Tools
A+ R A- wide normal
Zarejestruj Zaloguj
  • Skip to content
Home » Wyświetla wpisy wg etykiety: czystosc
  • Projekt KiM
  • NPRjestOK!
  • Ślubne-plany
  • O nas
  • Wydarzenia
  • Linki
  • Homesummary
  • Ona&Onmy work
    • Elementarz
    • Kobieta
    • Mężczyzna
    • Ona&On
    • Perfekcyjna Randka
    • Kącik Singla
  • Relacjewith us
    • Narzeczeństwo
    • Małżeństwo
    • Seksualność
  • Rodzina 
    • Rodzina
    • Dzieci
    • Wokół życia
  • Blogi 
    • Blogi Redakcyjne
      • Z pamiętnika Księżniczki
      • Z rycerskiego szlaku
      • Dziennik pokładowy
      • Antykoncepcyjne dylematy
      • Dei Verbum
      • Między nami
      • Kuźnia Miłości
      • Dzień-Dobry-Dzieci
      • Biblio-teczka Malucha
      • Przestrzenie Miłości
      • Super mamą być
      • Piękno kobiety
      • I love USA
      • Przez żołądek do serca
      • Opowieści z Czarodziejskiej Góry
      • Nowa dieta MŻ
      • Z pamiętnika Panny Młodej
  • Dobra Strefa 
    • Strefa Książki
    • Strefa Filmu
    • Strefa Świadectw
    • Strefa Multimediów
    • Strefa Poezji
    • Strefa Wiary
    • Zapisy na Kursy
  • Forum 
  • Kontakt 
Złote Myśli
"Miłość w najgłębszych pokładach mojej istoty była tą nadzwyczajną energią, która kazała mi chodzić, biegać,walczyć, żyć." (Michel Quoist)
"Gdybyś kiedy we śnie poczuła, że oczy moje już nie patrzą na ciebie z miłością, wiedz, żem żyć przestał." (S. Żeromski)
"Serca przepełnione miłością nigdy daleko od siebie nie odejdą" (Elen White)
"Moją siłą ciążenia jest miłość moja:dokądkolwiek zmierzam, miłość mnie prowadzi." św. Augustyn
"Potrzeba wiele serca, aby tylko trochę kochać" (Henry de Montherland)
"Kochać to wierzyć drugiej osobie i ufać jej, wierzyć w jej ukryte siły, w życie które posiada, jakiekolwiek byłyby kamienie do usunięcia dla wyrównania drogi." (Michel Quoist)
"Każda kochana kobieta jest księżniczką w oczach tego, kto się o nią ubiega, i w swoich własnych" (Karel Čapek)
"Miarą miłości jest miłość bez miary" (Św. Franciszek Salezy)
"Ach, co za oszczędność czasu zakochać się od pierwszego wejrzenia!" (Jan Kamyczek)
"Tragedią miłości nie jest śmierć. Tragedią miłości nie jest rozłąka. Tragedią miłości jest obojętność." (William S. Maugham)

Subskrybuj RSS
piątek, 28 listopada 2008 19:22

Czystość w sepii

Czystość w sepii

Dlaczego czystość została zanegowana, ośmieszona i zabrudzona, dlaczego stała się jakby infantylna, obca i abstrakcyjna? Nie chcę równie abstrakcyjnych, zawikłanych albo zbyt błahych odpowiedzi. I oto przychodzi z wytłumaczeniem nie kto inny jak właśnie Karol Wojtyła.



Resentyment polega na błędnym, wypaczonym stosunku do wartości. Jest to brak obiektywizmu w ocenie i wartościowaniu, a źródła jego leżą w słabości woli. Chodzi o to, że wyższa wartość domaga się większego wysiłku woli, jeśli chcemy ją osiągnąć lub zrealizować. Aby więc subiektywnie zwolnić się od tego wysiłku, aby przed samym sobą usprawiedliwić brak takiej wartości, pomniejszamy jej znaczenie, odmawiamy jej tego, co w rzeczywistości jej przysługuje, widzimy w niej wręcz jakieś zło, choć obiektywizm zobowiązuje do uznania dobra. Resentyment posiada, jak widać, znamienne cechy tej kardynalnej wady, jaką jest lenistwo. Św. Tomasz określa lenistwo (acedia) jako „smutek płynący stąd, że dobro jest trudne”. Sam smutek jeszcze nie fałszuje dobra, a nawet pośrednio podtrzymuje on w duszy uznanie dla jego wartości. Resentyment idzie jednak dalej: nie tylko fałszuje obraz dobra, ale doprecjonuje to, co powinno zasługiwać na uznanie, aby człowiek nie musiał z trudem podciągać siebie do prawdziwego dobra, ale mógł „bezpiecznie” uznawać za dobro to tylko, co jemu odpowiada, co dla niego wygodne. Resentyment mieści się w mentalności subiektywistycznej: przyjemność zastępuje tu nadrzędną wartość.

(Karol Wojtyła, Miłość i odpowiedzialność)

Czystość można by dziś oprawić w ramkę i postawić w muzeum w odległej gablocie. Czystość próbuje się dziś nieudacznie (pod szyldem artyzmu) malować jako czaro-białą fotografię (bo zdjęcia są wszechobecne i bardziej rzeczywiste) albo coraz częściej w sepii, bo modnie. Tak jak modne są ostatnio suknie ślubne ecrui. A tymczasem czystość nie tylko jest biała (choć to szczególnie), ale jest kolorowa. Zupełnie jak tęcza i jak prawo rozszczepiania światła. Ale to piękno wysublimowane i całkiem inne od gryzących i atakujących barw bilbordów i reklam. A jednak rozszczepianie wiązki światła wymaga cierpliwości, uważności i za-pragnięcia.

Uderzył mnie dzisiejszy mechanizm spychania cnoty czystości w naszej świadomości i w kulturze tak stanowczo i dogłębnie zbadany przez Wojtyłę. Ostatnio dużo się mówi. Wolność słowa dopuszcza coraz więcej głosów. Kolejna moda. Czasem ktoś w telewizji poprowadzi wywiad z młodymi zdeterminowanymi, zadając bardzo niezręczne pytania. Czasem ktoś napisze świetny tekst do gazety (katolickiej!), który nie wyjdzie dalej. Choć wątpliwe, czy trafiając w świat, nie trafiłby w próżnię. Czasem ktoś odważnie powie wśród znajomych o swoich doświadczeniach czystości, a potem szybko zamilknie. Światowi, którzy zaczynają brudzić się, nie twierdzą nigdy, że czystość jest trudna. Mówią tylko, że Ona nie jest, odbierając jej status ontologiczny. O trudzie czystości mówią jedynie walczący o czystość. Rzeczywiście, nie chodzi o wygodę. Ci, którzy zasmakowali czystości (i owocnie ją przepracowali, wymalowali) powiedzą, że jest piękna. Dopiero spotkanie z Nią i doświadczenie Jej pozwala tak stwierdzać. Ci, którzy Jej nie poznali – nie mają prawa głosu, dusząc jej moc nawet bez przyzwolenia.

Czuję oklepanie tematu, wygładzenie Czystości albo do stanu nieważkości i nieistnienia (jest, ale dostępna aniołom), albo do stanu kliszy z sepii (możliwe, że była, ale nie ma Jej już i jest niedzisiejsza). A Ona jest realna, jest na wyciągnięcie Serca i rąk. Nie rąk świętych, ale dłoni, które umieją chwycić drugą dłoń i poczuć Człowieka, rozumiejąc, że Osoba to coś znacznie ponad ciało, że Osoba to całokształt. Czystość bytuje na wyciągnięcie... pługa czy miecza. Czystość jest pracą. Czystość jest walką. Ale nie walką z ciałem, ale właśnie z lenistwem, z letniością, z od-człowieczeniem. Jest postawą, która wymaga wysiłku, aby stać i nie przysiąść. I jest drogą. Nie celem, nie ideałem, który kiedyś-tam będzie do osiągnięcia. Jest drogowskazem. A właściwie: być może.

Wielkim odkryciem bywa zrozumienie, że czystość jest doświadczeniem dwojga ludzi: chociaż każdego z osobna, to jednak oboje są współtwórcami nowej jakości swej relacji, a właściwe podstawą dialogu. Czystość jest tworzeniem, integrowaniem. Jest nie tylko wstrzemięźliwością, ale też u-kochaniem drugiej Osoby danej. Jest skupieniem i przygotowywaniem, jest jednoczeniem serc, które prowadzi do doskonałego, mistycznego zjednoczenia ciał. Misterium czystości.

Czystość nie zabiera niczego światowego, co byłoby dobre. Ma wielkie zakusy budowniczego. I jedyne, co widzi, to parę ludzi: mężczyznę i kobietę w relacji ja-ty, w relacji miłości, która chce stać się komunią, współ-przeżywaniem, współ-oddaniem. Czystość to postawa fotografa. Oto taki jesteś i takiego Cię uchwycę. Oto taki jestem i takiego mnie Tobie oddam. Chcę widzieć Cię w kolorach. Nie chcę Cię malować, retuszować. Nie chcę zatajać, nie chcę nie-wiedzieć. Chcę poznawać, aby objąć Cię całego i chcę być Cały objęty. To, co robię ja, robisz Ty. Jeśli jednemu z nas nie wychodzi, to stara się on jeszcze mocniej na podobieństwo drugiego. Jak w zwierciadle. W najczystszym zwierciadle. Dopiero tam widzę Ciebie. A Ty mnie.

Opublikowane w Elementarz
Czytaj więcej...
wtorek, 20 stycznia 2009 00:00

Granice przyzwoitości w narzeczeństwie (1)

Granice przyzwoitości w narzeczeństwie (1)

PO CO DYWAGOWAĆ O GRANICACH? Przecież one są zupełnie jasne! - powiedział mi pewien kapłan, gdy rozważałam potrzebę dyskutowania i dookreślania "granic przyzwoitości" w duszpasterskiej pracy z narzeczonymi i małżonkami. Od jakiegoś czasu nachodzą mnie bowiem refleksje, że w Kościele owe granice moralności zachowań seksualnych (i nie tylko, także związanych z bioetyką) i w narzeczeństwie, i (szczególnie) w małżeństwie, nie są wystarczająco określone i wyczerpująco uzasadniane. Co gorsza, bywają różnie wytyczane.

Proszono mnie o tekst poświęcony sytuacjom "granicznym" w bliskiej relacji mężczyzny i kobiety przed ślubem (na pytanie: "jak daleko można się posunąć?" nie wystarczy bowiem odpowiedź: "aż do pokoju nie wejdą rodzice"). Zanim jednak poruszymy tę kwestię, absolutnie konieczne i fundamentalne jest wprowadzenie, które nada naszemu myśleniu o moralności właściwy horyzont. Mówienie o granicach bez owego wprowadzenia mogłoby poczynić realne szkody. Tak naprawdę bowiem nie chodzi o granice; to nie one należą do meritum naszego zabiegania o dobrą relację z Bogiem, a w konsekwencji o piękno naszego zakochania i naszej ludzkiej miłości. (…)

"Nowa" norma moralnościowa a zdrowe podejście do problemu "granic"

Okazało się zatem, że to nie "prawo" i "wola Boża" jest ostateczną normą moralności, lecz chronione przez nie obiektywne wartości, z naczelną wartością osoby. Nie kochamy osoby ze względu na nakazujące to przykazania Dekalogu (jak chciał Ockham); to dekalog jest wtórny: powstał ze względu na osobę, jest wobec niej służebny. Kochamy osobę, gdyż jest osobą i ma wielką wartość. Dlatego namysł nad moralnością winien zostać rozpoczęty od osoby, a nie prawa. Bóg patrzy na osoby, a nie literę. Stąd szabat jest dla człowieka, a nie odwrotnie.

