Ciężar tych złotych obrączek
Najlepiej kiedy w ogóle nie jest ciężko. Tak generalnie. Myślę tą drogą nie tyko ja. Najpiękniej, kiedy miło-ść naprawdę oznacza coś bezgranicznie miłego, błogiego, beztroskiego.
Ale to już Raj. A tu jest jeszcze Ziemia. Czasem nie jest lekko nawet ludziom zakochanym, niekiedy przygniata ciężar powietrza, w którym trzeba się poruszać. Ale Miłość ma podobno wszystko przetrzymać. A jaki jest ciężar obrączek? I czy każdy może go unieść? Czy one same niosą noszących?
Zadziwia dziś możliwość wyboru: trzy kolory złota, ozdobne kamyczki lub nawet diamenty dla pań. Paseczki, wzorki, kółeczka, napisy, grawer. Albo klasyka.
Jubiler ze sztuki Wojtyły przypomina Boga patrzącego w serca-oczy narzeczonych. Andrzej jest nie-zwykłym narzeczonym, z wielkim wyczuciem analizującym słowa sprzedawcy. Wie, jak silne jest ciążenie serca człowieka, jak krótki jest lot. Jak wielka jest wolność w miłości. Wie, ale jeszcze nie w chwili wyboru.
Wybierajmy ciężar obrączki rozsądnie, ale nie lękliwie. Wybierajmy zgodnie z gustem estetycznym i z naszą siłą. Wybierajmy i lećmy.
Katarzyna Więcka
„ANDRZEJ
Obrączki ślubne nie zostały na wystawie.
Jubiler długo patrzył nam w oczy.
Biorąc ostatnią już próbę szlachetnego metalu,
wypowiadał głębokie myśli, które w sposób przedziwny
utkwiły w mojej pamięci.
Ciężar tych złotych obrączek
– tak mówił – to nie ciężar metalu,
ale ciężar właściwy człowieka,
każdego z was osobno
i razem obojga.
Ach, ciężar własny człowieka,
ciężar właściwy człowieka!
Czy może być uciążliwszy,
a zarazem bardziej nieuchwytny?
Jest to ciężar ciągłego ciążenia
przykutego do krótkiego lotu.
Lot ma formę spirali, elipsy – i formę serca…
Ach, ciężar właściwy człowieka!
Te pęknięcia, ten gąszcz i to dno –
te przylgnięcia, kiedy tak trudno
odkleić serce i myśl.
A wśród tego wszystkiego wolność
– jakaś wolność, a czasem aż szał,
szał wolności uwikłanej w ten gąszcz.
I wśród tego wszystkiego miłość,
która wytryska z wolności
jak źródło z gleby przeciętej na ukos.
Oto człowiek! Nie jest przejrzysty
i nie jest monumentalny,
i nie jest prosty,
raczej biedny.
To jeden człowiek – a dwoje,
a czworo, a sto, a milion. –
Pomnóż to wszystko przez siebie
(pomnóż ową wielkość przez słabość),
a otrzymasz iloczyn ludzkości,
iloczyn życia ludzkiego.
Tak mówił ów dziwny jubiler
biorąc próbę naszych obrączek.
Potem jeszcze przeczyścił je irchą,
znowu włożył do tego puzderka,
które przedtem było na wystawie,
wreszcie zaczął obwijać w bibułę.
Patrzył przy tym ciągle w nasze oczy,
jakby chciał wysondować nam serca.
Czy miał rację mówiąc to wszystko?
Czy to były również nasze myśli?
Chyba żadne z nas nie potrafiło
myśleć o tym z takiego dystansu –
miłość raczej jest entuzjazmem niż zadumą."
(fragm. K. Wojtyła, "Przed sklepem jubilera")
Doskonała miłość usuwa lęk
W miłości nie ma lęku, lecz doskonała miłość usuwa lęk,
ponieważ lęk kojarzy się z karą.
Ten zaś, kto się lęka,
nie wydoskonalił się w miłości. (1 J14,18)
Tak a propo lęku. "Czy nie boisz się wyjść za mąż tak wcześnie?" Dziękuję za pytania. Wszystkim. Tym zadziwionym, zniesmaczonym i przeszczęśliwym. Odpowiadam: nie, nie boję się. Boję się, że mogłabym nie wydoskonalić się w miłości. Że mogłabym stchórzyć.
Księżniczki są dzielne, odważne, wiedzą, czego chcą. Księżniczki są ufne i chcą być coraz doskonalsze. Księżniczki są takie tylko przy swoich rycerzach!
Nie dziwię się pytaniom. Nie dziwię się niezrozumieniu. Kalkulacje nie zawsze zgadzają się z cudzymi. Jeśli ktoś nie dostał takiego prezentu miłości, nie powinien planować już ślubu ani budować domu, nie wiedząc, kto w nim zamieszka i gdzie on będzie. Ponadto z daleka nic nie jest bliskie. Bliskie jest dopiero, kiedy jest niedaleko. Z bliska sprawy są ostrzejsze.
Ale Miłość usuwa lęk. Bo cóż mamy do stracenia? No, kilka miesięcy, może lat. Czasu, którego nam nikt nie wróci. Do stracenia mamy odrobinę pozornej wolności. Ja mam do stracenia nazwisko panieńskie. On swoją niezależność tak potrzebną mężczyźnie. Mamy do stracenia kilkoro znajomych.
- Gdzie nas zaprowadzi to szaleństwo? No polegniemy... (chwila zwątpienia, przytłoczenia Światem)
- Do Nieba, Skarbie, do Nieba.
I jak tu się lękać?
KW
Czytania ślubne (1)
Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą…
Z ceremonią ślubną kojarzy się niewątpliwie Hymn o miłości – czyli fragment z Listu Św. Pawła do Koryntian. Ale czy są to nieodłączne słowa Liturgii? Nie. Wybór, jaki oferuje Lekcjonarz Ślubny, jest bardzo bogaty. Jeśli chcecie, aby Wasza ceremonia była wyjątkowa, jak najbardziej Wasza i zaplanowana – wybierzcie, które fragmenty z Pisma Świętego są Wam najbliższe, które do Was najbardziej przemawiają, może kojarzą się z czymś albo mogą stać się Waszym programem na życie? Dobrym sposobem na upiększenie Mszy Świętej jest poproszenie bliskich osób o przeczytanie wybranych fragmentów lub/i zaśpiewanie psalmu (przyjaciół, świadków, rodziców) albo też zrobienie tego razem.
Zazwyczaj na Liturgię Słowa składają się: I czytanie (ze Starego lub Nowego Testamentu), psalm oraz Ewangelia. Jeśli bardzo chcecie, możecie wybrać dwa czytania (jedno ze ST, drugie z NT).
W tym cyklu chcemy przedstawić wskazywane przez Lekcjonarz teksty, które można wybrać na uroczystość zaślubin. W części pierwszej będą to czytania ze Starego Testamentu. Podajemy odnośnik, wybieramy reprezentatywny cytat i komentujemy. Podajemy też fragmenty psalmu (bo jest on przypisywany właśnie do czytania).
1. Rdz 1,26-28,31a - Stworzenie mężczyzny i kobiety
„Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę. Po czym Bóg im błogosławił, mówiąc do nich: <<Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną...>>”
Psalm 33, ref. Pełna jest ziemia łaskawości Pana
To niezwykle ważny fragment, ukazujący prawdę o tym, kim jest człowiek w dziele stworzenia. A co więcej, kim jest kobieta i mężczyzna w tym dziele. Pokazuje też Bożą aprobatę miłości międzyludzkiej oraz jej zadanie i cele.
2. Rdz2,18-24 - Ustanowienie małżeństwa
„Dlatego to mężczyzna opuszcza ojca swego i matkę swoją i łączy się ze swą żoną tak ściśle, że stają się jednym ciałem.”
Psalm 148, ref. Niech imię Pana będzie pochwalone
To dość długi fragment, w którym opisane zostaje stworzenie pomocy dla mężczyzny – niewiasty. Pokazuje to godność kobiety i mężczyzny, ich równość. A także Boże pragnienie ich jedności, wzajemnej pomocy i wsparcia.
3. Rdz24,48-51.58-67 - Małżeństwo Izaaka i Rebeki
„Zawołali zatem Rebekę i spytali: "Czy chcesz iść z tym człowiekiem?" A ona odpowiedział: <<Chcę iść>> (.…) Izaak wprowadził Rebekę do namiotu Sary, swej matki. Wziąwszy Rebekę za żonę, Izaak miłował ją…”
Psalm 145, ref. Nasz Pan jest dobry dla wszystkich swoich dzieci
Historia Izaaka i Rebeki ukazuje, jak Boża Opatrzność potrafi połączyć drogi ludzi z całkiem innych środowisk, z innych krajów.
4. Tb 7, 9c-10. 11c-17 - Małżeństwo Tobiasza; Psalm 148
„I ująwszy prawą rękę swej córki, podał ją w prawą rękę Tobiasza mówiąc: <<Bóg Abrahama i Bóg Izaaka, i Bóg Jakuba niech będzie z wami, i niech On was złączy, i niech wypełni błogosławieństwo swoje nad wami>>.”
Czytanie pokazuje, jak wielką moc ma błogosławieństwo. Raguel za namową anioła decyduje się oddać córkę Sarę Tobiaszowi. Moc Boża usuwa lęk.
5. Tb 8,5-10 - Modlitwa Tobiasza i Sary, Psalm 145
„<<Panie, Ty wiesz, że nie dla namiętności biorę siostrę moją za żonę, ale tylko dla miłości potomstwa, w którym by było błogosławione imię Twoje na wieki wieków>>. Sara też mówiła: <<Zmiłuj się nad nami, i niech się obije wespół zestarzejemy w zdrowiu>>.”
Małżeństwo Sary i Tobiasza rozpoczyna wspólna modlitwa. Razem chwalą Boga, prosząc o Jego pomoc.
6. Pnp 2,8-10.14. 16a; 8, 6-7a - Miłość jest potężna jak śmierć
„Mój miły należy do mnie, a ja do niego.
On mi powiedział:
<<Połóż mnie jak pieczęć na twoim sercu,
jak pieczęć na twoim ramieniu,
bo jak śmierć potężna jest miłość…>>”
Psalm 128, ref. Błogosławiony, kto się boi Pana
Miłość małżeńska ma być podobna do miłość nadprzyrodzonej, jaka może łączyć człowieka z Bogiem.
7. Syr 26, 1-4,13-16 - Dobra kobieta jest światłem domu
„Szczęśliwy mąż, który ma dobrą żonę, liczba dni jego będzie podwójna. Dobra żona radować będzie męża, który osiągnie pełnię wieku w pokoju.”
Psalm 34, ref. Przez całe życie będę sławił Pana
Żona to dar dla mężczyzny. Zupełnie jak w opisie stworzenia. Dzień zaślubin to widzialny znak przekazania tego daru.
8. Jr 31,31-32a.33-34a - Nowe przymierze Boga z ludźmi
„Umieszczę swe prawo w głębi ich jestestwa, wypiszę na ich sercu. Będę im Bogiem,
oni zaś będą Mi narodem.”
Psalm 112, ref. Radość znajduję w Pańskich przykazaniach.
Przymierze, które Bóg zawarł z ludźmi, oparte jest na miłości. Podobna sytuacja ma miejsce w małżeństwie. Małżeństwo też jest przymierzem.
