. Ot, i kłótnia gotowa. Ale kochają, walczą, są ambitni, rozumowo podchodzą do tego i znajdują w tym – pomimo wszystko - upodobanie. I panowie, i panie.
Dziś szkoły tańca przeżywają oblężenie dzięki programom telewizyjnym promującym tę formę aktywności. Wiele kursów to minimum podstawy, często nie wyćwiczonych przez wzgląd na zbyt dużą ilość uczestników. A nierzadkim problemem zakochanych jest wymóg szkół, aby zmieniać partnera w czasie zajęć. Czyli jak? Mam pożyczać swojego tancerza/tancerkę? Oczywiście, wytłumaczenia są wzniosłe i pragmatyczne: wszak na kursie chcesz się nauczyć tańczyć, poznać technikę. A co jak będziesz zmuszony do tańca z obcą osobą? Z teściową? Trzeba rozeznać się w innowacjach! Ale te szczytne wymogi przegrywają z naturalną potrzebą poznania swojego partnera jako tancerza, z normalnym planem, że tak wiele przed nami zabaw, balów, na których nie chcemy rozstawać się na parkiecie. Na szczęście niektóre placówki doskonale to rozumieją. Warto nie dać się argumentom przeciwnym.
Jak to jest z techniką i muzyką? Każda para tańczy inaczej, wyjątkowo. W tańcu można pogrymasić – zwłaszcza w tangu. Można się pogniewać, poteatralizować. Można uznać niewzruszonych w walcu, można okazać swoją największą, niepohamowaną radość w cha-chy czy w sambie albo wyszaleć się w rock&rollu. Można pobujać się w bluesie. Taniec to pełen wachlarz emocji, zupełnie jak w życiu. Znana amerykańska tancerka powiedziała, że „każdy taniec jest odkryciem nas samych.” Taniec towarzyski jest zatem podwójnym odkryciem.
Średniowiecze upowszechniło motyw tańca śmierci. Ale w tym samym czasie na dworach odkrywano radość maskarad i bali, gdzie ludzie bawili się w rytm dostojnej (nie zawsze) muzyki i w pięknych strojach. Istnieje – musi bowiem istnieć – taniec miłości, w który należy włożyć (zaraz przed techniką i nauką) – serce. Całe serce. A nawet dwa.