Z tego wynika, że "granice przyzwoitości", o których będzie mowa, nie służą podporządkowaniu ludzi prawu Wszechmocnego, lecz najzwyczajniej chronią osoby narzeczonych i piękno miłości. Nowe postrzeganie natury prawa akcentuje, iż nie chodzi w nim o NIE, o to, czego NIE WOLNO, lecz o pewne TAK: czego dobrze jest unikać, aby dobru człowieka, relacji i szczęściu powiedzieć TAK. Przekonanie o nie tylko powinnościowym, lecz personalistycznym sensie norm ułatwia ich przestrzeganie.

Wedle tej na nowo ujętej hierarchii wola Boża jest ważna, lecz ważna jest i wola osoby ludzkiej, która nie musi mieć danych z zewnątrz, aby odczytać dobro. Nie musi być trzymana na postronku praw, aby w swym sumieniu rozpoznać prawdę. Sumienie pozwala także rozpoznać indywidualne nacechowanie szczegółowych sytuacji, zmieniające niekiedy moralną konotację czynów. (…)

Argument miażdżący przemawiający za określeniem granic: chaos

Jak przytacza na swoim blogu (poświęconym dyskusji o moralności małżeńskiej w świetle nauki Kościoła) A. Sporniak, w 1951 roku Pius XII mówił: "Czyńcie wszystko, co możliwe, by przeszkadzać rozszerzaniu się literatury, która uważa się za uprawnioną do opisywania szczególików z intymnych przeżyć małżeńskich pod pozorem nauczania, kierowania, zabezpieczania małżonków", ponieważ "dla zabezpieczenia zaniepokojonych sumień małżonków wystarczy przeważnie sam ich zdrowy rozum, ich naturalny instynkt, krótkie pouczenie o jasnych i prostych zasadach moralności chrześcijańskiej". Jeszcze nie tak dawno Kościół był jak najdalszy od podejmowania etyki życia seksualnego i problematyki "granic". Szerzenie wiedzy na temat seksualności mogło zakończyć się ekskomuniką.

I choć dziś Kościół niesłychanie afirmuje seksualność w swoim oficjalnym nauczaniu, panuje atmosfera "oddolnego" chaosu i duszpasterskiego nieuporządkowania podstawowych zagadnień z tej dziedziny. Z jednej strony ciąży na nas spuścizna wcześniejszego nauczania ganiącego wszelkiego rodzaju analizy dotyczące sfery intymnej, z drugiej strony podnoszą się głosy zapotrzebowania na wyczerpujące analizy z duchowości i etyki seksualności. Analizy, które się pojawiają, bynajmniej nie ułatwiają małżonkom życia. Podczas gdy ks. Paczos pisze, że świętości nie osiągnie nigdy małżeństwo, które współżyje seksualnie ("Znak" 11/2006), o. Knotz promuje nową duchowość małżeństwa ukazującą sakramentalną świętość seksu i jego nadprzyrodzony charakter (Akt małżeński. Szansa spotkania z Bogiem i współmałżonkiem). Podczas gdy o. Szyran poucza o grzesznym charakterze fantazji seksualnych ("Homo Dei" 4/2006), o. Prusak przekonuje: "radość czerpana z (... ) relacji seksualnej (... ) nie obejdzie się bez wsparcia fantazji seksualnych" ("Gazeta Wyborcza" 13.06.2007). Kwestia moralnej konotacji namiętności i pożądania jest również wyjątkowo niejasna. W świetle tego typu sprzeczności i wątpliwości zasady małżeńskiej moralności chrześcijańskiej przestają być już tak "jasne i proste", jak chciał Pius XII. Wydaje się zatem, że postulat wprowadzenia ładu do nauki o moralności płciowej poprzez uszczegółowienie granic jest już nie tyle naglący, co alarmujący.

Prymat wolności, który dopiero pozwala mówić o normach

Na kanwie wyniesienia wartości osoby ponad jej służebne prawo, osobowej duchowości ponad wszelkie rozstrzyganie moralne, całościowego podejścia do Ewangelii i pełnego spokoju zaufania do Chrystusa nad skrupulatne przestrzeganie litery możemy poruszyć zagadnienie sytuacji granicznych, spokojni, że dalecy jesteśmy od sugestii czynienia z nich narzędzia ciemiężącego i regresu ku kazuistycznej mentalności.

Zanim jednak przejdziemy do obiecanego w tytule meritum tekstu, wyjaśnijmy, iż istota nauczania moralnego Kościoła na przestrzeni wieków nie ulega zmianie. Radykalnie zmieniają się okoliczności i warunki życia, co rodzi potrzebę aplikacji Objawienia do nowej rzeczywistości i współczesnych problemów, a w efekcie daje coraz pełniejsze zrozumienie tegoż Objawienia. Przemilczana niegdyś seksualność dziś nie jest tematem tabu. Okazuje się, że jest sferą świętą i należy o niej mówić wiele; tak wiele, jak wiele pytań stawiają narzeczeni i małżonkowie. Doszukiwanie się moralnych granic zachowań jest więc niczym innym, jak postulowanym przez o. Giertycha "naniesieniem" prawd wiary na naszą ludzką miłość - pośród wyzwań współczesności.

Czyli jak daleko można się posunąć przed ślubem?

Podejmijmy zatem próbę wywnioskowania z jedynego kryterium dobra osoby - konkretnych "granic bliskości" narzeczonych; granic, które strzegą ich czystej miłości; granic, które uczą nadawania gestom duchowego znaczenia; zaproponujmy zasady ich indywidualizacji. Przekonana przez studentów (a i własne doświadczenie), że potrzebują mówienia wprost i nazywania rzeczy po imieniu, postaram się nie uchylać pruderyjnie od kwestii szczegółowych.

Piękny paradoks cechujący czas "chodzenia ze sobą" i narzeczeństwa polega na tym, że im bliżej siebie fizycznie wówczas się znajdujemy, tym dalej wewnętrznie. Im "dalej się posuniemy" w niwelowaniu dzielącej nas fizycznej przestrzeni, tym większe ryzyko, że, przecież niechcący, "upośledzimy" lub wręcz zniwelujemy rodzącą się między nami wewnętrzną przyjaźń, która jest istotą naszej miłosnej relacji. Czyli przestrzegamy granic po to, aby między nami - w wymiarze wnętrza - granic nie było.

Dzieje się tak, ponieważ nie dlatego myślimy o granicach, że czyjeś "widzimisię" je ustaliło i bez powodu obwarowało sankcją grzechu, lecz dlatego, że są one najskuteczniejszym sposobem ochrony wzrostu, prawdziwości i głębi naszej miłości. Tak naprawdę "postawienie zapory", czyli przestrzeganie tego, czego "nie można" w narzeczeństwie, otwiera tamę dla wielorakich, wspaniałych walorów bijących niczym wodospad w nurcie naszej miłości: tak więc "nie można", aby dopiero "było można", aby "piękniej było można".

Jak działa ten dziwny mechanizm odwróconej zależności? Odpowiedzi udzielić można, posługując się argumentacją filozoficzną, psychologiczną i teologiczną. Aby pokazać rzecz wyraziście, zapytajmy najpierw o konsekwencje ostatecznego przekroczenia granic, czyli podjęcia pełnego współżycia seksualnego przed ślubem.

Zbliżenia seksualne przed ślubem...

Współżycie seksualne przed ślubem jest wydarzeniem raniącym. Tu nie ma mowy o wspominanej wcześniej indywidualizacji. Indywidualność ma znaczenie o tyle, że jednym łatwiej jest wstrzemięźliwość zachować, a inni muszą w to włożyć dużo wysiłku.

Ptak, który nie dorósł jeszcze do latania, a mimo to podejmuje próbę wyjścia z gniazda, przez moment, pełen uniesienia, cieszy się pozornym lotem. Niestety jednak spadanie, bez skrzydeł dojrzałości i łagodnego wiatru łaski sakramentu, może zakończyć się boleśnie.

 

…mogą zahamować rozwój prawdziwej miłości


Miłość jest procesem dynamicznym, który ma zazwyczaj wyraźne etapy, ciekawie opisane przez K. Wojtyłę. U początku jest upodobanie, czyli uczuciowe zafascynowanie się drugim, okres przepiękny i pełen prawdziwych wzruszeń, któremu nota bene zawdzięczamy najwznioślejsze dzieła miłosne literatury pięknej. Z niego wyłania się pożądanie drugiej osoby, nie seksualne, lecz pożądanie jej wartości dla swojego życia; upragnienie zdobycia i posiadania. Wreszcie życzliwość brzmiąca tak skromnie - jest złotą żyłą miłości, koroną jej rozwoju i najprawdziwszym imieniem.

Upodobanie i pożądanie, poza swoim urokiem, skrywają także pewne niebezpieczeństwa, które "urokiem" zresztą można określić. Jest to czas królowania uczuć, zaś niebezpieczeństwo jest takie, że uczucia, rzucając właśnie "urok" na zakochanego, zaciemniają poznanie prawdy o osobie darzonej afektem. Po wtóre, uczucia są chwiejne i spontaniczne, szybko przychodzą i mogą szybko odejść. Miłość uczuciowa ustaje. Wreszcie czas ten cechuje egocentryzm: uczucia szukają swego.

Miłość kompletna, dojrzała rodzi się w osobie, gdy po dość długim okresie uniesienia uczuciowe opadają, dochodzi do pierwszych rozczarowań bliską osobą, dostrzega się jej trudne strony. Miłość jest dorastaniem do prawdy o osobie i przyjęciem tej prawdy. Jeżeli bez orkiestry uczuć, już bez idealizacji, lecz na podstawie gruntownego poznania drugiego, człowiek w swojej woli znajduje pragnienie i decyzję szukania jego dobra nawet własnym kosztem, możemy powiedzieć, że kocha prawdziwie i w pełni.

Taka postawa jest złożeniem daru z siebie i swojego życia dla drugiej osoby. Dar ten jest zakorzeniony w decyzji afirmacji najgłębszej, bytowej wartości i tajemnicy drugiego człowieka, niezależnie od jego wad. Ten etap miłości przypieczętowuje łaska sakramentu.