Do małżeństwa trzeba się przygotować (1)
Nie jest łatwo młodym ludziom, żyjącym w obecnej dobie, z odwagą i nadzieją patrzeć na swoją przyszłość, marzyć o udanym życiu małżeńskim. Wielu młodych boi się małżeństwa. Przyczyną takiego stanu rzeczy jest bardzo duża ilość rozwodów, rozpadów związków, bardzo często już w pierwszych latach ich istnienia. Trzeba więc zadawać pytania: jak dobrze przygotować się do małżeństwa, aby przeżyć je w upragnionym szczęściu, w miłości, z radością i zrozumieniem? Czy w ogóle istnieje recepta na udane małżeństwo?
Z wielkim przekonaniem pragnę zapewnić młodych czytelników, że możliwe jest dobre przygotowanie się do małżeństwa, nawet, jeśli związek rodziców nie może stanowić pozytywnego przykładu. Istniej też recepta, mocno podnosząca prawdopodobieństwo sukcesu w małżeństwie. Jest to w zasadzie złota recepta gwarantująca szczęście w małżeństwie, pod warunkiem, że będzie się konsekwentnym w jej realizacji.
W przedstawionych rozważaniach postaram się odpowiedzieć na postawione pytania. Zapewne nie uda się to w jednej części, ale nie żałujmy miejsca i czasu, gdyż zamierzamy zmierzyć się z zagadnieniami dla nas wszystkich fundamentalnymi, warunkującymi wszystko, co w życiu robimy. Tak jest w rzeczywistości: od jakości małżeństwa zależy jakość, każdego z nas, jakość rodziny, parafii i całego narodu!
Jak dobrze przygotować się do małżeństwa?
Najpierw potrzebne jest uświadomienie sobie, że konieczny jest konkretny trud i czas, na zdobycie zasobu wiedzy, przyswojenie sobie konkretnych treści merytorycznych. Jest rzeczą dziwną i smutną, że potrafimy bardzo dużo czasu i zaangażowania poświęcić na zdobycie umiejętności posługiwania się komputerem, językiem, pojazdem, na podnoszenie swoich kwalifikacji zawodowych, sprawności fizycznej, a niewiele konkretnego czasu angażujemy w przygotowanie się do zadania, które jest najważniejsze. Tak, wszystko, co robimy, zamierzamy robić, jest ważne i potrzebne, ale najważniejsze jest małżeństwo i trzeba się do niego bardzo dobrze przygotować. Bardzo często po głoszonych naukach dla małżonków słyszę słowa: gdybyśmy my wiedzieli to wcześniej! Gdyby nam ktoś to wcześniej powiedział! Wybrzmiewa tu też pewien żal, że zapewne uniknęło by się wielu trudnych, przykrych sytuacji, jeśli posiadało by się konkretną wiedzę. Właśnie wiedzę. Niestety, wielu patrzy na małżeństwo, na miłość i szczęście z nastawieniem: jakoś to będzie. Nie! Szczęśliwe małżeństwo to nie dar, to nie przypadek, to sukces, wielokrotnie okupiony wielkim trudem, wysiłkiem, dziesiątkami wyrzeczeń.
W pierwszej kolejności potrzebne jest więc uświadomienie sobie konieczności podjęcia systematycznej pracy kształceniowej i samokształceniowej, ułożenie planu rozwoju, można by powiedzieć: w kierunku małżeństwa.
A teraz konkretne treści do przyswojenia.
1. Jednoznacznie odrzucić myślenie o życiu w jakiejkolwiek formie związku partnerskiego, która nie jest małżeństwem sakramentalnym. A więc żaden wolny związek, wspólne zamieszkanie „na próbę”, związek z osobą po rozwodzie! Tylko małżeństwo sakramentalne gwarantuje pełny, optymalny rozwój miłości ku prawdziwemu, pełnemu szczęściu. Każdy inny sposób realizacji życia we dwoje jest gorszy, zakłamany i zmierzający ku niszczeniu. Bardzo proszę dostrzec, że nie odnoszę się do istniejących związków niesakramentalnych, lecz proszę i przestrzegam młodych ludzi, bez doświadczeń w tej dziedzinie, będących dopiero na starcie wspólnej drogi życiowej. I ich zdecydowanie ostrzegam przed komplikowaniem sobie życia. Małżeństwo sakramentalne jest najpiękniejszą drogą życia mężczyzny i kobiety, gdyż opiera się na odniesieniu do Jezusa, umożliwia Jego stałą obecność. Taki stan rzeczy jest związany z nieograniczonymi możliwościami rozwoju wszelkich relacji miedzy żoną a mężem. Daje możliwość korzystania z wielkich dóbr duchowych, które zawsze przyczyniają się do udoskonalania ludzkich dążeń. Rozsądek podpowiada, że powinno wybierać się rozwiązania najlepsze. Stwórzmy hasło reklamowe: „Małżeństwo- wybierz co najlepsze”; albo: „Małżeństwo- nie dla idiotów”; czy może: „Wolny związek - prawie małżeństwo. Prawie robi wielką różnicę”.
„Wolny związek ma miejsce wówczas, gdy mężczyzna i kobieta odmawiają nadania formy prawnej i publicznej współżyciu zakładającemu intymność płciową.
Określenie to jest zwodnicze: Co może oznaczać związek, w którym osoby nie podejmują zobowiązań wobec siebie i dają w ten sposób wyraz brakowi zaufania w odniesieniu do drugiej osoby, do samej siebie lub do przyszłości?” (KKK)
Za wielką tragedię uznaję sytuację, kiedy wierzący młodzi ludzie, często regularnie praktykujący, podejmują decyzję o wspólnym zamieszkaniu, uzasadniając to wielorakimi korzyściami, zupełnie nie dostrzegając, że stoi to w sprzeczności z nauką Jezusa i Kościoła, że jest to trwanie w śmiertelnym grzechu. Często owo wspólne zamieszkiwanie bez ślubu dokonuje się za przyzwoleniem katolickich rodziców, również naiwnie mówiących: a cóż w tym złego, przecież to dzisiaj takie modne, wszyscy tak robią. Straszne słowa, potwierdzające brak odpowiedzialności rodziców za zbawienie swoich dzieci!
2. Za nadrzędną wartość w okresie przed zawarciem małżeństwa uznać trwanie w czystości. Wiem, że wielu młodych ludzi ma alergię na słowo: czystość przedmałżeńska. Nie dziwię się: to wartość, na zniszczeniu której najbardziej zależy szatanowi, a nasze odczucia są efektem jego skutecznej propagandy, ośmieszającej ten stan. Prawie się do dzisiaj udało przeciwnikowi Boga. Zaproszenie do trwania w czystości do dnia ślubu, do uznania dziewictwa za największy dar, jaki małżonkowie mogą sobie złożyć na początku swojej wspólnej drogi, napotyka na ogromny i niestety irracjonalny opór w świadomości młodzieży. Jakże często doznaję wręcz zdumienia, kiedy rozmawiając o tym z młodymi ludźmi, dostrzegam w nich narastanie oporu i emocji, zamykanie się na racjonalne, rzeczowe argumenty. Często jest to młodzież, angażująca się w działalność różnych grup parafialnych, chodząca na pielgrzymki, często wyjeżdżająca na rekolekcje! Szatan zaciera ręce.
Argumenty są bardzo konkretne. Po pierwsze: Dekalog, jego szóste przykazanie. Pamiętać trzeba, że cudzołóstwo to wszelki seks pozamałżeński. Często młodzi ludzi myślą, że łamanie tego przykazanie dokonuje się tylko przez zdrady małżeńskie, a podejmowanie współżycia przed ślubem, tym bardziej w narzeczeństwie, kiedy jest się już ze sobą bardzo blisko uczuciowo, nie jest cudzołóstwem. Często młodzi ludzie mówią: ponieważ się kochamy, to możemy. Brak wiedzy. Konieczne jest też otwarcie się na prawdę, że Dekalog, jest zbiorem praw naturalnych, których zaistnienie w społecznościach ludzkich gwarantowało najwłaściwsze relacje, chroniło i zabezpieczało przed wielorakimi konsekwencjami. Jest to zbiór praw dla dobra człowieka, a nie dla jego zniewolenia, ograniczenia. Prawa gwarantujące optymalny rozwój jednostki i wspólnoty. W „Kazaniu na górze” Jezus nie znosi Dekalogu, a dopowiada słowa, mające na celu ułatwienie nam realizację i dostrzeżenie motywacji. W odniesieniu do tego przykazania Jezus mówi: „Słyszeliście, że powiedziano: Nie cudzołóż! A Ja wam powiadam: Każdy, kto pożądliwie patrzy na kobietę, już się w swoim sercu dopuścił z nią cudzołóstwa. Jeśli więc prawe twoje oko jest ci powodem do grzechu, wyłup je i odrzuć od siebie. Lepiej bowiem jest dla ciebie, gdy zginie jeden z twoich członków, niż żeby całe twoje ciało miało być wrzucone do piekła. I jeśli prawa twoja ręka jest ci powodem do grzechu, odetnij ją i odrzuć od siebie. Lepiej bowiem jest dla ciebie, gdy zginie jeden z twoich członków, niż żeby całe twoje ciało miało iść do piekła” ( Mt 5,27-30).
Nie są to słowa mające na celu pognębienie nas, utrudnienie życia, ale ułatwiające poruszanie się w zagmatwanej rzeczywistości. Po prostu unikanie wszystkiego, co potęguje pożądliwość, sztucznie pobudza zmysły jest dla naszego dobra. Jakże aktualne są te słowa dzisiaj, kiedy źródeł pobudzania pożądliwości jest tak wiele. Nie ma lepszego znawcy ludzkiej natury od Chrystusa, dlatego nie dziwmy się, że są tu użyte tak drastyczne słowa. Chodzi o uchronienie nas przed strasznymi konsekwencjami. Wszyscy katoliccy księża egzorcyści potwierdzają, że obecnie ogromna większość zniewoleń i opętań młodych ludzi przez szatana swoja przyczynę ma w stałych wykroczeniach przeciwko czystości w postaci oglądania pornografii, samogwałtu, seksu przedmałżeńskiego. Jest to stałe trwanie w grzechu śmiertelnym, wielokrotnie z ukrywaniem takich zachowań w czasie spowiedzi.
„Narzeczeni są powołani do życia w czystości przez zachowanie wstrzemięźliwości. Poddani w ten sposób próbie, odkryją wzajemny szacunek, będą uczyć się wierności i nadziei na otrzymanie siebie nawzajem od Boga. Przejawy czułości właściwe miłości małżeńskiej powinni zachować na czas małżeństwa. Powinni pomagać sobie wzajemnie we wzrastaniu w czystości” (KKK)
Pragnę bardzo mocno zachęcić do wytrwania w czystości wbrew lansowanym poglądom. Może warto właśnie tak podejść do tego zagadnienie: wytrwam w czystości, ponieważ do tego zachęca mnie Jezus, a wiem, że On pragnie mojego prawdziwego dobra. Ponieważ nie jest to łatwe, dlatego warto intensywnie wspierać się środkami nadprzyrodzonymi: regularna spowiedź, modlitwa w intencji wytrwania, jak najczęstszy pełny udział w Mszy św.
