Ojciec, który nigdy nie zobaczy swojego dziecka
Wystarczy spojrzeć na okładkę. Przenikliwie spoglądające niemowlę, mocno wtulone w dorosłego mężczyznę, przysłaniające jego twarz (będące jego oczami?). Tyle wystarczy, by zapragnąć tę książkę przeczytać. Czy warto? Czy Zapiski niewidomego taty zaspokoją mocno rozbudzony już na wstępie czytelniczy apetyt?
To zależy, czego od tak zapowiadającego się dzieła oczekujemy. Jeżeli taniego sentymentalizmu i dramatyzmu, z pewnością się rozczarujemy. Ryan Knighton został ojcem po dziesięcioletnim okresie niewidzenia, w którym to czasie zdążył już nauczyć się żyć i w miarę możliwości sprawnie funkcjonować ze swoim kalectwem, dlatego też tysiące nowych wyzwań, w obliczu których stanął, po prostu zaakceptował.
Nie oznacza to, że wszystko ułożyło się samo i bezboleśnie. Nie było łatwo. Niektóre opisane w książce sceny budzą przerażenie i współczucie. Przypadkowe uderzenie własnego dziecka, nieumiejętność podania smoczka płaczącemu niemowlęciu, zgubienie drogi w centrum miasta – to z pewnością sytuacje nie do pozazdroszczenia. Niemal każdy dzień ojcostwa przynosił Ryanowi zadania właściwie nieosiągalne dla osoby pozbawionej wzroku. Chciałoby się powiedzieć – ale on ze wszystkim sobie radził. Jednak to nieprawda. Dla dobra swojej córeczki często musiał się po prostu wycofać, pozwolić działać innym. Dystans wobec siebie, świadomość własnej niedoskonałości, poczucie humoru, a przede wszystkim miłość do najbliższych pozwoliły mu przyjąć tę najtrudniejszą w ojcostwie lekcję – lekcję pokory.
Czy warto sięgnąć po tę książkę? Zdecydowanie tak. Nie jest może dowodem najwyższego kunsztu literackiego, zdarzają się w niej nie zawsze pasjonujące dygresje, ale zawiera też wiele naprawdę godnych uwagi spostrzeżeń, łączących codzienne doświadczenia młodego ojca z pogłębioną refleksyjnością pisarza.
Ryan Knighton, Zapiski niewidomego taty, Wydawnictwo „Nasza Księgarnia”, Warszawa 2011.