Powyższy wstęp o naturze miłości był konieczny, aby ukazać w tym kontekście sens fizycznego złączenia. Ciało nie jest czymś zewnętrznym wobec osoby - ono jest znakiem "Ja" osoby i wyrazem duszy. W rozwoju duchowym dążymy do integracji ciała i serca, aby gest zewnętrzny odpowiadał i wyrażał mowę wnętrza. Zatem obnażenie i oddanie ciała oznacza obnażenie i oddanie swojej osoby i swojego życia. Antoni Nowak zauważa, że w podręcznikach do anatomii dostrzegano niekiedy zagadkowość błony dziewiczej, która występuje tylko u człowieka. Zdaje się być barierą ostrzegawczą przed pochopnym wniknięciem w ciało kobiety, wniknięciem, które tylko u ludzi nabiera duchowego znaczenia. Tylko u ludzi ciało wyraża ducha; przejęcie ciała drugiej osoby za swoje i zjednoczenie z nim ma charakter przymierza. Jak pisze Nowak: "Współżycie sprawia coś nieodwracalnego. Nie ma powrotu do pierwotnego stanu dziewictwa. Zawarte zostało przymierze krwi. Krwią przypieczętowano decyzję łączności, przynależności, wzajemnej odpowiedzialności”[1].

Skoro nagość oznacza poznaną (także trudną) prawdę o "Ja" drugiej osoby, a zjednoczenie ciał - zjednoczenie z tą osobą i jej życiem, przyjęcie i troskliwe otoczenie opieką aż po śmierć, nietrudno zobaczyć, że podjęcie współżycia przed etapem dojrzałej miłości, przed podjęciem tej wypróbowanej czasem i kłótniami, niezależnej od uczuć decyzji, lecz na etapach upodobania i pożądania stanowi znak wewnętrznie pusty. Nie jest to oddanie i przyjęcie osoby z całą jej prawdą i na całe życie, ponieważ prawdę fałszują emocje zakochania (nie da się kochać tego, czego się nie zna), a o niepewności trwałości przesądza naturalna zmienność uczuć, pod wpływem których podejmuje się zbliżenia. Utajony pod uczuciami egocentryzm zakłamuje ten najbardziej doniosły akt obcowania międzyludzkiego. Co więcej, współżycie raz podjęte, ze względu na obudzenie śpiących instynktów ciała, wciąga i absorbuje, staje się ulubioną formą spędzania czasu. Wzajemne poznanie i dorastanie do wolnej, niedeterminowanej niczym decyzji staje się tym bardziej zagrożone. Po pierwsze, utrudnia decyzję o odejściu, zwłaszcza dziewczynie, bo skoro my już... Po drugie może nie dojść do ważnych rozmów i kłótni, być może najistotniejszych dla przyszłości narzeczonych, ponieważ będą oni w czasie na to danym - "kochać" (świadomy cudzysłów) się.

Co to oznacza dla samych zakochanych?

"Pozwoliłam mu na wszystko; widział moje ciało i reakcje w najbardziej intymnym geście człowieczeństwa. Zawierzyłam mu cały mój los, a darując nagość i ciało, darowałam serce i całe życie. Ból, który odczułam, gdy wkroczył w moje wnętrze, był dla niego, gdyż byłam gotowa dzielić z nim mój wewnętrzny świat, każdy dzień i smutek. Odszedł, okazał się inny niż myślałam, wszystko przeminęło, nie wiem dlaczego."

... Są odrzuceniem niewyobrażalnej łaski

Nawiązując do powyższej, filozoficzno-psychologicznej argumentacji, sakrament jest odpowiedzią Boga na prośbę narzeczonych o łaskę, wspierającą ich decyzję woli, podjętą po należytym czasie dojrzewania miłości do daru z siebie. Daru mającego sięgnąć aż po śmierć.

Dlaczego Kościół wzywa, aby współżycie dokonywało się tylko w nurcie łaski sakramentu małżeństwa, nie zaś przed nim lub poza nim?

Kto żyje wiarą i wyznaje, że Panem naszym jest Jezus, kto doświadczył Jego obecności i troski, ten przeczuwa, że choć człowiek z człowiekiem może zjednoczyć się cieleśnie, to jednak - przez wzgląd na obecną w osobie wewnętrzną sferę nadprzyrodzoności - w zjednoczeniu duchowym, najbardziej wsobnym, dwojga "światów", udział Chrystusa jest nieodzowny.

Aby wniknąć głęboko w istotę sakramentu małżeństwa, cofnijmy się do początku. Człowiek został stworzony jako istota seksualna; jego przeczysta natura, skłonna do afirmacji wartości osoby, bez wysiłku wyrażała ciałem miłość. Grzech pierworodny - pychy i braku ufności wprowadził taki chaos w dotąd świętą naturę człowieka, że seks, jak i inne czyny, stał się okazją do zła, użycia i egoizmu. Mojżesz rozłożył ręce i powiedział: "Trudno, nic się nie da z tym zrobić. Oddalajcie wasze żony mocą listu rozwodowego". Jezus nie podzielił rezygnacji Mojżesza i przypomniał, że od początku tak nie było i nie można pozwalać na zło: kto pożądliwie patrzy (aby użyć), grzeszy (zob. Mt 19, 7-9; Mt 5, 28). Treścią przez Chrystusa niewypowiedzianą, a najważniejszą w wymowie tego fragmentu, jest: "Oto przychodzę, aby to uleczyć". I wypłynęła z przebitego boku Pana woda łaski i życia, którą czerpać możemy w sakramentach. I choć skutki grzechu pozostają, np. ładunek egocentryzmu w przeżyciach seksualnych, dysponujemy już odkupieniem Bożym, które w sakramentach stwarza człowieka "na nowo" , umożliwiając nam wznoszenie się ponad ciężar straszliwej winy ludzkości, na powrót ku odzyskaniu naszego najprawdziwszego "Ja" - obrazu Boga.

Ale czym jest to "odkupienie Boże" dostępne w sakramentach? Jest obecnością Boga w naszej codzienności. Nie symbolem obecności. Obecnością.

Św. Paweł napisał o małżeńskim zjednoczeniu: "Tajemnica to wielka, w odniesieniu do Chrystusa i Kościoła" (Ef 5, 32). Mówi się często, że mąż i żona to obraz Chrystusa i Kościoła - Chrystusa, które swoje nagie ciało ofiarował na krzyżu, ofiarując swoje życie z miłości dla Kościoła. Jednak w sakramentalnym małżeńskim ma miejsce coś bardziej wstrząsającego: małżonkowie nie stanowią tylko obrazu, w ich relacji obecny jest ofiarujący siebie Kościołowi w ich osobach żywy Chrystus.

Obecny jest najpierw w samym zawarciu sakramentu - w świątyni. Jednak szczególne wylanie sakramentalnej łaski dokonuje się we współżyciu seksualnym, najpierw pierwszym, które konstytuuje samo małżeństwo, a później w każdym kolejnym. I wreszcie w całym ich odniesieniu: łaska sakramentu jest jak czułe spojrzenie Boga, które wciąż "zasila" ich miłość - Swoją. A dzieje się to tak, że On ich uzdalnia do kochania, gdy oni przyjmują Jego tkliwość. Św. Josemaria Escriva de Balaguer zauważył, że małżonkowie nie są tylko szafarzami sakramentu, ale i samą materią: analogicznie jak chleb i wino jest materią Eucharystii. Choć nie stwierdzamy naocznie, że w kielichu jest Krew, a na ołtarzu Ciało, wszak przyjmujemy żywego Pana. Choć nie stwierdzamy naocznie, że w łagodnym spojrzeniu, którym obdarzają się małżonkowie, w pocałunkach składanych na ciele ukochanego/ukochanej i w czułym słowie u końca trudnego dnia jest obecna delikatność samego żyjącego w nich Jezusa, dzieje się ten cud objawienia mocą łaski sakramentu.

Akt wzajemnego oddania osób poprzez oddanie ciał w Bożej obecności, który oprócz tego, że jest wspaniałym przeżyciem, może być nawet okazją do kontemplacji, jest także sposobem stwarzania nowych ludzi. Obecny tutaj żywy Bóg decyduje o poczęciu lub niepoczęciu nowego człowieka. Akt ten ma zatem podwójną głębię, najpierw jako zjednoczenie z ukochanym człowiekiem i Bogiem, a także jako moment stworzenia.

Oto zarys prawdy świętych misteriów dokonujących się w małżeństwie. Niezwykle trafne wydaje się zatem porównanie wagi błędu podjęcia współżycia przed ślubem do spowiadania wiernych przez kleryka przed wyświęceniem. Nauka Kościoła ukazująca grzech aktów seksualnych poza małżeństwem znajduje tutaj swoje pełne uzasadnienie. W miejscu tym wypada także zwrócić uwagę na niestosowność terminu "czystość przedmałżeńska". W pierwszym skojarzeniu termin ten sugeruje jakoby "czystość" oznaczała powstrzymywanie się od czegoś "nieczystego", czym są w tym kontekście akty seksualne. Czystość przedmałżeńska może być również odbierana jako opozycja do okresu małżeństwa, gdy owe "nieczyste akty" są już dopuszczalne. Postuluję używanie określenia "wstrzemiężliwość"; już wystarczająco wiele krzywdy nauka Kościoła w historii wyrządziła seksualności, podważając jej czystość, dlatego dziś unikać należy jak ognia choćby pozoru takiego jej ujmowania.

Współżycie seksualne jest z natury, samo w sobie, czymś czystym. Jest pomysłem Bożym i w nim pięknie wyraża się afirmacja człowieczeństwa. Współżyjący małżonkowie nie tylko są czyści i święci – są przybytkiem Boga. I właśnie ze względu na podziw Kościoła dla małżeńskiej miłości, także jej fizycznych przejawów, w której obecny jest Chrystus i Jego stwórcza moc, Kościół w swojej nauce dba o to, aby świętości pożycia nie brukać, nie szargać, nie kalać. Seks poza małżeństwem jest już z definicji wyjęty z kontekstu małżeńskiej miłości i używany jakby "dla własnych celów" , z pominięciem niebotycznych duchowych możliwości, które mógłby nieść dla kochających się mężczyzny i kobiety. Bo - jak mawiał Pierre Teilhard de Chardin – im bliżej Boga, tym bliżej siebie nawzajem.


Zamieszczone fragmenty artykułu dr Małgorzaty Wałejko „Granice przyzwoitości w narzeczeństwie” pochodzą z pisma „Teofil” nr 2(26)2007 „Czy Kościół zapomniał o zakochanych?”

Serdecznie dziękujemy Redakcji za zgodę na publikację. I wszystkich zachęcamy do przeczytania całego tekstu i innych artykułów z tegoż numeru.

________________________________________
[1] A. J. Nowak, Doświadczyć Boga w ciele, Wrocław 1994, s. 30.

Opublikowane w Narzeczeństwo
Czytaj więcej...
sobota, 24 stycznia 2009 13:57

Granice przyzwoitości w narzeczeństwie (2)

Granice przyzwoitości w narzeczeństwie (2)

Masturbacja, fantazje i niepełne akty seksualne

Sensem płciowości jest jej wpisanie w horyzont spotkania, dialogu i daru, który jest sensem człowieczeństwa. Jakiekolwiek formy ograniczania płciowości do własnego "Ja" i własnych doznań, bez wymiaru miłości międzyosobowej, zaprzeczają najgłębszej naturze osoby. Nasza seksualność, w odróżnieniu od popędliwości zwierząt, zamiast właściwego im skupienia na sobie i reprodukcji, staje się najbardziej doniosłym wyrazem duchowej komunii.