W tej części już wystarczy. Jeszcze raz zachęcam do zaangażowania konkretnego trudu w dobre przygotowanie się do małżeństwa, pamiętając, że to właśnie ono jest dla każdego z nas najlepszą formą przeżycia ziemskiej wędrówki.
W części następnej przedstawię odpowiedź na pytanie drugie, ukażę złotą receptę na udane życie małżeńskie, którą koniecznie trzeba poznać, aby zagwarantować sobie sukces w tej najważniejszej dziedzinie.
Do małżeństwa trzeba się przygotować (2)
W kolejnej części naszego „kursu” zachęcam do spojrzenia na treści wypływające ze starożytnego tekstu „Księgi Rodzaju”, ale zawierającą bardzo czytelną receptę na zbudowanie szczęśliwego małżeństwa: „Dlatego to mężczyzna opuszcza ojca swego i matkę swoją i łączy się ze swą żoną tak ściśle, że stają się jednym ciałem”( Rdz 2, 24)
Przedstawiony fragment zawiera warunki, które muszą być spełnione, aby małżeństwo mogło w ogóle zaistnieć, a które powinno się spełnić przed wejściem do kościoła. Mamy tu zasady, które decydują o zbudowaniu trwałego związku, a które trzeba spełnić zanim się w ten związek wejdzie. Jeżeli obserwujemy wzrastającą ilość niepowodzeń w małżeństwach, to jedną z głównych przyczyn jest lekceważenie właśnie tego warunku wstępnego.
K o l e j n o ś ć
Pierwsza zasada zawarta w naszym wersecie to kolejność:
1. Opuszczenie
2. Połączenie
3. Jedno ciało
Niezależnie od głębszych treści tych wyrażeń, samo opisanie ich w takiej kolejności jest potwierdzeniem genialności natchnionego autora. Już wiele tysięcy lat temu zapisał on krótkie zdanie, zawierające logiczne i zawsze aktualne przesłanie: udany związek mężczyzny i kobiety musi być budowany według tej kolejności. Najpierw trzeba oddzielić się od rodziców, następnie zawrzeć małżeństwo (formalnie, nie tylko wspólnie zamieszkując, ale realizując konkretna procedurę), a to dopiero potem tworzy się pełne zjednoczenie duchowe i cielesne. Cielesne jest uzupełnieniem duchowego. Samo cielesne nie jest połączeniem, zjednoczeniem, ale i samo duchowe, uczuciowe i pobłogosławione nie powoduje pełnego zjednoczenia, dopiero jego „skonsumowanie”. Nie wnikając w treść poszczególnego sformułowania, na tym etapie naszej refleksji zatrzymujemy się tylko na kolejności. Trwałość związku małżeńskiego uwarunkowana jest zachowaniem przedstawionej kolejności.
W otaczającej nas rzeczywistości bardzo często obserwujemy zależność polegającą na odwracaniu przedstawionej kolejności z jednoczesnym lekceważeniem treści poszczególnego etapu. Młodzi ludzie najpierw „konsumują” małżeństwo (jeszcze nim nie będąc), korzystając z uciech cielesnych, tworząc jedno ciało, ale tylko na płaszczyźnie cielesnej, całkowicie spłycając i degradując wartość prawdziwej jedności. Następnie myślą o ślubie, co bardzo często jest wymuszone istniejącą ciążą. Dopiero w następstwie tych kroków zastanawiają się gdzie zamieszkać, wielokrotnie nie będąc usamodzielnionymi nie tylko finansowo, ale i zawodowo, nie mając wykształcenia. Ta ostatnia płaszczyzna jest także nie spełniona poprzez pozostanie w domu rodziców. A więc nie dość, że odwraca się kolejność, to jeszcze nie wypełnia się treści, nie przestrzega się warunków zawartych w przedstawionym sformułowaniu. Mamy więc do czynienia z dramatycznym paradoksem, który doprowadza do zniszczenia małżeństwa jeszcze przed jego powstaniem!
Tekst natchniony wyraźnie nam wskazuje, że warunkiem zbudowania trwałego związku jest zachowanie tej kolejności, ale także zrealizowanie całej treści zawartej w poszczególnym zwrocie.
O p u s z c z e n i e
Opuszczenie jest warunkiem szczęścia w małżeństwie. Tak jak niemowlę, nie może dalej rosnąć i rozwijać się zanim nie opuści łona matki, i nie zostanie odcięta pępowina, tak małżeństwo nie może się w pełni rozwinąć bez opuszczenia przez nowożeńców domu rodzinnego. Opuszczenie ojca i matki wiąże się często z bólem, ale jest to niezbędne cierpienie, które trzeba ponieść dla dobra swojego związku.
W przytoczonym fragmencie jest mowa o mężczyźnie, jest to jednak oczywiste, że opuszczenie dotyczy obojga. Może tylko z dostrzeżeniem, że prawie we wszystkich tradycjach i kulturach to mężczyzna był odpowiedzialny za zbudowanie domu i wprowadzenie do niego swojej wybranki.
Aby w pełni zrealizować ten pierwszy etap należy osiągnąć pułap samodzielności zawodowej, czyli zdobyć takie wykształcenie, które zagwarantuje znalezienie pracy, pozwalającej na utrzymanie siebie i rodziny. Następnie zdobyć niezależność finansową, pozwalającą na wyprowadzenie się z domu rodzinnego. Element wyprowadzenia się jest tu prawie całkowicie konieczny, jest to „techniczny” sposób opuszczenia, oddzielenia się od rodziców, pozwalający na odczucie pełni samodzielności i niezależności. W tych treściach zawiera się także osiągnięcie samodzielności emocjonalnej i psychicznej, pozwalającej egzystować bez „prowadzenia za rękę”. Jest to umiejętność zatroszczenia się nawet o podstawowe elementy życia, w postaci załatwienia formalności w urzędzie, zadbania o własne zdrowie itp. Mowa tu również o podjęciu odpowiedzialności za siebie, za swoje czyny. Opuszczenie to także gotowość podjęcia odpowiedzialności za inne osoby, za współmałżonka, za poczęte dziecko, dojrzałość do pełnienia roli męża, żony, rodzica. To także świadomość gotowości podjęcia ofiary za innych, poświęcenia się, cierpienia, to znajomość podstawowych zasad moralnych, treści Dekalogu i Katechizmu oraz rozumienia istoty sakramentalności małżeństwa.
Często sami rodzice uniemożliwiają dziecku realizację tego kroku zniewalając je psychicznie, uzależniając od siebie emocjonalnie, ale i ekonomicznie. Wielokrotnie budują duże domy, planując zamieszkanie w nich zamężnych dzieci. Jest to wielkie nieporozumienie i krzywda wyrządzana dzieciom. W usamodzielnieniu się na wielu płaszczyznach pomaga wyjazd dziecka na studia do innego miasta. Myślę, że w przypadku mężczyzn ważnym etapem wydoroślania jest służba wojskowa.
W przeszłości łatwiej było realizować ten etap życia przedmałżeńskiego ze względu na szybsze dojrzewanie psychiczne człowieka niż obecnie. Nawet warunki skrajne, np. wojna i jej konsekwencje, znacznie przyśpieszały wejście w dorosłość, często bardzo młodych ludzi. Dlatego też dawne rodziny wielopokoleniowe nie przeszkadzały w funkcjonowaniu małżeństwa bez wyprowadzenia się z domu, gdyż zarówno rodzice, jak i młodzi małżonkowie byli bardziej świadomi swoich ról życiowych. Zapewne także zależności ekonomiczne, majątkowe, dziedziczenie, konieczność bycia kobiet na utrzymaniu mężów, jak i silny patriarchat rodzin, uznanie autorytetu seniora, czasami też seniorki rodziny. U podstaw rodziny wielopokoleniowej był także bardzo wysoki poziom rozumienia istoty roli męża, ojca, żony, matki, ale i odpowiedzialności za szerszą społeczność, za naród.
W obecnych warunkach, kiedy zarówno poziom dojrzałości emocjonalnej, psychicznej, jak i odpowiedzialności za siebie i za innych zostaje daleko w tyle za dojrzałością fizyczną, wyprowadzenie się z domu rodzinnego, nawet kosztem przesunięcia w czasie momentu zawarcia małżeństwa, staje się warunkiem fundamentalnym dla zbudowania trwałego małżeństwa.
Wyprowadzenie się z domu nie powoduje zerwania więzi z rodzicami, zatarcia odpowiedzialności dzieci za rodziców, szczególnie w ich podeszłym wieku. Daje jednak dla obu stron płaszczyznę wyjściowego komfortu i ułatwia rozwijanie wzajemnego szacunku. Łatwiej jest się szanować na odległość, nie będąc od siebie zależnym. Zamieszkanie wspólne ma swoje korzyści, ale jest ich znacznie mniej niż strat i często wyniszczeń wynikających z takiej sytuacji. Jeżeli staje się to nieunikniona koniecznością wymaga od obu stron ogromnej tolerancji, nieustannych kompromisów. Sytuacja taka powinna być potraktowana jako chwilowa, tymczasowa, przejściowa ze świadomością dążenia do wyprowadzenia się.
Opuszczenie domu rodzinnego staje się więc nieodzownym warunkiem zbudowania trwałego związku i osiągnięcia największego stopnia człowieczeństwa gdyż: „Dopiero oderwanie się od tej rzeczywistości wyjściowej i zdolność zawierzenia się komuś innemu, zdolność powierzenia swojego życia komuś innemu, ukazuje to, co w człowieku jest specyficzne na obraz i podobieństwo Boga” (Bp Z. Kiernikowski, „Dwoje jednym ciałem w Chrystusie”).
Zewnętrzna (wyprowadzenie się) i wewnętrzna realizacja tego ideału wyraża się także w pełnym uznaniu, że od tej chwili małżonkowie stają się dla siebie najważniejsi. Opuszczenie rodziców, jest więc także dojrzałością do uznania, że są oni nadal ważni, ale już nie najważniejsi, tak jak było do tego momentu. Trzeba przyjąć, że na pierwszym miejscu sytuuje się współmałżonek, potem dzieci będące owocem małżeństwa, a dopiero potem rodzice i rodzeństwo, znajomi itd. Także rodzice muszą uznać tę prawdę i nie oczekiwać od dzieci, aby traktowały ich jako ważniejszych od współmałżonka.
Można także dostrzec w idei opuszczenia domu rodzinnego konieczność, ale i zdolność do powierzenia się komuś innemu. Jest to wielkie ryzyko, kiedy zrywając więzy i zależność z rodzicami, robi się kolejny odważny krok rzucenia się w ramiona innej osoby, z którą nie łączą mnie więzy krwi. To oddanie się współmałżonkowi jest już zupełnie czymś innym niż wcześniejsze relacje z rodzicami. Przy nich było się bardziej odbiorcą dobra, czynności opiekuńczych, było się tym, komu rodzice służyli, komu poświęcali się. Obecnie przyjmuje się postawę dawcy dobra. Jest to przejście z poziomu tego, któremu służono, na poziom tego, który służy. Odejście staje się więc przejściem na znacznie wyższy pułap wartości. Jest to niesłychanie trudne, ryzykowne i wręcz niewykonalne w pełni. W nowym Chrystusowym wymiarze realizacja tego ideału staje się możliwa głównie poprzez Eucharystię, w czasie której niemożliwe (po ludzku) staje się możliwe. Może szczególnie na tym etapie wchodzenia w życie dorosłe, zarówno w przypadku odchodzących dzieci, jak i rodziców, którzy muszą zgodzić się na to odejście, decyzje ludzkie muszą być wspierane łaską Bożą.
Granice przyzwoitości w narzeczeństwie (1)
PO CO DYWAGOWAĆ O GRANICACH? Przecież one są zupełnie jasne! - powiedział mi pewien kapłan, gdy rozważałam potrzebę dyskutowania i dookreślania "granic przyzwoitości" w duszpasterskiej pracy z narzeczonymi i małżonkami. Od jakiegoś czasu nachodzą mnie bowiem refleksje, że w Kościele owe granice moralności zachowań seksualnych (i nie tylko, także związanych z bioetyką) i w narzeczeństwie, i (szczególnie) w małżeństwie, nie są wystarczająco określone i wyczerpująco uzasadniane. Co gorsza, bywają różnie wytyczane.
Proszono mnie o tekst poświęcony sytuacjom "granicznym" w bliskiej relacji mężczyzny i kobiety przed ślubem (na pytanie: "jak daleko można się posunąć?" nie wystarczy bowiem odpowiedź: "aż do pokoju nie wejdą rodzice"). Zanim jednak poruszymy tę kwestię, absolutnie konieczne i fundamentalne jest wprowadzenie, które nada naszemu myśleniu o moralności właściwy horyzont. Mówienie o granicach bez owego wprowadzenia mogłoby poczynić realne szkody. Tak naprawdę bowiem nie chodzi o granice; to nie one należą do meritum naszego zabiegania o dobrą relację z Bogiem, a w konsekwencji o piękno naszego zakochania i naszej ludzkiej miłości. (…)
"Nowa" norma moralnościowa a zdrowe podejście do problemu "granic"
Okazało się zatem, że to nie "prawo" i "wola Boża" jest ostateczną normą moralności, lecz chronione przez nie obiektywne wartości, z naczelną wartością osoby. Nie kochamy osoby ze względu na nakazujące to przykazania Dekalogu (jak chciał Ockham); to dekalog jest wtórny: powstał ze względu na osobę, jest wobec niej służebny. Kochamy osobę, gdyż jest osobą i ma wielką wartość. Dlatego namysł nad moralnością winien zostać rozpoczęty od osoby, a nie prawa. Bóg patrzy na osoby, a nie literę. Stąd szabat jest dla człowieka, a nie odwrotnie.
Z tego wynika, że "granice przyzwoitości", o których będzie mowa, nie służą podporządkowaniu ludzi prawu Wszechmocnego, lecz najzwyczajniej chronią osoby narzeczonych i piękno miłości. Nowe postrzeganie natury prawa akcentuje, iż nie chodzi w nim o NIE, o to, czego NIE WOLNO, lecz o pewne TAK: czego dobrze jest unikać, aby dobru człowieka, relacji i szczęściu powiedzieć TAK. Przekonanie o nie tylko powinnościowym, lecz personalistycznym sensie norm ułatwia ich przestrzeganie.
Wedle tej na nowo ujętej hierarchii wola Boża jest ważna, lecz ważna jest i wola osoby ludzkiej, która nie musi mieć danych z zewnątrz, aby odczytać dobro. Nie musi być trzymana na postronku praw, aby w swym sumieniu rozpoznać prawdę. Sumienie pozwala także rozpoznać indywidualne nacechowanie szczegółowych sytuacji, zmieniające niekiedy moralną konotację czynów. (…)
Argument miażdżący przemawiający za określeniem granic: chaos
Jak przytacza na swoim blogu (poświęconym dyskusji o moralności małżeńskiej w świetle nauki Kościoła) A. Sporniak, w 1951 roku Pius XII mówił: "Czyńcie wszystko, co możliwe, by przeszkadzać rozszerzaniu się literatury, która uważa się za uprawnioną do opisywania szczególików z intymnych przeżyć małżeńskich pod pozorem nauczania, kierowania, zabezpieczania małżonków", ponieważ "dla zabezpieczenia zaniepokojonych sumień małżonków wystarczy przeważnie sam ich zdrowy rozum, ich naturalny instynkt, krótkie pouczenie o jasnych i prostych zasadach moralności chrześcijańskiej". Jeszcze nie tak dawno Kościół był jak najdalszy od podejmowania etyki życia seksualnego i problematyki "granic". Szerzenie wiedzy na temat seksualności mogło zakończyć się ekskomuniką.
I choć dziś Kościół niesłychanie afirmuje seksualność w swoim oficjalnym nauczaniu, panuje atmosfera "oddolnego" chaosu i duszpasterskiego nieuporządkowania podstawowych zagadnień z tej dziedziny. Z jednej strony ciąży na nas spuścizna wcześniejszego nauczania ganiącego wszelkiego rodzaju analizy dotyczące sfery intymnej, z drugiej strony podnoszą się głosy zapotrzebowania na wyczerpujące analizy z duchowości i etyki seksualności. Analizy, które się pojawiają, bynajmniej nie ułatwiają małżonkom życia. Podczas gdy ks. Paczos pisze, że świętości nie osiągnie nigdy małżeństwo, które współżyje seksualnie ("Znak" 11/2006), o. Knotz promuje nową duchowość małżeństwa ukazującą sakramentalną świętość seksu i jego nadprzyrodzony charakter (Akt małżeński. Szansa spotkania z Bogiem i współmałżonkiem). Podczas gdy o. Szyran poucza o grzesznym charakterze fantazji seksualnych ("Homo Dei" 4/2006), o. Prusak przekonuje: "radość czerpana z (... ) relacji seksualnej (... ) nie obejdzie się bez wsparcia fantazji seksualnych" ("Gazeta Wyborcza" 13.06.2007). Kwestia moralnej konotacji namiętności i pożądania jest również wyjątkowo niejasna. W świetle tego typu sprzeczności i wątpliwości zasady małżeńskiej moralności chrześcijańskiej przestają być już tak "jasne i proste", jak chciał Pius XII. Wydaje się zatem, że postulat wprowadzenia ładu do nauki o moralności płciowej poprzez uszczegółowienie granic jest już nie tyle naglący, co alarmujący.
Prymat wolności, który dopiero pozwala mówić o normach
Na kanwie wyniesienia wartości osoby ponad jej służebne prawo, osobowej duchowości ponad wszelkie rozstrzyganie moralne, całościowego podejścia do Ewangelii i pełnego spokoju zaufania do Chrystusa nad skrupulatne przestrzeganie litery możemy poruszyć zagadnienie sytuacji granicznych, spokojni, że dalecy jesteśmy od sugestii czynienia z nich narzędzia ciemiężącego i regresu ku kazuistycznej mentalności.
Zanim jednak przejdziemy do obiecanego w tytule meritum tekstu, wyjaśnijmy, iż istota nauczania moralnego Kościoła na przestrzeni wieków nie ulega zmianie. Radykalnie zmieniają się okoliczności i warunki życia, co rodzi potrzebę aplikacji Objawienia do nowej rzeczywistości i współczesnych problemów, a w efekcie daje coraz pełniejsze zrozumienie tegoż Objawienia. Przemilczana niegdyś seksualność dziś nie jest tematem tabu. Okazuje się, że jest sferą świętą i należy o niej mówić wiele; tak wiele, jak wiele pytań stawiają narzeczeni i małżonkowie. Doszukiwanie się moralnych granic zachowań jest więc niczym innym, jak postulowanym przez o. Giertycha "naniesieniem" prawd wiary na naszą ludzką miłość - pośród wyzwań współczesności.
Czyli jak daleko można się posunąć przed ślubem?
Podejmijmy zatem próbę wywnioskowania z jedynego kryterium dobra osoby - konkretnych "granic bliskości" narzeczonych; granic, które strzegą ich czystej miłości; granic, które uczą nadawania gestom duchowego znaczenia; zaproponujmy zasady ich indywidualizacji. Przekonana przez studentów (a i własne doświadczenie), że potrzebują mówienia wprost i nazywania rzeczy po imieniu, postaram się nie uchylać pruderyjnie od kwestii szczegółowych.
Piękny paradoks cechujący czas "chodzenia ze sobą" i narzeczeństwa polega na tym, że im bliżej siebie fizycznie wówczas się znajdujemy, tym dalej wewnętrznie. Im "dalej się posuniemy" w niwelowaniu dzielącej nas fizycznej przestrzeni, tym większe ryzyko, że, przecież niechcący, "upośledzimy" lub wręcz zniwelujemy rodzącą się między nami wewnętrzną przyjaźń, która jest istotą naszej miłosnej relacji. Czyli przestrzegamy granic po to, aby między nami - w wymiarze wnętrza - granic nie było.
Dzieje się tak, ponieważ nie dlatego myślimy o granicach, że czyjeś "widzimisię" je ustaliło i bez powodu obwarowało sankcją grzechu, lecz dlatego, że są one najskuteczniejszym sposobem ochrony wzrostu, prawdziwości i głębi naszej miłości. Tak naprawdę "postawienie zapory", czyli przestrzeganie tego, czego "nie można" w narzeczeństwie, otwiera tamę dla wielorakich, wspaniałych walorów bijących niczym wodospad w nurcie naszej miłości: tak więc "nie można", aby dopiero "było można", aby "piękniej było można".
Jak działa ten dziwny mechanizm odwróconej zależności? Odpowiedzi udzielić można, posługując się argumentacją filozoficzną, psychologiczną i teologiczną. Aby pokazać rzecz wyraziście, zapytajmy najpierw o konsekwencje ostatecznego przekroczenia granic, czyli podjęcia pełnego współżycia seksualnego przed ślubem.
Zbliżenia seksualne przed ślubem...
Współżycie seksualne przed ślubem jest wydarzeniem raniącym. Tu nie ma mowy o wspominanej wcześniej indywidualizacji. Indywidualność ma znaczenie o tyle, że jednym łatwiej jest wstrzemięźliwość zachować, a inni muszą w to włożyć dużo wysiłku.
Ptak, który nie dorósł jeszcze do latania, a mimo to podejmuje próbę wyjścia z gniazda, przez moment, pełen uniesienia, cieszy się pozornym lotem. Niestety jednak spadanie, bez skrzydeł dojrzałości i łagodnego wiatru łaski sakramentu, może zakończyć się boleśnie.
…mogą zahamować rozwój prawdziwej miłości
Miłość jest procesem dynamicznym, który ma zazwyczaj wyraźne etapy, ciekawie opisane przez K. Wojtyłę. U początku jest upodobanie, czyli uczuciowe zafascynowanie się drugim, okres przepiękny i pełen prawdziwych wzruszeń, któremu nota bene zawdzięczamy najwznioślejsze dzieła miłosne literatury pięknej. Z niego wyłania się pożądanie drugiej osoby, nie seksualne, lecz pożądanie jej wartości dla swojego życia; upragnienie zdobycia i posiadania. Wreszcie życzliwość brzmiąca tak skromnie - jest złotą żyłą miłości, koroną jej rozwoju i najprawdziwszym imieniem.