Masturbacja, celnie określona przez Woody'ego Allena mianem "seksu z osobą, którą kocha się najbardziej", odziera seks z jemu przynależnej głębi i duchowości. Sprowadza go do przyjemności i popędu. Tym samym sprzeciwia się i naturze osoby powołanej ku wyżynom miłości, i naturze samego współżycia, którego istotą jest dar, wyrażony także w potencjalnej płodności tego aktu.

Analogiczną moralną konotację przypisać należy fantazjom seksualnym. Spotkałam się z kontrargumentem, iż fantazjowanie o seksie z ukochaną osobą wypływa z miłości do niej. Owszem, samo pragnienie zjednoczenia, także fizyczna tęsknota, to elementy naturalnej i bezgrzesznej namiętności, o której jeszcze powiemy. Jednak świadome snucie wyobrażeń o seksie z ukochaną nie jest aktem miłości, gdyż sprowadza narzeczoną do roli fantomu seksualnego, narzędzia własnych doznań. Bo pytam: co jej przez to dajesz? Płciowość jest piękna i ma sens dopiero wtedy, gdy nadajemy jej wymiar dialogu i spotkania. W fantazjach nie spotykam osoby ukochanej, lecz jej obraz, zatem używam jej. Na tej samej zasadzie nie należy marzyć seksualnie o żonie. W okresie narzeczeństwa poza pominięciem wymiaru daru dochodzi fakt, iż marzy się o aktach w narzeczeństwie niewłaściwych, co może osłabić wolę troski o wstrzemiężliwość.

Wreszcie niepełne akty seksualne, czyli wszelkie formy pettingu, stosunki przerywane i zachowania imitujące zbliżenia, z wyłączeniem samego momentu zjednoczenia. Dla ukazania przyczyn ich niestosowności wystarczy powtórzyć opisaną powyżej symbolikę i duchowość seksu. Najpierw tę płynącą z duchowości samej osoby, która wyraża się w spotkaniu cielesnym. Jego pełne przeżycie, po czasie głębokiego przygotowania i pielęgnowania wzrastającej miłości, jest oddaniem siebie i przyjęciem małżonka, na zawsze, bezinteresownie. Odmówienie czasu przygotowania w narzeczeństwie do tego wydarzenia, pospieszne podejmowanie niepełnych form zbliżenia, sugeruje nieodczytanie personalistycznego znaczenia współżycia, a zamiast tego pierwszorzędne szukanie własnych doznań i siebie samego; zabiera zatem narzeczonym możliwość takiego przeżycia seksu, jakie – jako zintegrowane z duchem i psychiką - dla osoby jest najbardziej uszczęśliwiające. Drugi wymiar duchowości seksu dotyka już sfery wiary i przemawia do osób wierzących w nadprzyrodzoność. Tylko w pełnych, małżeńskich aktach mogą spotkać Boga żywego. W nic także drzemie ta kosmiczna, przedziwna, wykraczająca poza doczesność i sięgająca wieczności stwórcza moc, jaką Bóg może stworzyć życie. Te dwa fakty przemawiają za tym, że nie bez powodu małżeński seks jest wart wyczekania i przygotowania wewnętrznego, zaś narzeczeńskie "zabawy nim" są bezczeszczeniem sacrum.

Pocałunki i dotyk

W przypadku pocałunków i dotyku niesięgającego nagości możemy już mówić o zmiennej konotacji moralnej w zależności od uwzględnionego indywidualnego temperamentu seksualnego i intencji.

Osoby zakochane i zaręczone, które przygotowują się do małżeństwa, pragną kochanej osobie okazywać swoją miłość i czułość. Subtelny czuły dotyk i pocałunek jest znakiem okazania drugiej osobie postawy swojego serca. Niemniej często niepokoi narzeczonych wątpliwość, czy mogą się całować "głęboko" i "namiętnie".

Nigdzie nie jest napisane: "Nie wolno się całować «głęboko», tudzież «namiętnie»". Zasadniczo można się całować, ba, nawet trzeba! Cóż by to było za narzeczeństwo bez pocałunków? Jednak osoba, świadomie obserwując reakcje swojego ciała, powinna, opierając się na swoim sumieniu, uczciwie ocenić, czy tego rodzaju całowanie nie porusza kamyka, który może spowodować lawinę nie do zatrzymania. Analogicznie rzecz się ma z innymi gestami, które nie muszą wkraczać w nagość, aby stać się używaniem. Nawet dotykanie dłoni czy karku, wyglądające zupełnie bezpiecznie, może wywołać silną reakcję seksualną. Jeśli osoba wie, że kontroluje siebie, że w owych pocałunkach i gestach okazuje delikatność i czułość i nie rozbudza cielesności nadmiernie, czyli do granic jej nieopanowania, nie musi się obawiać. Jednak narzeczeni powinni myśleć także o "drugiej stronie". Należy rozmawiać i pytać: "czy ten gest, taki pocałunek to nie jest dla ciebie za dużo?". Tylko szczerość buduje; nieprzyznawanie się do bardzo silnych reakcji i szukanie ich, gdy narzeczony, narzeczona nie są tego świadomi, jest podstępnym, egoistycznym uprzedmiotowieniem. Tylko czujna szczerość pomoże obojgu strzec pokoju serc i ciał, radośnie czekających na dzień ich zjednoczenia w Panu Bogu.

"Ręce, które leczą", nie wędrują. Kwestia nagości

Dotyk zakochanych narzeczonych bywa wkroczeniem w zupełnie nowe doświadczenie kochania i bycia kochanym, inne od pieszczot rodziców i przyjacielskich uścisków. Czułość i subtelność takich gestów jest przeżyciem bardzo poruszającym, świeżym, niezapomnianym, "terapeutycznym". Jednak jeśli te dłonie zaczynają zatracać samoopanowanie i wędrują pod ubranie, szukają nagości, jest to alarm, że coś jest nie tak. Nie należy na to sobie i ukochanej osobie pozwalać. Nagość jest zarezerwowana dla małżonków. Jak pisaliśmy, ukazując znaczenie seksu: nagość wyraża coś, do czego w budowaniu naszej miłości długo się dochodzi. Jest znakiem ostatecznego, nieodwołalnego, przemyślanego odsłonięcia najintymniejszych obszarów "Ja" i – więcej - powierzeniem ich ukochanemu. Jest tylko jedna rzecz, jak zauważa Karol Wojtyła, która bezpiecznie "absorbuje" wstyd nagiego ciała: to miłość, ta, która poznała prawdę o osobie i chce swoje życie tej prawdzie na zawsze i bez względu na wszystko oddać. Akt ten "najbezpieczniej" dokonuje się już w małżeństwie wyrażającym wewnętrzną gotowość; dla wierzących ma znaczenie sakramentalne.

Planowane wobec przypadkowego: orgazm, marzenia i szukanie okazji

We wcześniejszych częściach tekstu wskazywałam na zdrową wewnętrzną wolność, na pewien spokój, który rodzi się z ufności do Chrystusa. On naprawdę kocha i jest wyrozumiały. Największą troską duszpasterską powinno być chronienie wiary i moralności młodych przed lękiem. Dlatego należy rozgraniczać "wpadki" nieplanowane od "wyrachowanych" grzechów. Młode ciało, które wcześniej nie miało doświadczeń seksualnych, jest niebywale reaktywne. Wystarczy wówczas przytulenie, pocałunek, subtelna pieszczota, aby spowodować gwałtowną i niechcianą reakcję. W takich sytuacjach nawet nagłe odczucie orgazmu przez dziewczynę czy wytrysk u chłopaka nie jest żadną winą moralną. Podobnie marzenia i wyobrażenia o charakterze seksualnym dotyczące osoby ukochanej są także bezgrzeszne, dopóki są niejako "mimowolne". Chwila, w której zakochany/zakochana uzmysłowi sobie, o czym rozmyśla, niejako "oprzytomnieje", jest punktem startowym oceny moralnej: wówczas dopiero decyduje wolą, czy będzie kontynuować owe wizje, czy też powie im "stop".

Aby czyn nosił znamię grzechu, musi być w pełni uświadomiony i chciany. Zatem szukanie pełni odczuć seksualnych (orgazmu) lub świadome doprowadzenie się do dużego napięcia seksualnego poprzez prowokowanie pieszczot i "szukanie okazji", czy też wolitywne snucie fantazji erotycznych jest już nie fair wobec ukochanej osoby i jest zawinione.

Namiętność w narzeczeństwie

Pytano mnie: "szukanie i planowanie silnych doznań jest grzechem, jednak każda bliskość fizyczna zakochanych jest już doznaniem, jest elektryzująca, pełna namiętności. Wszak miłość mężczyzny i kobiety jest namiętna. Pragniemy się przytulać i całować i to już jest namiętne. Skąd wiemy, czy to nie jest już to «grzeszne szukanie okazji do rozbudzania» ?"

Namiętność, czyli pragnienie fizycznej bliskości, postrzeganie ukochanej osoby także w horyzoncie seksualnym, tęsknota za fizycznym zbliżeniem, dotykiem i zjednoczeniem jest wspaniałą cechą miłości oblubieńczej. Ona jest już obecna w relacji "chodzenia ze sobą" i narzeczeństwa i, jak pisałam, zarówno pocałunki, nawet te "namiętne", jak i nienaruszające granicy nagości pieszczoty - są naturalnymi atrybutami tego czasu; przez nie okazujemy sobie i czułość, i pragnienie spotkania. Tak naprawdę więc "łapanie się" na marzeniu o zbliżeniu, doznawanie pragnienia fizycznego kontaktu nie powinno narzeczonych stresować ani martwić, lecz... cieszyć! Takie właśnie cudowności Bóg im przygotował i skłonność ciał jest tego słodką zapowiedzią.

Zatem odczuwanie pragnienia seksualnego oraz namiętności przy okazji narzeczeńskich gestów jest naturalne i piękne, nie należy się tego bać. Granicę przekracza ten, kto namiętność świadomie roznieca do etapu, gdzie jednemu lub obojgu już trudno się zatrzymać. Jeszcze raz podkreślam: jeśli dzieje się to przypadkowo - to nic. Jeśli jest spowodowane świadomie - jest nieodpowiedzialne i grzeszne. Mądrością narzeczonych jest więc tonowanie swojego naturalnego i dobrego pragnienia, którym powinni się cieszyć; tonowanie, czyli niepruderyjne gaszenie wszelkiej namiętności, i niezatracanie się w niej; swoista umiejętność trzymania namiętności pod kontrolą.