Upodobanie i pożądanie, poza swoim urokiem, skrywają także pewne niebezpieczeństwa, które "urokiem" zresztą można określić. Jest to czas królowania uczuć, zaś niebezpieczeństwo jest takie, że uczucia, rzucając właśnie "urok" na zakochanego, zaciemniają poznanie prawdy o osobie darzonej afektem. Po wtóre, uczucia są chwiejne i spontaniczne, szybko przychodzą i mogą szybko odejść. Miłość uczuciowa ustaje. Wreszcie czas ten cechuje egocentryzm: uczucia szukają swego.
Miłość kompletna, dojrzała rodzi się w osobie, gdy po dość długim okresie uniesienia uczuciowe opadają, dochodzi do pierwszych rozczarowań bliską osobą, dostrzega się jej trudne strony. Miłość jest dorastaniem do prawdy o osobie i przyjęciem tej prawdy. Jeżeli bez orkiestry uczuć, już bez idealizacji, lecz na podstawie gruntownego poznania drugiego, człowiek w swojej woli znajduje pragnienie i decyzję szukania jego dobra nawet własnym kosztem, możemy powiedzieć, że kocha prawdziwie i w pełni.
Taka postawa jest złożeniem daru z siebie i swojego życia dla drugiej osoby. Dar ten jest zakorzeniony w decyzji afirmacji najgłębszej, bytowej wartości i tajemnicy drugiego człowieka, niezależnie od jego wad. Ten etap miłości przypieczętowuje łaska sakramentu.
Powyższy wstęp o naturze miłości był konieczny, aby ukazać w tym kontekście sens fizycznego złączenia. Ciało nie jest czymś zewnętrznym wobec osoby - ono jest znakiem "Ja" osoby i wyrazem duszy. W rozwoju duchowym dążymy do integracji ciała i serca, aby gest zewnętrzny odpowiadał i wyrażał mowę wnętrza. Zatem obnażenie i oddanie ciała oznacza obnażenie i oddanie swojej osoby i swojego życia. Antoni Nowak zauważa, że w podręcznikach do anatomii dostrzegano niekiedy zagadkowość błony dziewiczej, która występuje tylko u człowieka. Zdaje się być barierą ostrzegawczą przed pochopnym wniknięciem w ciało kobiety, wniknięciem, które tylko u ludzi nabiera duchowego znaczenia. Tylko u ludzi ciało wyraża ducha; przejęcie ciała drugiej osoby za swoje i zjednoczenie z nim ma charakter przymierza. Jak pisze Nowak: "Współżycie sprawia coś nieodwracalnego. Nie ma powrotu do pierwotnego stanu dziewictwa. Zawarte zostało przymierze krwi. Krwią przypieczętowano decyzję łączności, przynależności, wzajemnej odpowiedzialności”[1].
Skoro nagość oznacza poznaną (także trudną) prawdę o "Ja" drugiej osoby, a zjednoczenie ciał - zjednoczenie z tą osobą i jej życiem, przyjęcie i troskliwe otoczenie opieką aż po śmierć, nietrudno zobaczyć, że podjęcie współżycia przed etapem dojrzałej miłości, przed podjęciem tej wypróbowanej czasem i kłótniami, niezależnej od uczuć decyzji, lecz na etapach upodobania i pożądania stanowi znak wewnętrznie pusty. Nie jest to oddanie i przyjęcie osoby z całą jej prawdą i na całe życie, ponieważ prawdę fałszują emocje zakochania (nie da się kochać tego, czego się nie zna), a o niepewności trwałości przesądza naturalna zmienność uczuć, pod wpływem których podejmuje się zbliżenia. Utajony pod uczuciami egocentryzm zakłamuje ten najbardziej doniosły akt obcowania międzyludzkiego. Co więcej, współżycie raz podjęte, ze względu na obudzenie śpiących instynktów ciała, wciąga i absorbuje, staje się ulubioną formą spędzania czasu. Wzajemne poznanie i dorastanie do wolnej, niedeterminowanej niczym decyzji staje się tym bardziej zagrożone. Po pierwsze, utrudnia decyzję o odejściu, zwłaszcza dziewczynie, bo skoro my już... Po drugie może nie dojść do ważnych rozmów i kłótni, być może najistotniejszych dla przyszłości narzeczonych, ponieważ będą oni w czasie na to danym - "kochać" (świadomy cudzysłów) się.
Co to oznacza dla samych zakochanych?
"Pozwoliłam mu na wszystko; widział moje ciało i reakcje w najbardziej intymnym geście człowieczeństwa. Zawierzyłam mu cały mój los, a darując nagość i ciało, darowałam serce i całe życie. Ból, który odczułam, gdy wkroczył w moje wnętrze, był dla niego, gdyż byłam gotowa dzielić z nim mój wewnętrzny świat, każdy dzień i smutek. Odszedł, okazał się inny niż myślałam, wszystko przeminęło, nie wiem dlaczego."
... Są odrzuceniem niewyobrażalnej łaski
Nawiązując do powyższej, filozoficzno-psychologicznej argumentacji, sakrament jest odpowiedzią Boga na prośbę narzeczonych o łaskę, wspierającą ich decyzję woli, podjętą po należytym czasie dojrzewania miłości do daru z siebie. Daru mającego sięgnąć aż po śmierć.
Dlaczego Kościół wzywa, aby współżycie dokonywało się tylko w nurcie łaski sakramentu małżeństwa, nie zaś przed nim lub poza nim?
Kto żyje wiarą i wyznaje, że Panem naszym jest Jezus, kto doświadczył Jego obecności i troski, ten przeczuwa, że choć człowiek z człowiekiem może zjednoczyć się cieleśnie, to jednak - przez wzgląd na obecną w osobie wewnętrzną sferę nadprzyrodzoności - w zjednoczeniu duchowym, najbardziej wsobnym, dwojga "światów", udział Chrystusa jest nieodzowny.
Aby wniknąć głęboko w istotę sakramentu małżeństwa, cofnijmy się do początku. Człowiek został stworzony jako istota seksualna; jego przeczysta natura, skłonna do afirmacji wartości osoby, bez wysiłku wyrażała ciałem miłość. Grzech pierworodny - pychy i braku ufności wprowadził taki chaos w dotąd świętą naturę człowieka, że seks, jak i inne czyny, stał się okazją do zła, użycia i egoizmu. Mojżesz rozłożył ręce i powiedział: "Trudno, nic się nie da z tym zrobić. Oddalajcie wasze żony mocą listu rozwodowego". Jezus nie podzielił rezygnacji Mojżesza i przypomniał, że od początku tak nie było i nie można pozwalać na zło: kto pożądliwie patrzy (aby użyć), grzeszy (zob. Mt 19, 7-9; Mt 5, 28). Treścią przez Chrystusa niewypowiedzianą, a najważniejszą w wymowie tego fragmentu, jest: "Oto przychodzę, aby to uleczyć". I wypłynęła z przebitego boku Pana woda łaski i życia, którą czerpać możemy w sakramentach. I choć skutki grzechu pozostają, np. ładunek egocentryzmu w przeżyciach seksualnych, dysponujemy już odkupieniem Bożym, które w sakramentach stwarza człowieka "na nowo" , umożliwiając nam wznoszenie się ponad ciężar straszliwej winy ludzkości, na powrót ku odzyskaniu naszego najprawdziwszego "Ja" - obrazu Boga.
Ale czym jest to "odkupienie Boże" dostępne w sakramentach? Jest obecnością Boga w naszej codzienności. Nie symbolem obecności. Obecnością.
Św. Paweł napisał o małżeńskim zjednoczeniu: "Tajemnica to wielka, w odniesieniu do Chrystusa i Kościoła" (Ef 5, 32). Mówi się często, że mąż i żona to obraz Chrystusa i Kościoła - Chrystusa, które swoje nagie ciało ofiarował na krzyżu, ofiarując swoje życie z miłości dla Kościoła. Jednak w sakramentalnym małżeńskim ma miejsce coś bardziej wstrząsającego: małżonkowie nie stanowią tylko obrazu, w ich relacji obecny jest ofiarujący siebie Kościołowi w ich osobach żywy Chrystus.
Obecny jest najpierw w samym zawarciu sakramentu - w świątyni. Jednak szczególne wylanie sakramentalnej łaski dokonuje się we współżyciu seksualnym, najpierw pierwszym, które konstytuuje samo małżeństwo, a później w każdym kolejnym. I wreszcie w całym ich odniesieniu: łaska sakramentu jest jak czułe spojrzenie Boga, które wciąż "zasila" ich miłość - Swoją. A dzieje się to tak, że On ich uzdalnia do kochania, gdy oni przyjmują Jego tkliwość. Św. Josemaria Escriva de Balaguer zauważył, że małżonkowie nie są tylko szafarzami sakramentu, ale i samą materią: analogicznie jak chleb i wino jest materią Eucharystii. Choć nie stwierdzamy naocznie, że w kielichu jest Krew, a na ołtarzu Ciało, wszak przyjmujemy żywego Pana. Choć nie stwierdzamy naocznie, że w łagodnym spojrzeniu, którym obdarzają się małżonkowie, w pocałunkach składanych na ciele ukochanego/ukochanej i w czułym słowie u końca trudnego dnia jest obecna delikatność samego żyjącego w nich Jezusa, dzieje się ten cud objawienia mocą łaski sakramentu.
Akt wzajemnego oddania osób poprzez oddanie ciał w Bożej obecności, który oprócz tego, że jest wspaniałym przeżyciem, może być nawet okazją do kontemplacji, jest także sposobem stwarzania nowych ludzi. Obecny tutaj żywy Bóg decyduje o poczęciu lub niepoczęciu nowego człowieka. Akt ten ma zatem podwójną głębię, najpierw jako zjednoczenie z ukochanym człowiekiem i Bogiem, a także jako moment stworzenia.
Oto zarys prawdy świętych misteriów dokonujących się w małżeństwie. Niezwykle trafne wydaje się zatem porównanie wagi błędu podjęcia współżycia przed ślubem do spowiadania wiernych przez kleryka przed wyświęceniem. Nauka Kościoła ukazująca grzech aktów seksualnych poza małżeństwem znajduje tutaj swoje pełne uzasadnienie. W miejscu tym wypada także zwrócić uwagę na niestosowność terminu "czystość przedmałżeńska". W pierwszym skojarzeniu termin ten sugeruje jakoby "czystość" oznaczała powstrzymywanie się od czegoś "nieczystego", czym są w tym kontekście akty seksualne. Czystość przedmałżeńska może być również odbierana jako opozycja do okresu małżeństwa, gdy owe "nieczyste akty" są już dopuszczalne. Postuluję używanie określenia "wstrzemiężliwość"; już wystarczająco wiele krzywdy nauka Kościoła w historii wyrządziła seksualności, podważając jej czystość, dlatego dziś unikać należy jak ognia choćby pozoru takiego jej ujmowania.
Współżycie seksualne jest z natury, samo w sobie, czymś czystym. Jest pomysłem Bożym i w nim pięknie wyraża się afirmacja człowieczeństwa. Współżyjący małżonkowie nie tylko są czyści i święci – są przybytkiem Boga. I właśnie ze względu na podziw Kościoła dla małżeńskiej miłości, także jej fizycznych przejawów, w której obecny jest Chrystus i Jego stwórcza moc, Kościół w swojej nauce dba o to, aby świętości pożycia nie brukać, nie szargać, nie kalać. Seks poza małżeństwem jest już z definicji wyjęty z kontekstu małżeńskiej miłości i używany jakby "dla własnych celów" , z pominięciem niebotycznych duchowych możliwości, które mógłby nieść dla kochających się mężczyzny i kobiety. Bo - jak mawiał Pierre Teilhard de Chardin – im bliżej Boga, tym bliżej siebie nawzajem.
Zamieszczone fragmenty artykułu dr Małgorzaty Wałejko „Granice przyzwoitości w narzeczeństwie” pochodzą z pisma „Teofil” nr 2(26)2007 „Czy Kościół zapomniał o zakochanych?”
Serdecznie dziękujemy Redakcji za zgodę na publikację. I wszystkich zachęcamy do przeczytania całego tekstu i innych artykułów z tegoż numeru.
________________________________________
[1] A. J. Nowak, Doświadczyć Boga w ciele, Wrocław 1994, s. 30.
Granice przyzwoitości w narzeczeństwie (2)
Masturbacja, fantazje i niepełne akty seksualne
Sensem płciowości jest jej wpisanie w horyzont spotkania, dialogu i daru, który jest sensem człowieczeństwa. Jakiekolwiek formy ograniczania płciowości do własnego "Ja" i własnych doznań, bez wymiaru miłości międzyosobowej, zaprzeczają najgłębszej naturze osoby. Nasza seksualność, w odróżnieniu od popędliwości zwierząt, zamiast właściwego im skupienia na sobie i reprodukcji, staje się najbardziej doniosłym wyrazem duchowej komunii.
Masturbacja, celnie określona przez Woody'ego Allena mianem "seksu z osobą, którą kocha się najbardziej", odziera seks z jemu przynależnej głębi i duchowości. Sprowadza go do przyjemności i popędu. Tym samym sprzeciwia się i naturze osoby powołanej ku wyżynom miłości, i naturze samego współżycia, którego istotą jest dar, wyrażony także w potencjalnej płodności tego aktu.
Analogiczną moralną konotację przypisać należy fantazjom seksualnym. Spotkałam się z kontrargumentem, iż fantazjowanie o seksie z ukochaną osobą wypływa z miłości do niej. Owszem, samo pragnienie zjednoczenia, także fizyczna tęsknota, to elementy naturalnej i bezgrzesznej namiętności, o której jeszcze powiemy. Jednak świadome snucie wyobrażeń o seksie z ukochaną nie jest aktem miłości, gdyż sprowadza narzeczoną do roli fantomu seksualnego, narzędzia własnych doznań. Bo pytam: co jej przez to dajesz? Płciowość jest piękna i ma sens dopiero wtedy, gdy nadajemy jej wymiar dialogu i spotkania. W fantazjach nie spotykam osoby ukochanej, lecz jej obraz, zatem używam jej. Na tej samej zasadzie nie należy marzyć seksualnie o żonie. W okresie narzeczeństwa poza pominięciem wymiaru daru dochodzi fakt, iż marzy się o aktach w narzeczeństwie niewłaściwych, co może osłabić wolę troski o wstrzemiężliwość.
Wreszcie niepełne akty seksualne, czyli wszelkie formy pettingu, stosunki przerywane i zachowania imitujące zbliżenia, z wyłączeniem samego momentu zjednoczenia. Dla ukazania przyczyn ich niestosowności wystarczy powtórzyć opisaną powyżej symbolikę i duchowość seksu. Najpierw tę płynącą z duchowości samej osoby, która wyraża się w spotkaniu cielesnym. Jego pełne przeżycie, po czasie głębokiego przygotowania i pielęgnowania wzrastającej miłości, jest oddaniem siebie i przyjęciem małżonka, na zawsze, bezinteresownie. Odmówienie czasu przygotowania w narzeczeństwie do tego wydarzenia, pospieszne podejmowanie niepełnych form zbliżenia, sugeruje nieodczytanie personalistycznego znaczenia współżycia, a zamiast tego pierwszorzędne szukanie własnych doznań i siebie samego; zabiera zatem narzeczonym możliwość takiego przeżycia seksu, jakie – jako zintegrowane z duchem i psychiką - dla osoby jest najbardziej uszczęśliwiające. Drugi wymiar duchowości seksu dotyka już sfery wiary i przemawia do osób wierzących w nadprzyrodzoność. Tylko w pełnych, małżeńskich aktach mogą spotkać Boga żywego. W nic także drzemie ta kosmiczna, przedziwna, wykraczająca poza doczesność i sięgająca wieczności stwórcza moc, jaką Bóg może stworzyć życie. Te dwa fakty przemawiają za tym, że nie bez powodu małżeński seks jest wart wyczekania i przygotowania wewnętrznego, zaś narzeczeńskie "zabawy nim" są bezczeszczeniem sacrum.
Pocałunki i dotyk
W przypadku pocałunków i dotyku niesięgającego nagości możemy już mówić o zmiennej konotacji moralnej w zależności od uwzględnionego indywidualnego temperamentu seksualnego i intencji.
Osoby zakochane i zaręczone, które przygotowują się do małżeństwa, pragną kochanej osobie okazywać swoją miłość i czułość. Subtelny czuły dotyk i pocałunek jest znakiem okazania drugiej osobie postawy swojego serca. Niemniej często niepokoi narzeczonych wątpliwość, czy mogą się całować "głęboko" i "namiętnie".
Nigdzie nie jest napisane: "Nie wolno się całować «głęboko», tudzież «namiętnie»". Zasadniczo można się całować, ba, nawet trzeba! Cóż by to było za narzeczeństwo bez pocałunków? Jednak osoba, świadomie obserwując reakcje swojego ciała, powinna, opierając się na swoim sumieniu, uczciwie ocenić, czy tego rodzaju całowanie nie porusza kamyka, który może spowodować lawinę nie do zatrzymania. Analogicznie rzecz się ma z innymi gestami, które nie muszą wkraczać w nagość, aby stać się używaniem. Nawet dotykanie dłoni czy karku, wyglądające zupełnie bezpiecznie, może wywołać silną reakcję seksualną. Jeśli osoba wie, że kontroluje siebie, że w owych pocałunkach i gestach okazuje delikatność i czułość i nie rozbudza cielesności nadmiernie, czyli do granic jej nieopanowania, nie musi się obawiać. Jednak narzeczeni powinni myśleć także o "drugiej stronie". Należy rozmawiać i pytać: "czy ten gest, taki pocałunek to nie jest dla ciebie za dużo?". Tylko szczerość buduje; nieprzyznawanie się do bardzo silnych reakcji i szukanie ich, gdy narzeczony, narzeczona nie są tego świadomi, jest podstępnym, egoistycznym uprzedmiotowieniem. Tylko czujna szczerość pomoże obojgu strzec pokoju serc i ciał, radośnie czekających na dzień ich zjednoczenia w Panu Bogu.
"Ręce, które leczą", nie wędrują. Kwestia nagości
Dotyk zakochanych narzeczonych bywa wkroczeniem w zupełnie nowe doświadczenie kochania i bycia kochanym, inne od pieszczot rodziców i przyjacielskich uścisków. Czułość i subtelność takich gestów jest przeżyciem bardzo poruszającym, świeżym, niezapomnianym, "terapeutycznym". Jednak jeśli te dłonie zaczynają zatracać samoopanowanie i wędrują pod ubranie, szukają nagości, jest to alarm, że coś jest nie tak. Nie należy na to sobie i ukochanej osobie pozwalać. Nagość jest zarezerwowana dla małżonków. Jak pisaliśmy, ukazując znaczenie seksu: nagość wyraża coś, do czego w budowaniu naszej miłości długo się dochodzi. Jest znakiem ostatecznego, nieodwołalnego, przemyślanego odsłonięcia najintymniejszych obszarów "Ja" i – więcej - powierzeniem ich ukochanemu. Jest tylko jedna rzecz, jak zauważa Karol Wojtyła, która bezpiecznie "absorbuje" wstyd nagiego ciała: to miłość, ta, która poznała prawdę o osobie i chce swoje życie tej prawdzie na zawsze i bez względu na wszystko oddać. Akt ten "najbezpieczniej" dokonuje się już w małżeństwie wyrażającym wewnętrzną gotowość; dla wierzących ma znaczenie sakramentalne.
Planowane wobec przypadkowego: orgazm, marzenia i szukanie okazji
We wcześniejszych częściach tekstu wskazywałam na zdrową wewnętrzną wolność, na pewien spokój, który rodzi się z ufności do Chrystusa. On naprawdę kocha i jest wyrozumiały. Największą troską duszpasterską powinno być chronienie wiary i moralności młodych przed lękiem. Dlatego należy rozgraniczać "wpadki" nieplanowane od "wyrachowanych" grzechów. Młode ciało, które wcześniej nie miało doświadczeń seksualnych, jest niebywale reaktywne. Wystarczy wówczas przytulenie, pocałunek, subtelna pieszczota, aby spowodować gwałtowną i niechcianą reakcję. W takich sytuacjach nawet nagłe odczucie orgazmu przez dziewczynę czy wytrysk u chłopaka nie jest żadną winą moralną. Podobnie marzenia i wyobrażenia o charakterze seksualnym dotyczące osoby ukochanej są także bezgrzeszne, dopóki są niejako "mimowolne". Chwila, w której zakochany/zakochana uzmysłowi sobie, o czym rozmyśla, niejako "oprzytomnieje", jest punktem startowym oceny moralnej: wówczas dopiero decyduje wolą, czy będzie kontynuować owe wizje, czy też powie im "stop".
Aby czyn nosił znamię grzechu, musi być w pełni uświadomiony i chciany. Zatem szukanie pełni odczuć seksualnych (orgazmu) lub świadome doprowadzenie się do dużego napięcia seksualnego poprzez prowokowanie pieszczot i "szukanie okazji", czy też wolitywne snucie fantazji erotycznych jest już nie fair wobec ukochanej osoby i jest zawinione.
Namiętność w narzeczeństwie
Pytano mnie: "szukanie i planowanie silnych doznań jest grzechem, jednak każda bliskość fizyczna zakochanych jest już doznaniem, jest elektryzująca, pełna namiętności. Wszak miłość mężczyzny i kobiety jest namiętna. Pragniemy się przytulać i całować i to już jest namiętne. Skąd wiemy, czy to nie jest już to «grzeszne szukanie okazji do rozbudzania» ?"
Namiętność, czyli pragnienie fizycznej bliskości, postrzeganie ukochanej osoby także w horyzoncie seksualnym, tęsknota za fizycznym zbliżeniem, dotykiem i zjednoczeniem jest wspaniałą cechą miłości oblubieńczej. Ona jest już obecna w relacji "chodzenia ze sobą" i narzeczeństwa i, jak pisałam, zarówno pocałunki, nawet te "namiętne", jak i nienaruszające granicy nagości pieszczoty - są naturalnymi atrybutami tego czasu; przez nie okazujemy sobie i czułość, i pragnienie spotkania. Tak naprawdę więc "łapanie się" na marzeniu o zbliżeniu, doznawanie pragnienia fizycznego kontaktu nie powinno narzeczonych stresować ani martwić, lecz... cieszyć! Takie właśnie cudowności Bóg im przygotował i skłonność ciał jest tego słodką zapowiedzią.