Przekłada się to także na granice w rozmowach, o które pytają narzeczeni. Czy mogą rozmawiać o tym "jak to będzie cudownie w małżeństwie", razem marzyć o nocy poślubnej i miesiącu miodowym? Oczywiście, że mogą. Tak samo, jak mogą wymyślać imiona dzieci, wyobrażać sobie, jak urządzą mieszkanie. Rozmowy o ich małżeńskim seksie winni jednak także opatrzyć klauzulą wzmożonej czujności. Czym innym jest pełne skromności rozmawianie o sypialni usianej płatkami róż i poprzedzającej noc kolacji, a czym innym rozpracowywanie technicznych szczególików przebiegu zbliżenia i kroju nocnej bielizny. Ta druga opcja może bardzo rozbudzić namiętność i tęsknotę, którą - jak wiemy - należy tonować.

"Inwestowanie" w czułość

Przypomnijmy - po co tonować namiętność? Jak pisaliśmy, miłość ma swoje etapy i najpierw musimy dać jej wzrosnąć na poziomie naszego ducha, wnętrza; musimy wynieść ponad namiętność to, co od niej w miłości jest stokroć ważniejsze: miłość dusz, przyjaźń. Namiętność i seks ma wyrażać te właśnie "wyższe" komponenty miłości. Aby namiętność miała co wyrażać i aby była jak najcudowniejsza, musimy ją najpierw wytonować, aby dać dojrzeć i dojść do głosu wewnętrznemu wymiarowi miłości.

Niewątpliwie ważna tutaj jest czułość. Ona jest swoistym pomostem między wymiarem wewnętrznej, wolitywnej miłości, a namiętnością. Czułe jest nie tylko delikatne pocałowanie ust czy czoła ukochanej osoby, nie tylko pogłaskanie jej włosów czy dłoni. Czułe jest zostawienie bukietu na klamce o siódmej rano. Czuły jest liścik ukryty w zeszycie od wykładów. Czuły jest napisany wiersz. I wreszcie wszelkie czyny ofiarne, budujące tę właśnie przyjaźń w miłości: odprowadzenie do domu przy koszmarnym mrozie i wielogodzinne tłumaczenie informatyki.

Wspólne namioty, wspólne mieszkanie i "pokuszenie" ślubem cywilnym

Jakiś angelizm, poczucie posiadania absolutnej, wręcz nadludzkiej mocy nad swoją seksualnością, musi kierować narzeczonymi, którzy, pragnąc wstrzemiężliwości, ryzykują wspólne zamieszkanie pod namiotem czy we wspólnym mieszkaniu. Tymczasem "wystawianie się na pokusę", choć nie jest równoznaczne z "szukaniem okazji" do grzechu, jest także postawą braku czujności i rozwagi w panowania nad namiętnymi poruszeniami cielesnymi. Spotkałam się także parokrotnie z sytuacją, gdy narzeczeni z przyczyn zawodowo-wyjazdowoprawnych przyspieszali ślub cywilny, w nieco odleglejszym terminie planując kościelny. Należy uczulić na mogące wówczas zaistnieć wrażenie małżeństwa, zwłaszcza, że w oczach wielu młodzi już nim są: owa iluzja osłabia niekiedy niezłomność trwania w narzeczeńskich postanowieniach.

Czy "przyzwoitość"to tylko sprawy seksu?

Choć podstawowym tematem tekstu miały być granice przyzwoitości w odniesieniu do seksualności - wszakże słowo "przyzwoitość" najbardziej kojarzy się ze sprawami intymnymi - istotne wydaje się poruszenie zagadnienia także innej, pozaseksualnej przyzwoitości.

Odpowiedzialność za słowa i przejrzystość gestów, czyli o niedomyślnych chłopcach i nazbyt domyślnych dziewczynach

Niezwykle ważna w związku, o ile ma on być budowany dojrzale, jest przejrzystość słów, gestów i zamiarów. Chłopcy powinni być świadomi, że dziewczyny zwykle liczą na poważną, czyli przyszłościową relację, a na dodatek pospiesznie projektują własną wizję męskich intencji i uczuć na bazie bardzo pobieżnych danych. Gesty i pocałunki są dla dziewczyny przeważnie komunikatem wielkiej rangi, poświadczającym zaangażowanie i poważne zamiary mężczyzny; chłopcy tymczasem często gestom i znakom nie nadają takiej rangi. Podczas gdy dziewczyna, jako "nazbyt domyślna", ma już wybrany model sukni ślubnej, możliwe, że chłopak sprawę traktuje wciąż "przypadłościowo" i lekko. Z drugiej strony on w swej męskiej prostolinijności nie domyśla się, jak wiele dla niej znaczą gesty, symbole i znaki. Dlatego jeśli chłopak chodzi z dziewczyną, a nie jest dogłębnie przekonany, że ją właśnie chce poślubić i wciąż rozważa inną opcję, niech to jasno wypowie, niech ograniczy okazywane jej gesty. Spotkałam się z sytuacją, że mężczyzna rozkochał w sobie dziewczynę, obsypywał czułościami, zapoznał z rodzicami, jednak przez cały czas dręczyły go wątpliwości, o których jej nie mówił. Za gestami nie stała prawda. Nagle opuścił ją a ona z rozżalenia i złości wyszła za mąż za przypadkowego kandydata.

Narzeczeńska bigamia

Skandaliczną nieprzyzwoitością jest bycie w związku z dwiema osobami naraz. Słyszę o tym coraz częściej: ktoś niepewny, którą/którego wybrać, spotyka się z dwiema osobami jednocześnie. Rzecz jasna jest to oszustwo, jeśli bowiem obie relacje śmie nazywać "miłością", nie wie, że miłość cechuje wyłączność i wierność. Obie te cechy już przed ślubem wymagają postawy uczciwości. Dać siebie w sposób oblubieńczy można jednej osobie. Jeśli natomiast ktoś rzeczywiście nie wie, z którą z dwóch osób ma się spotykać, niech obie relacje zachowa, lecz nazywa koleżeństwem lub przyjaźnią i próbuje lepiej poznać obie osoby. Jeśli mami obie dla lepszego poznania każdej, jest egoistą i na pewno nie kocha.

Czy mogę podrywać dziewczynę lub narzeczoną kolegi?

To bardzo ciekawe i trudne pytanie. Z pewnością "podrywanie" nie byłoby tutaj uczciwe. Nie można podstępnie, za plecami kolegi, czarować dziewczyny, choćby było się przekonanym, że "jest mi pisana" . Z drugiej jednak strony, dopiero dzień zawarcia sakramentu małżeństwa jest potwierdzeniem przez Kościół i pobłogosławieniem obranej

drogi. Każdy ma prawo dążyć do szczęścia, jeśli więc chłopak jest zakochany w "zajętej" koleżance, lub dziewczyna w "zajętym" chłopcu, ma pełne prawo do prób poznania tej osoby, rozmów, okazji do poznania się. Na pewno nie poprzez perfidnie planowane spotkania poza wiedzą jej dziewczyny/chłopaka, lecz w "czystej grze". Nawet zaręczyny nie świadczą jeszcze o nieodwołalnej woli Bożej co do małżeństwa zaręczonych. Co więcej, relacje narzeczonych z innymi mężczyznami/kobietami, mogą utwierdzać i budować związek. Są także dla niego próbą i sprawdzeniem.

Jeśli bowiem miłość narzeczonych jest już ugruntowana etapem wolitywnym - daru i decyzji, czyli życzliwością, o której pisaliśmy, niezależną od chwiejności uczuciowych i nawet spontanicznych "zadurzeń", które przecież mogą się zdarzać także w małżeństwie), wówczas nic tej więzi już nie zagrozi. Wówczas zdarza się, że narzeczeni udzielają sobie sakramentu małżeństwa, trwając w emocjonalnym kryzysie czy nawet przejściowej uczuciowej skłonności ku innej osobie; przyjmują jednak sakrament, gdyż rozumieją, że o prawdzie miłości nie stanowi magia uniesień i emocji, lecz wewnętrzna decyzja miłości na dobre i na złe, większej od emocjonalnej infantylności. Oto miłość, która wszystko przetrzyma.

Jedyny niezawodny sposób na przestrzeganie granic przyzwoitości w narzeczeństwie

Na koniec raz jeszcze pragnę powrócić do istoty duchowości chrześcijańskiej, która pozwala nam właściwie podchodzić do wszelkich praw, przykazań i granic.

Osoby, które widzą w prawnych wskazaniach drogę do doskonałości moralnej, do której muszą same dojść, poprzez zaciśniecie zęby i wysiłek moralny, są skazane na bądź to faryzejskie zadowolenie z siebie, bądź też, częściej, na niepowodzenie, bunt przeciw nauce Kościoła lub bolesne poczucie, ze nie zasługują, są zatem odrzuceni.

Chrześcijanie, którzy mają relację z Chrystusem, doświadczają Jego łagodności i po prostu Jemu ufnie się oddają, wiedzą, że Jego miłość nie jest w ogóle zależna od ich doskonałości moralnej. Człowiek nie jest powołany w pierwszej kolejności do czystości moralnej, lecz do poufałej relacji miłości z Bogiem. Grzechy i upadki nie są katastrofą, lecz lekcją własnej słabości, która tym bardziej pozwala zdać się na Boga i pogodnie liczyć na Jego pomoc. A żyjąc w przyjaźni z Chrystusem, otrzymujemy Jego łaskę i pomoc: modlitwa i zaufanie dają nam siły, aby prawdziwie kochać przyszłą żonę/męża i wtedy przestrzeganie granic staje się coraz bardziej naturalne i nawet niezauważalne.

Dopiero żywa relacja z Bogiem - na którą nie trzeba zasługiwać, która nie baczy na nasze słabości - niesie zrozumienie, że nie jesteśmy w niewoli prawa, lecz cechuje nas wolność dzieci Bożych. Oznacza to, że prawo nie jest narzędziem ucisku, lecz naszą ochroną przez błędami i samozniszczeniem - nas, innych, naszych ludzkich miłości; czyli po to stawia granice pewnym zachowaniom, aby sama miłość mogła wyrosnąć ponad wszelkie granice.



Zamieszczone fragmenty artykułu dr Małgorzaty Wałejko „Granice przyzwoitości w narzeczeństwie” pochodzą pisma Kolegium Filozoficzno-Teologicznego Dominikanów „Teofil” nr 2(26)2007 „Czy Kościół zapomniał o zakochanych?”

Serdecznie dziękujemy Redakcji za zgodę na publikację. I wszystkich zachęcamy do przeczytania całego tekstu i innych artykułów z tegoż numeru.

Opublikowane w Narzeczeństwo
Czytaj więcej...
poniedziałek, 29 grudnia 2008 20:20

Karykatury miłości

Karykatury miłości

Mylić miłość z czymś, co miłością nie jest,
to tak, jakby mylić życie ze śmiercią.

 

Gdy ktoś twierdzi, że rozczarował się miłością, to nie zdaje sobie sprawy z tego, że w rzeczywistości rozczarował się samym sobą lub innym człowiekiem, który pomylił miłość z czymś, co miłością nie jest. Prawdziwa miłość nigdy nas nie rozczaruje! Ona stanowi sens naszego życia i dlatego mylenie miłości z czymś, co miłością nie jest, nieuchronnie prowadzi do krzywd i cierpienia. Typowe w naszych czasach błędy w patrzeniu na miłość to mylenie miłości ze współżyciem seksualnym, z uczuciami, z tolerancją, z akceptacją, z „wolnymi związkami” oraz z naiwnością.

 

Mit pierwszy to przekonanie, że współżycie seksualne stanowi istotę miłości. Mylenie miłości z seksualnością prowadzi do dramatycznych krzywd, popęd seksualny - jak każdy popęd - jest ślepy i nieobliczalny. Gdyby istotą miłości było współżycie seksualne, to rodzicom nie wolno byłoby kochać własnych dzieci. Tymczasem nawet w małżeństwie współżycie seksualne jest jedynie epizodem w całym kontekście codziennej czułości i troski o kochaną osobę. Kto myli seksualność z miłością, ten z popędu czyni swego bożka, składając mu ofiary hojne i krwawe. Taki człowiek dla chwili przyjemności seksualnej gotów jest poświęcić nie tylko sumienie, małżeństwo i rodzinę, ale także swoje zdrowie a nawet życie. Kto myli seksualność z miłością, ten popada w uzależnienia, a nierzadko popełnia okrutne przestępstwa. Seksualność oderwana od miłości staje się miejscem wyrażania przemocy, do gwałtów włącznie, a także miejscem przekazywania śmierci, do aborcji i AIDS włącznie. Kierowanie się seksualnością prowadzi do cywilizacji śmierci, a kierowanie się miłością prowadzi do cywilizacji życia. Mylić miłość z seksualnością to mylić życie ze śmiercią. Człowiek zniewolony popędem oszukuje samego siebie i swoje zniewolenie usiłuje zamaskować pozorami miłości.

 

Kto utożsamia miłość ze współżyciem seksualnym, ten wpada w pułapkę pożądania. Pożądanie pojawia się wtedy, gdy brakuje miłości. Największe problemy z opanowaniem popędu seksualnego i pożądania mają ci, którzy nie kochają. Największą „aspiracją” takich ludzi jest szukanie przyjemności za każdą cenę. Prowadzi to do różnych form nieczystości, a także do uzależnień i demoralizacji. Kto przeżywa radość z tego, że kocha, tego nie interesuje żadna forma seksualnej przyjemności, która narusza przyjaźń z Bogiem, szacunek do samego siebie czy miłość do bliźniego. Miłość nie jest seksualnością. Jest natomiast tą jedyną siłą, dzięki której człowiek może stać się panem własnych popędów i własnego ciała. To właśnie powstrzymywanie się od współżycia seksualnego jest potwierdzeniem odpowiedzialnej miłości rodzicielskiej, narzeczeńskiej czy w gronie przyjaciół. Także w małżeństwie panowanie nad popędem seksualnym jest warunkiem wierności i szczęścia. Seksualność małżonków staje się w pełni ludzka i czysta, gdy wynika z miłości, a nie z popędu czy z pożądania. Przynosi wtedy obydwojgu małżonkom radość i wzruszenie, a nie tylko fizyczną przyjemność. Małżonek, który kocha, nie skupia się na doznaniach fizjologicznych, ale na zachwycie, że może być jednym ciałem i jedną duszą z osobą, którą kocha i przez którą jest kochany. Takie współżycie seksualne to spotkanie dwojga osób, a nie mechaniczny dotyk dwóch ciał.


Mit drugi w odniesieniu do miłości to przekonanie, że miłość jest uczuciem oraz że miłość to piękne uczucie. Tymczasem kochać to coś nieskończenie więcej niż coś czuć na poziomie emocji. Gdyby miłość była uczuciem, to nie można byłoby jej ślubować, gdyż uczucia są zmienne, a miłość jest trwała i wierna. Uczucia są cząstką mnie, są moją własnością, a miłość jest większa ode mnie. Ja w niej jedynie uczestniczę, kiedy kocham. Uczucia przeżywamy także wobec zwierząt, przedmiotów i wydarzeń, a zatem wtedy, gdy nie kochamy, ale coś lubimy czy czymś się cieszymy. Dojrzała miłość jest postawą a nie nastrojem. Zakochanie nie jest jeszcze miłością. Jest zauroczeniem emocjonalnym, które czasem prowadzi do życiowych tragedii.

 

Fałszywe przekonanie o tym, że miłość to uczucie wynika z faktu, że każdy, kto kocha, przeżywa silne uczucia. Nie istnieje miłość bez uczuć. Obojętność wobec drugiej osoby świadczy o tym, że jej nie kochamy. Z faktu jednak, że uczucia towarzyszą miłości, nie wynika, że miłość jest uczuciem. Gdyby kierować się założeniem, że miłość jest tym, co jej towarzyszy, to równie uprawnione byłoby twierdzenie, że miłość jest wzmożonym wydzielaniem hormonów, podniesionym ciśnieniem krwi, albo rumieńcem na twarzy. Tego typu zjawiska pojawiają się bowiem wtedy, gdy kochamy. Nie są one jednak miłością. Gdy w słoneczny dzień wychodzę na spacer, wtedy towarzyszy mi mój cień. O ile jednak łatwo odróżnić cień ode mnie, o tyle wielu ludziom sprawia trudność odróżnienie uczuć, które towarzyszą miłości od postawy miłości. Nie jest prawdą, że miłość to uczucia i że — kochając - przeżywamy jedynie „piękne” uczucia. Prawdą natomiast jest to, że miłości zawsze towarzyszą uczucia i że są one różne: od radości i entuzjazmu do rozgoryczenia, gniewu, żalu a nawet nienawiści. W każdym swoim słowie i czynie Jezus wyrażał swoją kochał, ale tej Jego miłości towarzyszyły przecież bardzo różne przeżycia. Nasze emocje sygnalizują to, co dzieje się w nas samych i w naszym kontakcie z innymi ludźmi. Jeśli kochający rodzice odkrywają, że ich syn okazuje się narkomanem, to przeżywają wtedy dramatyczny niepokój, lęk i wiele innych bolesnych uczuć właśnie dlatego, że kochają. Mylenie miłości z uczuciami sprawia, że to uczucia stają się kryterium postępowania. Tymczasem uczucia — podobnie jak popędy — bywają nieobliczalne, a kierowanie się nimi prowadzi do życiowych pomyłek i dramatów.

 

Dojrzały człowiek odróżnia miłość od uczuć. Wie, że miłość jest świadomą i dobrowolną postawą, a uczucia są jednym ze sposobów wyrażania miłości. Miłość to kwestia wolności i daru, a uczucia to kwestia potrzeb i spontaniczności. Miłość skupia nas na trosce o innych ludzi, a uczucia skupiają nas na naszych własnych przeżyciach i potrzebach. Miłość jest szczytem bezinteresowności i wolności, a więzi oparte na potrzebach emocjonalnych prowadzą do zależności od drugiej osoby i do agresywnej zazdrości o tę osobę. Miłość owocuje pogodą ducha i spokojem, a skupianie się na uczuciach prowadzi do wewnętrznych niepokojów i napięć. To właśnie dlatego „radość” człowieka zakochanego okazuje się niespokojna, a zakochani potrafią ranić się emocjonalnymi szantażami. Miłość prowadzi do trwałej radości, a kierowanie się uczuciami prowadzi do trwałego niepokoju, do zaburzonych więzi międzyludzkich i do uzależnień chemicznych. Kto kocha, ten odczuwa radość nawet wtedy, gdy jest zmęczony czy smutny. Kto nie kocha, ten jest ciągle niespokojny i za wszelką cenę próbuje odreagować swoje bolesne przeżycia.

 

Trzeci z mitów na temat miłości polega na przekonaniu, że kochać to znaczy tolerować. Tymczasem tolerować to mówić: rób, co chcesz!, a kochać to mówić: pomogę ci czynić to, co służy twemu rozwojowi i co prowadzi cię do świętości. Tolerancja byłaby racjonalną postawą wtedy, gdyby człowiek nigdy nie krzywdził samego siebie ani innych ludzi. Tak będzie w niebie, ale na większość zachowań z repertuaru człowieka nie wyraża miłości, lecz prowadzi do krzywdy i cierpienia. W realiach, w jakich żyjemy, mówić komuś: czyń, co chcesz!, oznacza tyle samo, co mówić: „rób wszystko, co chcesz, gdyż twój los mnie nie interesuje, a twoje cierpienia, jakie sprowadzisz na siebie błędnym postępowaniem, są mi zupełnie obojętne”. Kto myli miłość z tolerancją, ten rezygnuje z racjonalnego myślenia, gdyż wierzy w to, że wszystkie zachowania człowieka stanowią równie wartościową alternatywę.

 

Kto ubóstwia tolerancję, ten na jej ołtarzu musi złożyć w ofierze człowieka. Zastępowanie miłości tolerancją oznacza wspieranie ludzi cynicznych i przestępców, gdyż jest dla nich najlepszą rękojmią bezkarności. Kto stawia tolerancję w miejsce miłości, ten poniża ludzi szlachetnych i świętych, gdyż zrównuje ich postawę z zachowaniami bandytów, odnosząc się w jednakowy sposób do jednych i drugich. Miłość to troska o drugiego człowieka, a tolerancja to obojętność na jego los . Tolerować zachowania człowieka — i to jedynie w pewnych granicach! - można wyłącznie w odniesieniu do smaków i gustów. Nie można natomiast stosować tolerancji w innych dziedzinach życia, a zwłaszcza w sferze więzi i wartości, gdyż empirycznym faktem jest to, że niektóre zachowania są aż tak szkodliwe, iż zakazuje ich nawet kodeks karny.

 

Człowiek dojrzały odnosi się do innych ludzi z miłością, a nie ledwie ich toleruje. Natomiast wobec zachowań innych ludzi stosuje kryterium prawdy i dobra. Dzięki temu wspiera zachowania szlachetne u wszystkich ludzi bez wyjątku, a jednocześnie ze stanowczością, jakiej uczy nas Chrystus, sprzeciwia się tym zachowaniom, przez które ktoś krzywdzi siebie lub innych ludzi. Im bardziej kocham człowieka, tym bardziej staję się „nietolerancyjny” wobec tych jego zachowań, które są szkodliwe, gdyż tym bardziej zależy mi na jego losie. Właśnie dlatego im mocniej rodzice kochają swoje dziecko, z tym większą stanowczością chronią je przed każdym niebezpieczeństwem i nie dopuszczają do błędnych zachowań. Jezus był wyjątkowo „nietolerancyjny” wobec cynicznych i przewrotnych zachowań faryzeuszów czy uczonych w Piśmie. Tolerancja postawiona w miejsce miłości to szczyt obojętności na los ludzi, podczas gdy miłość to najbardziej intensywna forma troski o każdego człowieka.