Zatem odczuwanie pragnienia seksualnego oraz namiętności przy okazji narzeczeńskich gestów jest naturalne i piękne, nie należy się tego bać. Granicę przekracza ten, kto namiętność świadomie roznieca do etapu, gdzie jednemu lub obojgu już trudno się zatrzymać. Jeszcze raz podkreślam: jeśli dzieje się to przypadkowo - to nic. Jeśli jest spowodowane świadomie - jest nieodpowiedzialne i grzeszne. Mądrością narzeczonych jest więc tonowanie swojego naturalnego i dobrego pragnienia, którym powinni się cieszyć; tonowanie, czyli niepruderyjne gaszenie wszelkiej namiętności, i niezatracanie się w niej; swoista umiejętność trzymania namiętności pod kontrolą.
Przekłada się to także na granice w rozmowach, o które pytają narzeczeni. Czy mogą rozmawiać o tym "jak to będzie cudownie w małżeństwie", razem marzyć o nocy poślubnej i miesiącu miodowym? Oczywiście, że mogą. Tak samo, jak mogą wymyślać imiona dzieci, wyobrażać sobie, jak urządzą mieszkanie. Rozmowy o ich małżeńskim seksie winni jednak także opatrzyć klauzulą wzmożonej czujności. Czym innym jest pełne skromności rozmawianie o sypialni usianej płatkami róż i poprzedzającej noc kolacji, a czym innym rozpracowywanie technicznych szczególików przebiegu zbliżenia i kroju nocnej bielizny. Ta druga opcja może bardzo rozbudzić namiętność i tęsknotę, którą - jak wiemy - należy tonować.
"Inwestowanie" w czułość
Przypomnijmy - po co tonować namiętność? Jak pisaliśmy, miłość ma swoje etapy i najpierw musimy dać jej wzrosnąć na poziomie naszego ducha, wnętrza; musimy wynieść ponad namiętność to, co od niej w miłości jest stokroć ważniejsze: miłość dusz, przyjaźń. Namiętność i seks ma wyrażać te właśnie "wyższe" komponenty miłości. Aby namiętność miała co wyrażać i aby była jak najcudowniejsza, musimy ją najpierw wytonować, aby dać dojrzeć i dojść do głosu wewnętrznemu wymiarowi miłości.
Niewątpliwie ważna tutaj jest czułość. Ona jest swoistym pomostem między wymiarem wewnętrznej, wolitywnej miłości, a namiętnością. Czułe jest nie tylko delikatne pocałowanie ust czy czoła ukochanej osoby, nie tylko pogłaskanie jej włosów czy dłoni. Czułe jest zostawienie bukietu na klamce o siódmej rano. Czuły jest liścik ukryty w zeszycie od wykładów. Czuły jest napisany wiersz. I wreszcie wszelkie czyny ofiarne, budujące tę właśnie przyjaźń w miłości: odprowadzenie do domu przy koszmarnym mrozie i wielogodzinne tłumaczenie informatyki.
Wspólne namioty, wspólne mieszkanie i "pokuszenie" ślubem cywilnym
Jakiś angelizm, poczucie posiadania absolutnej, wręcz nadludzkiej mocy nad swoją seksualnością, musi kierować narzeczonymi, którzy, pragnąc wstrzemiężliwości, ryzykują wspólne zamieszkanie pod namiotem czy we wspólnym mieszkaniu. Tymczasem "wystawianie się na pokusę", choć nie jest równoznaczne z "szukaniem okazji" do grzechu, jest także postawą braku czujności i rozwagi w panowania nad namiętnymi poruszeniami cielesnymi. Spotkałam się także parokrotnie z sytuacją, gdy narzeczeni z przyczyn zawodowo-wyjazdowoprawnych przyspieszali ślub cywilny, w nieco odleglejszym terminie planując kościelny. Należy uczulić na mogące wówczas zaistnieć wrażenie małżeństwa, zwłaszcza, że w oczach wielu młodzi już nim są: owa iluzja osłabia niekiedy niezłomność trwania w narzeczeńskich postanowieniach.
Czy "przyzwoitość"to tylko sprawy seksu?
Choć podstawowym tematem tekstu miały być granice przyzwoitości w odniesieniu do seksualności - wszakże słowo "przyzwoitość" najbardziej kojarzy się ze sprawami intymnymi - istotne wydaje się poruszenie zagadnienia także innej, pozaseksualnej przyzwoitości.
Odpowiedzialność za słowa i przejrzystość gestów, czyli o niedomyślnych chłopcach i nazbyt domyślnych dziewczynach
Niezwykle ważna w związku, o ile ma on być budowany dojrzale, jest przejrzystość słów, gestów i zamiarów. Chłopcy powinni być świadomi, że dziewczyny zwykle liczą na poważną, czyli przyszłościową relację, a na dodatek pospiesznie projektują własną wizję męskich intencji i uczuć na bazie bardzo pobieżnych danych. Gesty i pocałunki są dla dziewczyny przeważnie komunikatem wielkiej rangi, poświadczającym zaangażowanie i poważne zamiary mężczyzny; chłopcy tymczasem często gestom i znakom nie nadają takiej rangi. Podczas gdy dziewczyna, jako "nazbyt domyślna", ma już wybrany model sukni ślubnej, możliwe, że chłopak sprawę traktuje wciąż "przypadłościowo" i lekko. Z drugiej strony on w swej męskiej prostolinijności nie domyśla się, jak wiele dla niej znaczą gesty, symbole i znaki. Dlatego jeśli chłopak chodzi z dziewczyną, a nie jest dogłębnie przekonany, że ją właśnie chce poślubić i wciąż rozważa inną opcję, niech to jasno wypowie, niech ograniczy okazywane jej gesty. Spotkałam się z sytuacją, że mężczyzna rozkochał w sobie dziewczynę, obsypywał czułościami, zapoznał z rodzicami, jednak przez cały czas dręczyły go wątpliwości, o których jej nie mówił. Za gestami nie stała prawda. Nagle opuścił ją a ona z rozżalenia i złości wyszła za mąż za przypadkowego kandydata.
Narzeczeńska bigamia
Skandaliczną nieprzyzwoitością jest bycie w związku z dwiema osobami naraz. Słyszę o tym coraz częściej: ktoś niepewny, którą/którego wybrać, spotyka się z dwiema osobami jednocześnie. Rzecz jasna jest to oszustwo, jeśli bowiem obie relacje śmie nazywać "miłością", nie wie, że miłość cechuje wyłączność i wierność. Obie te cechy już przed ślubem wymagają postawy uczciwości. Dać siebie w sposób oblubieńczy można jednej osobie. Jeśli natomiast ktoś rzeczywiście nie wie, z którą z dwóch osób ma się spotykać, niech obie relacje zachowa, lecz nazywa koleżeństwem lub przyjaźnią i próbuje lepiej poznać obie osoby. Jeśli mami obie dla lepszego poznania każdej, jest egoistą i na pewno nie kocha.
Czy mogę podrywać dziewczynę lub narzeczoną kolegi?
To bardzo ciekawe i trudne pytanie. Z pewnością "podrywanie" nie byłoby tutaj uczciwe. Nie można podstępnie, za plecami kolegi, czarować dziewczyny, choćby było się przekonanym, że "jest mi pisana" . Z drugiej jednak strony, dopiero dzień zawarcia sakramentu małżeństwa jest potwierdzeniem przez Kościół i pobłogosławieniem obranej
drogi. Każdy ma prawo dążyć do szczęścia, jeśli więc chłopak jest zakochany w "zajętej" koleżance, lub dziewczyna w "zajętym" chłopcu, ma pełne prawo do prób poznania tej osoby, rozmów, okazji do poznania się. Na pewno nie poprzez perfidnie planowane spotkania poza wiedzą jej dziewczyny/chłopaka, lecz w "czystej grze". Nawet zaręczyny nie świadczą jeszcze o nieodwołalnej woli Bożej co do małżeństwa zaręczonych. Co więcej, relacje narzeczonych z innymi mężczyznami/kobietami, mogą utwierdzać i budować związek. Są także dla niego próbą i sprawdzeniem.
Jeśli bowiem miłość narzeczonych jest już ugruntowana etapem wolitywnym - daru i decyzji, czyli życzliwością, o której pisaliśmy, niezależną od chwiejności uczuciowych i nawet spontanicznych "zadurzeń", które przecież mogą się zdarzać także w małżeństwie), wówczas nic tej więzi już nie zagrozi. Wówczas zdarza się, że narzeczeni udzielają sobie sakramentu małżeństwa, trwając w emocjonalnym kryzysie czy nawet przejściowej uczuciowej skłonności ku innej osobie; przyjmują jednak sakrament, gdyż rozumieją, że o prawdzie miłości nie stanowi magia uniesień i emocji, lecz wewnętrzna decyzja miłości na dobre i na złe, większej od emocjonalnej infantylności. Oto miłość, która wszystko przetrzyma.
Jedyny niezawodny sposób na przestrzeganie granic przyzwoitości w narzeczeństwie
Na koniec raz jeszcze pragnę powrócić do istoty duchowości chrześcijańskiej, która pozwala nam właściwie podchodzić do wszelkich praw, przykazań i granic.
Osoby, które widzą w prawnych wskazaniach drogę do doskonałości moralnej, do której muszą same dojść, poprzez zaciśniecie zęby i wysiłek moralny, są skazane na bądź to faryzejskie zadowolenie z siebie, bądź też, częściej, na niepowodzenie, bunt przeciw nauce Kościoła lub bolesne poczucie, ze nie zasługują, są zatem odrzuceni.
Chrześcijanie, którzy mają relację z Chrystusem, doświadczają Jego łagodności i po prostu Jemu ufnie się oddają, wiedzą, że Jego miłość nie jest w ogóle zależna od ich doskonałości moralnej. Człowiek nie jest powołany w pierwszej kolejności do czystości moralnej, lecz do poufałej relacji miłości z Bogiem. Grzechy i upadki nie są katastrofą, lecz lekcją własnej słabości, która tym bardziej pozwala zdać się na Boga i pogodnie liczyć na Jego pomoc. A żyjąc w przyjaźni z Chrystusem, otrzymujemy Jego łaskę i pomoc: modlitwa i zaufanie dają nam siły, aby prawdziwie kochać przyszłą żonę/męża i wtedy przestrzeganie granic staje się coraz bardziej naturalne i nawet niezauważalne.
Dopiero żywa relacja z Bogiem - na którą nie trzeba zasługiwać, która nie baczy na nasze słabości - niesie zrozumienie, że nie jesteśmy w niewoli prawa, lecz cechuje nas wolność dzieci Bożych. Oznacza to, że prawo nie jest narzędziem ucisku, lecz naszą ochroną przez błędami i samozniszczeniem - nas, innych, naszych ludzkich miłości; czyli po to stawia granice pewnym zachowaniom, aby sama miłość mogła wyrosnąć ponad wszelkie granice.
Zamieszczone fragmenty artykułu dr Małgorzaty Wałejko „Granice przyzwoitości w narzeczeństwie” pochodzą pisma Kolegium Filozoficzno-Teologicznego Dominikanów „Teofil” nr 2(26)2007 „Czy Kościół zapomniał o zakochanych?”
Serdecznie dziękujemy Redakcji za zgodę na publikację. I wszystkich zachęcamy do przeczytania całego tekstu i innych artykułów z tegoż numeru.
Przygotować się na...