 

Czwarty błąd polega na utożsamianiu miłości z akceptacją. Niektórzy sądzą, że akceptacja stanowi istotę, a nawet najwyższy przejaw miłości. Tymczasem akceptować drugiego człowieka, to mówić: bądź sobą, czyli pozostań w obecnej fazie rozwoju. Tego typu przesłanie jest skrajną naiwnością wobec ludzi, którzy przeżywają kryzys. Nikt roztropny nie zachęca złodzieja czy gwałciciela do tego, by „był sobą”. Akceptacja to coś znacznie mniej niż miłość nie tylko w odniesieniu do ludzi w kryzysie, ale także w odniesieniu do ludzi szlachetnych. Nikt z nas nie jest przecież na tyle dojrzały, by nie mógł się dalej rozwijać. W rozwoju człowieka nie ma granic! Tylko w odniesieniu do Boga miłość jest tożsama z akceptacją, gdyż Bóg jest wyłącznie miłością i nie potrzebuje rozwoju. Tymczasem nikt z ludzi miłością nie jest i dlatego nikt z nas nie powinien zatrzymywać się w obecnej fazie rozwoju.

 

Jest czymś słusznym akceptować prawdę na temat aktualnej sytuacji i postawy danego człowieka. Równie słuszne jest akceptowanie nienaruszalnej godności danej osoby. Zarówno jednak prawda o danej osobie, jak również godność tej osoby nie jest zależna od tego, czy ją akceptujemy, czy też nie. Od nas zależy natomiast postawa wobec danej osoby, czyli właśnie to, czy ją kochamy czy też jedynie akceptujemy prawdę o niej i o jej godności. Kochać to nie „zamrażać” kogoś w jego obecnej — najpiękniejszej nawet! — fazie rozwoju, lecz pomagać mu, by nieustannie się rozwijał. Akceptować, to mówić: bądź sobą!, a kochać, to mówić: pomogę ci stawać się codziennie kimś większym od samego siebie. Miłość to niezwykły dynamizm, to zdumiewająca moc, która potrafi przemienić człowieka. Właśnie dlatego błędem jest mylenie miłości z akceptacją prawdy o człowieku czy z uznawaniem jego godności. Błąd ten oznacza w praktyce zachęcanie danego człowieka do tego, by zrezygnował z dalszego rozwoju. Kto kocha, ten ma odwagę proponować drugiej osobie nieustanne dorastanie do świętości. Kto jedynie akceptuje, ten takiej odwagi nie posiada.

 

Mit piąty na temat miłości to przekonanie, że ”wolne związki” to najbardziej „nowoczesna” forma wyrażania miłości w relacji kobieta — mężczyzna. Mylenie miłości z tak zwanym „wolnym związkiem” to efekt nieodpowiedzialnej, „rozrywkowej” wręcz wizji więzi między kobietą a mężczyzną. W rzeczywistości nie istnieje „sucha woda”, „kwadratowe koło” ani „wolny związek”. Ludzie, którzy ulegają tego typu mitowi, deklarują sobie, że się kochają, czyli że żyją w najsilniejszym związku, jaki jest możliwy we wszechświecie. Jednocześnie twierdzą, że w każdej chwili mogą siebie opuścić, gdyż żyją w związku, który ich nie wiąże i do niczego nie zobowiązuje. Tacy ludzie używają wewnętrznie sprzecznego wyrażenia po to, by ukryć bolesny dla nich fakt, że ich „wolny związek” to w rzeczywistości związek egoistyczny, czyli niewierny, niepłodny i z definicji nietrwały. Taki związek jest wolny naprawdę tylko od jednego: od odpowiedzialności za własne postępowanie i za drugą osobę. W „wolnym związku” ta druga osoba traktowana jest jak sprzęt domowy, który wypożycza się w sklepie na próbę i którego w każdej chwili można się pozbyć.

 

Kto kocha, ten ma mentalność zwycięzcy. Taki człowiek pragnie czegoś znacznie większego niż romansu albo bycia dla kogoś kolejnym „partnerem”. Rozumie, że nie jest możliwe małżeństwo na próbę, gdyż nie jest możliwe życie na próbę. Wie też, że druga osoba nie jest sprzętem, który można wypróbować i ewentualnie zwrócić do sklepu, ale osobą, którą należy nieodwołalnie kochać. Dojrzały człowiek potrafi kochać wiernie i nieodwołalnie. Ma też świadomość, że na świecie istnieją tacy ludzie, którzy potrafią kochać w podobny sposób.

 

Szósty błąd w odniesieniu do miłości to przekonanie, że miłość jest formą naiwności. To prawda, że niektóre sposoby odnoszenia się do drugiego człowieka mogą być przejawem naiwności. Kiedy jednak taka sytuacja ma miejsce, wtedy z pewnością nie jesteśmy dojrzali i nie kochamy. Tam, gdzie pojawia się naiwność, miłość natychmiast odchodzi. Dojrzała miłość jest bowiem nie tylko szczytem dobroci, ale też szczytem roztropnej mądrości i w żadnym przypadku nie da się jej pogodzić z naiwnością. Chrystus poświęcał każdego dnia wiele czasu na to, by swoich słuchaczy uczyć mądrego myślenia właśnie dlatego, by nigdy nie pomylili miłości z naiwnością. On pragnie, byśmy w miłości byli nieskazitelni jak gołębie, ale roztropni jak węże (por. Mt 10, 16).

 

Mylenie miłości z naiwnością ma miejsce wtedy, gdy dana osoba nie potrafi bronić się przed człowiekiem, który ją krzywdzi i gdy to swoje zachowanie nazywa miłością. Typowym przykładem naiwności jest sytuacja, w której alkoholik znęca się nad swoją żoną, ona dramatycznie cierpi z tego powodu, on przez całe lata lekceważy to jej cierpienie, a ona mimo to rezygnuje z obrony, licząc na to, że jej cierpienie przemieni kiedyś męża. Tego typu postawa to mylenie miłości z bezradnością lub z naiwnym liczeniem — wbrew oczywistym faktom! — na to, że krzywdziciel wzruszy się kiedyś cierpieniem swojej ofiary i zechce zmienić swoje postępowanie.

 

Miłość nie jest naiwnym cierpiętnictwem. Człowiek, który dojrzale kocha, potrafi przyjąć najbardziej nawet niezawinione cierpienie, jeśli mobilizuje ono krzywdziciela do tego, by się zastanowił i by zmienił. Jeśli jednak krzywdziciel pozostaje obojętny na nasz ból i nie zmienia swego błędnego postępowania, to wtedy pozostaje nam już tylko miłość na odległość. Takiej właśnie mądrej miłości uczy nas Jezus w przypowieści o mądrze kochającym ojcu, który wychodzi na drogę i z nadzieją czeka na powrót syna, ale który nie udziela błądzącemu żadnej pomocy, dopóki ten trwa w błędzie. W miłości, której uczy nas Chrystus, obowiązuje zasada: to, że kocham ciebie, nie daje ci prawa, byś mnie krzywdził.


Dojrzała miłość to decyzja troski o rozwój drugiego człowieka. To decyzja całej mojej osoby, a nie tylko mojej woli. To decyzja wyrażana w słowach i czynach dostosowanych do zachowania drugiej osoby. Człowiek dojrzały jest tak dobry, że potrafi kochać wszystkich ludzi, których spotyka, a jednocześnie jest tak mądry, że osobiście wiąże się tylko z tymi, którzy też potrafią dojrzale kochać.

Opublikowane w Elementarz
Czytaj więcej...
sobota, 24 stycznia 2009 23:55

Biały kwadrat na czarnym tle

Biały kwadrat na czarnym tle

Czystość: czarny/biały kwadrat na białym/czarnym tle

Dalsze rozważania o czystości. I o przekłamaniach, i o okularach, jakie zakładamy, i o interpretacjach! Myśl Wojtyły, Schelera, myśl filozofów i teologów zawsze będzie otoczona pięknem słów-idei, skierowaniem uwagi na wartość i godność człowieka. Będzie to zawsze myśl na wskroś personalistyczna, którą popieram we wszystkim, bo w ten nurt jest mi najbliższy. Ale teraz schodzę na ziemię.

 

Zasłyszana rozmowa dwóch panienek (w publicznej toalecie, nota bene).

- No i wiesz, on ma teraz problem. Bo ona podpisała coś i nie mogą współżyć aż do ślubu!

- No masakra, jak on wytrzyma? Przecież to taki prawdziwy facet.

- No właśnie. Nie rozumiem, po co to podpisywać i sobie potem tylko problem robić.


Powstrzymałam się od komentarza. I od śmiechu. W jednej chwili zarazem złość i żal, że tak ciężko o dialog. A ludzi ‘czyści’ to już przeżytki i kosmici. Niemodni. Nierealni. Wchodzący w drogę. Ale przede wszystkim – niezrozumiani. Co za tym stoi? I czyja to wina: świata czy nasza – białych i czarnych?

 

W 1915r. Kazimierz Malewicz po raz pierwszy pokazał swoje wielkie dzieło: „Czarny kwadrat na białym tle”. Obraz wzbudził zainteresowanie, otoczony szeregiem tłumaczeń i filozoficznych wywodów. Bo sztuka już się przeżyła, bo to już koniec. Takie tam, itd., itp. Nie ma nic dalej. Dziś kwadraty nikogo nie zachwycą. Ani koła, cyferki czy takie inne. Malewicz opatentował swój wytwór, wpisując się przy tym w historię sztuki. Ale przyznam… Że pomysł niebanalny. (Kiedyś był.) Dla śmiertelników jednak, powiedzmy szczerze, nie szczególnie pasjonujący. Co powie babuleńka, która w życiu nie była w galerii czy w teatrze, nie oglądała dzieł malarskich, nie stykała się może nawet z telewizją? Ano nic. Ni rozumi. Ni pies, ni wydra.


Tak jest z czystością. Nie pojmuje jej ani jeden, ani drugi, dopóki ktoś mu nie wytłumaczy, dopóki się z tym nie zetknie, dopóki nie zechce zrozumieć, dopóki nie zostanie ukazane jej piękno na miarę człowieka. Pamiętam, kiedy jako mała dziewczynka po raz pierwszy dowiedziałam się, że istnieją zakonnice! W małej miejscowości nie widywało się sióstr, więc nowina o tym, przyniesiona w kobiecej prasie, zatytułowana ostro (że dla habitu porzuciły różne przyjemności i piękne sukienki) wzbudziła we mnie wielkie niezrozumienie i zadziwienie. Trochę tajemniczości, obcości. Pamiętam to silne wrażenie, że ja bym tak nigdy nie zrobiła, że one trochę głupiutkie coś tracą. Że, oj! Tracą wszystko. (Już nie pamiętam, czy to była siła perswazji i światła rzuconego na zakon przez czasopismo, czy moje dziecięce obawy przed dorosłością i ograniczoność umysłu – powiedzmy, nieistotne).

 

Skąd wynika to niezrozumienie? Egzotyka czystości? Awangarda? Nie jestem socjologiem, ale co nie co widziałam i słyszałam. Oczywisty jest resentyment wartości, który został zaakcentowany przez Karola Wojtyłę. Ale można by zejść na bliższą płaszczyznę. Dlaczego czystość jest abstrakcją? Dlaczego jest czarnym kwadratem na białym tle? Ano, bo jest inna niż świat głosi. Co mówił Arystoteles o prawdzie. Ano, że jest to zgodność nazywania rzeczy z rzeczywistością (jest tak jak jest, tak jak definicja mówi). Świat medialny, świat nowoczesny ma zatem swoją definicję prawdy i rzeczywistości, i miłości. No i czystości (nie-dotkniętej) jak interpretacje Malewiczowego kwadratu. Czystość ośmieszona, przygarbiona… Ale w aspekcie najpłytszym – po prostu nieznana i zignorowana.