Urzekło mnie to zdjęcie – prawdziwie radosnej Panny Młodej, obsypanej kwiatami, w białej sukni i z wielkim uśmiechem. Też tak chcę! Ona przecież płacze ze szczęścia! I wtedy pomyślałam bardzo szybko: będę płakać ze szczęścia, że już drugi raz nie będę musiała wybierać sukni!... I już nie będzie tych przygotowań. (Uśmiecham się, naprawdę.)
Do czego jest narzeczeństwo? To czas przygotowań. Do czego przygotowań? Otóż odpowiedzi są dwie: do ślubu/wesela i do małżeństwa. Na jedno i na drugie jest czas. Ten sam i nie ten sam.
Do ślubu trzeba się przygotować
Lista zadań jest długa: ceremonia ślubna (sprawy formalne w kancelarii, oprawa liturgii, dekoracja, świadkowie), przyjęcie weselne (sala, catering, muzyka, dekoracja, podziękowania itd.) oraz wszelkie inne drobiazgi (zaproszenia, obrączki, stroje, dodatki itd.) Naprawdę można godzinami szukać sukni. Można także przekopywać tony zdjęć, aby znaleźć dobrego fotografa. Można zakopać się w ogłoszeniach, aby znaleźć dobrą kapelę. Przygotowania do uroczystości to gwar, zamieszanie, czasem kłótnia albo zniechęcenie. A połączone to wszystko z bieganiną – i nie ważne, czy mamy kilka miesięcy, czy kilka lat. Średnio utrzymuje się zawsze podobne tempo. Jak nie zwariować?
Warto mieć dystans. Dobrą organizację i plan (co, kiedy i gdzie załatwić? Do kiedy wysłać zaproszenia? Do kiedy mieć już stroje?). Lepiej nie zastawiać niczego na ostatnią chwilę, ale jakby trochę chomikować wszystko, co się przytrafia. Można łapać dobre okazje (np. obniżki cen w salonach jubilerskich czy w sklepach z garniturami). Najlepiej działa się we dwójkę, albo i grupowo: ja szukam obrączek i przedstawiam najlepsze modele, a ty znajdujesz najsensowniejszą ofertę fotografa. Wiele kombinacji w zależności od potrzeb i możliwości.
Przygotowanie do ślubu to całkiem niezłe przygotowanie do małżeństwa. Dobra rozgrzewka: zgramy się? Zorganizujemy? Zdążymy? Ładnie wypadniemy?
Niezłe, ale niecałe.
Do małżeństwa trzeba się przygotować
Tak, narzeczeństwo jest właśnie do tego, choć nie zawsze przygotuje – w sensie już dokonanym. Czasem bardziej przygotowuje niż przygotuje.
Ślub jest pewną granicą, nic nie równa się łasce sakramentu, błogosławieństwu Boga, świętemu węzłowi. A jednak ten dzień nie zmienia ludzi tak po prostu. Zaślubiny cementują związek, są bramą, przepustką. To, co zostało wypracowane wcześniej – na pewno zostaje, zaprocentuje. Tam, gdzie pozostały luki, ukaże się brak i pewne za-danie. Oby do nadrobienia. Jak zatem warto spędzić te kilka/kilkanaście miesięcy?
1. Trwać w czystości
Nikt na pewno nie myślał o innej odpowiedzi pod numerem 1. Z jednej strony łatwiej czekać, kiedy widzi się „nagrodę”, z drugiej strony młodzi są już sobie tak bliscy, że oczekiwanie może być uciążliwe. Warto wtedy rozmawiać ze sobą, znajdywać sobie różne zajęcia.
I – ważne – czystość nie oznacza jedynie fizycznej czystości, ale też duchową.
2. Umacniać relację z Bogiem
Jakkolwiek by wcześniej nasza wiara była mocna/silna – w małżeństwie zaczyna się nowa jakość wiary. Oczywiście, indywidualna modlitwa jest bardzo ważna, ale warto wyrobić sobie nawyk wspólnego bycia z Bogiem. Można odmawiać brewiarz (jakże cudownie brzmi na dwa chóry), można ustalić jakiś dzień na wspólną adorację i mszę (poza niedzielą), można rozważać wspólnie Ewangelię. Można też rozglądać się za wspólnotą i rekolekcjami – jednak już skierowanymi stricte dla małżeństw, rodzin.
3. Poznawać się i siebie samego
Małżeństwo to już nowy etap. Wszystko odtąd będzie wspólne. Warto uporządkować swoje życie – być może jakieś zranienia? To dobra okazja na przeanalizowanie swoich doświadczeń, pragnień i możliwości. I oczywiście – konieczna jest konfrontacja z drugą osobą. Można w tym czasie naprawdę zacząć się otwierać, analizować, pytać. Mówić o swoich lękach i marzeniach.
4. Spotkania
Dobrze jest spędzać ze sobą dużo czasu w różnych formach – może jakiś sport? Warto też dbać szczególnie o wspólnych znajomych, czyli o inne zaprzyjaźnione pary, narzeczeństwa czy małżeństwa. Nagle, nie wiadomo kiedy, może utworzyć się wspaniała wspólnota, grupa wsparcia i rozrywki. Mamy wspólne sprawy, mamy wspaniałe (oby!) przykłady.
5. Plany, dom, dzieci
Warto rozmawiać o przyszłości, planować rozsądnie życie już po ślubie. Można poszukać mieszkania i myśleć już o potrzebnych do niego akcesoriach. To wszystko tworzy klimat domowy, daje czas na oswojenie się z innością codzienności bycia już razem. Jednak sam moment wspólnego mieszkania warto odłożyć i zarezerwować na chwile po ślubie – w całkowitej czystości sumienia, w radości, w wielkim odkrywaniu!
6. Odliczanie
Warto odliczać dni. Nie tylko dosłownie. Warto tęsknić, czekać. Czasem pobyć oddzielnie i wysyłać rzewne smsy albo listy (tak, te w kopercie). Taki czas już nie powróci.
A życie i tak bardzo zaskoczy, zobaczycie. Odkryjecie i w sobie, i drugiej osobie cos bardzo nowego.
Odkryjcie w nim/niej – małżonka/małżonkę. Nie powtórnie.
/Jeśli macie pomysły na inne porady dla narzeczonych – piszcie!/
Stan pre-małżeński
Stan narzeczeński to coraz częściej omijana cząstka życia (albo wydłużana niemiłosiernie, albo tylko tak nazywana), co tu dużo mówić i rozwodzić się przed sednem kwestii. Dziś o stanie. Ani wolnym, ani zamężnym. O stanie takim wpół: bycia po i bycia przed. O stanie odważności.
Stan narzeczeński jest stanem słowa. Jestem na-rzeczona, opisana, określona. Coś zatem się rzekło. Słowo: TAK – tak, zostanę, tak, będę. W tych chwilach zawsze przypomina mi się wiersz Herberta „Dałem słowo”. Zamieszczam fragment.
mogłem śmiało powiedzieć/ namyślę się jeszcze/ nie ma pośpiechu/ to nie rozkład jazdy
ale czas eksplodował/ nie było już przedtem/ nie było już potem/ w oślepiającym teraz/ trzeba było wybierać/ więc dałem słowo
Można złamać słowo, wszak to nie to ostateczne. Nie przysięga, bez świadków z cichym towarzyszeniem Boga. Można sprawdzać, można oddać pierścionek i cały bagaż obciążeń (tak wskazuje przecież prawo kanoniczne, choć wątpię w odliczanie do grosza w chwilach rozstania). Ale w tym stanie zawieszenia między dwoma nazwiskami – jest tylko jedna droga. Pre-tożsamości. Pre-siebie.
Droga wspomnień i rozważań o przyszłości, droga kalkulacji własnych sił, pragnień i możliwości, droga poszukiwań Domu i wszelkich niezbędnych drobiazgów kuchennych, doniczkowych, okiennych…, droga słuchania nauk czy pouczeń i słuchania siebie, droga biegania po sklepach z białą konfekcją, droga wyborów i organizacji, sporządzania list i rachunków, droga marzeń, droga niecierpliwości, odliczania i pewności, droga zwierzeń i przygotowań. Droga pozornego stonowania i zatrzymania nad decyzją, a tak naprawdę kilka miesięcy wielkiego szaleństwa i radości.
Wiem, że to czas nie-powtórny. Wiem, że to coś więcej niż Czas.
PS. Szczególne pozdrowienia dla Narzeczonych, dla Wahających się i dla Bagatelizujących sprawę. Odwagi i radości! Sobie i Wam. Wszystkim.
KW
Jak długi powinien być czas narzeczeństwa?
Na początek dobrze jest się przyjrzeć – po co my – zakochani się zaręczamy i co zamierzamy z tym czasem oboje zrobić, jak go wykorzystamy.
Jeśli traktujemy naszą wspólną decyzję o ślubie poważnie i odpowiedzialnie – takie też będzie nasze narzeczeństwo. Dobrze jest sobie nazwać – czym ten czas będzie dla każdego z nas osobno i dla nas razem.
Jeśli czas narzeczeństwa – większość lub nawet jego całość – poświęcimy na wybór odpowiedniej sali, orkiestry, idealnej kreacji panny młodej i pana młodego, jeśli ten czas będzie tylko układaniem listy gości, a potem listy prezentów ślubnych – jednym słowem – jeśli nasza uwaga będzie skupiona wyłącznie na aspektach zewnętrznych, materialnych i tak naprawdę dotyczących tego jednego dnia zaślubin – to później, kiedy emocje już opadną, a my rozpoczniemy wspólne życie - możemy być bardzo rozczarowani zupełnie obcą nam rzeczywistością.
Co zrobić, aby czas narzeczeństwa był dobrym czasem dla nas i by stanowił silny fundament dla naszego małżeństwa i naszej przyszłej rodziny? Narzeczeństwo to przede wszystkim czas na bliskie poznawanie mojej przyszłej żony i mojego przyszłego męża. Poznajemy się już wcześniej – to oczywiste, jednak w tym wyjątkowym czasie dobrze jest się przyglądać osobno i wspólnie tym aspektom, które dotyczą życia w małżeństwie i rodzinie. I to nie chodzi o to, aby wyłącznie pojechać na dobrze zorganizowany kurs przedmałżeński i na tym poprzestać. Potrzeba dać sobie wystarczająco dużo czasu na rozmowy z narzeczoną/narzeczonym, aby dotknąć tak wielu tematów, które są istotne dla powodzenia naszej relacji i naszego związku. Warto zadbać o poznanie bliskiej rodziny przyszłego męża i przyszłej żony. I co jest ważne – to obie strony się poznają – przyszli teściowie poznają swoją przyszłą synową, przyszłego zięcia, ale jednocześnie przyszła synowa, przyszły zięć poznają przyszłych teściów.
Czas bezpośredniego przygotowania do małżeństwa nie powinien być ani zbyt długi (kilka lat, bo i tak się zdarza), ani zbyt krótki (kilka miesięcy, które w takich sytuacjach często są wykorzystane wyłącznie na przygotowania ceremonii i przyjęcia). Dobrze jest, jeśli narzeczonym uda się tak zaplanować czas narzeczeństwa, aby w przeciągu roku zadbać o przygotowania zewnętrzne (oprawa Mszy św, sala, orkiestra, suknia, garnitur itp.), ale przede wszystkim o przygotowanie siebie i swoich serc na ten wyjątkowy dzień i każdy następny wspólnego już życia.