 

Ateista (włączając „wierzących-niepraktykujących”) nie zastanawia się nad właściwym momentem rozpoczęcia współżycia. Dlaczego? Bo to jest wymiar duchowy (nawet o wiele więcej: to wymiar zarówno psychologiczny, socjologiczny!), a jego zauważenie wymaga wejścia głębiej niż natura nakazuje. Nie chodzi tu nawet o kwestię istnienia Boga. To jest sprawa istnienie Człowieka jako Osoby. Kolejne zasłyszenie: „Facet jest z dziewczyną już 2 lata (mają po 18) i myślisz, że oni tacy grzeczni będą?” Nie będą. Ale dlaczego? Bo instynkt tak nakazuje i świat mówi, że tak jest fajnie? A może dlatego, że innej drogi nie znają, nie chcą znać? Bo inna droga jest… ośmieszona/trudniejsza/po prostu odmienna i z góry skazana na przegraną.

 

To ciekawe. Dochodzimy do paradoksu. W świecie, gdzie najpiękniejszą sprawą są ciekawostki poza-regionalne, gdzie inność kulturowa i religijna po prostu fascynuje, przyciąga, gdzie trwa gonitwa do oderwania się od swojej tradycji i zanurzenia w czymś nowym, wszyscy nagle jakby sprzysiężeni idą tłumnie w swoim wyzwoleniu seksualnym. Do tego kotła można jeszcze dołączyć tolerancję (i przy tym nie-tolerancje ku niektórym ludziom/poglądom/instytucjom) i wszystko niemal jasne. Czystość w aspekcie jednostkowym bywa podziwiana, ale już przez ogół nie. Ciekawe.

 

Czystość jest egzotyczna, nieznana i nie proszona o interpretację, której się domaga. A ci, co trwają w swoich postanowieniach ascetycznych (mówię przekornie), w swoich przekonaniach personalistycznych (mówię jak najszczerzej i najdogłębniej) zostają niewysłuchani. Stoją jak biały kwadrat na czarnym tle i… I nic. I albo przechodzą na stronę tła (czarnego), albo siedzą cicho. I upadną gdzieś po przekroczeniu granicy oficjalności (czystość małżeńska – sprawa kolejna i pomijana). Jest też możliwość trzecia: wytrwają i czerń rozbielą trochę utopijnie, idealistycznie, Prometejsko. A czasem naprawdę wystarczy.

 

Piszę z zamierzonymi wyrzutami sumienia ku-niektórym? (Tak, też.) Z żalem, że upadają siłacze (tak, też), z rozczarowaniem, że zbyt wielu milczy (też), że głupcy nie rozumieją (tak, też) czy… Że w czasie, kiedy nic nie miałoby już dziwić, nagle odszczepieńcy podpisujący coś (gratuluję tak prostego myślenia) stają się ufoludkami. Tak, z tymi wszystkimi zamierzeniami, bo jakoś się nazbierały. Zamiast bawić się w interpretacje kwadratu, warto po prostu spytać autora. Zamiast ignorować, warto posłuchać. I zamiast milczeć, warto mówić (zwłaszcza w słusznej sprawie). Zamiast tłumaczyć bezowocnie (choć owocnie warto), dobrze jest pokazać. Zaświadczyć. Odszczepieńcy malujący czystość w kolorach, a nie w sepii też istnieją. I mają się dobrze. Naprawdę dobrze. Jak biały kwadrat na czarnym tle.

 

Biały nie znaczy przezroczysty. Czysty nie znaczy niewidoczny.

Opublikowane w Elementarz
Czytaj więcej...
czwartek, 12 lutego 2009 19:53

Znaczenie czystości

Znaczenie czystości

Cnota czystości jest związana z kardynalną cnotą umiarkowania (temperantia) i jest jej podporządkowana./1/ W tradycji filozoficznej jest ona wymieniana jako druga z pośród czterech cnót kardynalnych. Dążenie do posiadania tej cnoty ma swoje źródło w poczuciu godności człowieka/2/. Cnota umiarkowania odpowiada za wprowadzenie ładu „w sposób realizacji potrzeb związanych z dwoma podstawowymi popędami człowieka: popędem samozachowawczym i seksualnym."/3/ To właśnie dzięki tej cnocie popędy człowieka zostają właściwie ukierunkowane, ponieważ są realizowane w zgodzie z rozumną naturą osoby ludzkiej. Należy pamiętać, że owe popędy same w sobie nie są złe. Zostały one dane człowiekowi wraz z jego naturą, by mógł przeżyć, rozwijać się i współpracować ze Stwórcą w dziele stworzenia. Są zatem darem, ale i zadaniem, przez które człowiek może się realizować.

 

Czystość, jak wyżej zostało powiedziane, związana jest z cnotą umiarkowania, zatem także i ona pełni ważne zadanie we wprowadzeniu ładu moralnego w życie człowieka. Mówiąc dokładniej cnota czystości to sprawność w opanowaniu pożądliwych poruszeń, pragnień, podniet uwarunkowanych popędem płciowym. Wyzwala ona właściwą intencję działania tzn. intencję afirmacji osoby czyli miłość. To właśnie dzięki czystości motywem postępowania człowieka staje się miłość, a nie chęć użycia drugiej osoby w celu zaspokojenia własnych pożądliwości./4/

Każdy chrześcijanin wezwany jest do praktykowania cnoty czystości. Niekiedy używa się słowa „czystość” jako synonim celibatu czy dziewictwa, należy jednak pamiętać, że zredukowanie czystości do wstrzemięźliwości seksualnej jest błędem/5/. Rola tej cnoty polega bowiem na właściwym korzystaniu z daru płciowości w odniesieniu zarówno do osób żyjących w małżeństwie jak i osób bezżennych.

 

Dla chrześcijan cnota czystości nabiera szczególnego znaczenia poprzez świadomość przebóstwienia ciała przez Chrystusa/6/. Ciało ludzkie jest świątynią Ducha Świętego, dlatego praktykowanie tej cnoty jest związane z Jego darami, a szczególnie z darem czci. „Dar czci jest wewnętrzną siłą człowieka, która nadaje pełny wymiar czystości jako cnocie."/7/ Zatem poszanowanie własnego ciała jest poszanowaniem działania Ducha Świętego, który na mocy chrztu w nim mieszka. Wówczas czystość staje się chwałą ciała ludzkiego przed Bogiem. Dzięki niej człowiek odkrywa oblubieńczy sens swojej cielesności i w pełny sposób może oddać ją Bogu przez wypełnianie swojego powołania, czy to w małżeństwie, czy w życiu bezżennym.

 

Ważnym wymiarem, w którym cnota czystości odgrywa znaczącą rolę, jest wymiar wychowawczy. Wychowanie do czystości odbywa się od najmłodszych lat/8/. Niezastąpioną rolę odgrywa tu przykład rodziców. Przekazanie dzieciom szacunku dla własnego ciała oraz dla innych ludzi wyzwala poczucie godności, na którego fundamencie może rozwijać się cnota czystości. Wzbudzenie atmosfery miłości, bezpieczeństwa i zaufania w rodzinie pozwala na przeprowadzenie szczerych rozmów, wynikających z troski o dobro dziecka.

 

Dziewczęta w rodzinie w sposób szczególny powinny być przegotowywane do pełnego radości służenia pomocą innym, do ofiarności, rozumienia innych. Wrażliwość dziewcząt także powinna być przez rodziców właściwie ukierunkowana, by stała się cechą pomocną w dostrzeganiu potrzeb bliźnich. Ważne znaczenia ma również wykształcenie postawy skromności, zarówno w odniesieniu do ubioru jak i zachowania oraz postawy szacunku dla własnej kobiecości./9/

 

Chłopcy natomiast powinni być wsparci w kształtowaniu postawy rycerskości wobec dziewcząt, opiekuńczości, chęci niesienia pomocy oraz uprzejmości. Ważne jest również uczenie ich odpowiedzialności za własne czyny. Należy także chronić chłopców przed zbytnim skupianiem uwagi na sobie, na postawie przyjemności./10/

 

Czystość pozawala na pełny, harmonijny rozwój, umożliwia właściwą relacją między osobami różnej płci. Dzięki tej cnocie młody człowiek może w sposób dojrzały rozpoznać swoje powołanie i w pełni je realizować. Dlatego wychowanie do czystości to zarazem przygotowanie do służenia innym poprzez powołanie, jakie wyznaczył każdemu Chrystus.

 


[1] Por. J. S. Szymczak, Czystość, w: Słownik Małżeństwa i Rodziny, red. E. Ozorowski, Warszawa-Łomianki 1999, ss. 76-81.

[2] Por. A. Robaczewski, O cnotach i wychowaniu, Lublin 1999, s. 51.

[3] T. Styczeń, J. Merecki, ABC Etyki, dz. cyt., 45.

[4] Por. K. Wojtyła, Miłość i odpowiedzialność, Lublin 1982, s. 153.

[5] Por. J. S. Szymczak, Czystość, art. cyt., s. 77; B. Kuras, Święty Paweł o chrześcijańskiej czystości, Katowice 1987, ss. 8-9.

[6] Por. J. S. Szymczak, Czystość, art. cyt., s. 77.

[7] Tamże.

[8] Por. A. Regulska, Wartość czystości seksualnej, Tychy 2007, ss. 59-98; K. Kietliński, Jesteś moją miłością, Warszawa 2005, ss. 22-27.

[9] Por. J. S. Szymczak, Czystość, art. cyt., s. 77.

[10] Por. Tamże, s. 80.

Opublikowane w Elementarz
Czytaj więcej...
wtorek, 24 maja 2011 12:44

Wierność przed ślubem (nawet przed poznaniem?)

Wierność przed ślubem (nawet przed poznaniem?)

Czy można być wiernym drugiej osobie, gdy nie wiemy nawet, kim ona jest? Kiedy nie mamy pojęcia, gdzie może teraz być i co właśnie robi? Gdy nie mamy cienia pewności, jak wygląda? A tym bardziej – jak ma na imię?


O ile mówienie o wierności w związku ma swoje silne uzasadnienie, o tyle mówienie o wierności osobie jeszcze-nam-nieznanej może być bardziej problematyczne. A jednak te dwie kwestie wiążą się ze sobą bardzo ściśle. Trzeba pamiętać, że w obu przypadkach jest to wierność Komuś.

 

Jeśli chcemy być wierni samym sobie (to jest tu równie ważne!) i wierni drugiemu, którego jeszcze nie znamy, musimy pamiętać, że wszystko, co robimy, jest znaczące. Nie mogę tak po prostu zamykać oczu i liczyć na to, że kiedy już spotkam Tego Jedynego, to będzie inaczej, a to, co teraz, nie będzie się liczyć. Może tak się zdarzyć, ale niektórych sytuacji lepiej uniknąć, bo pozostające rany mogą goić się bardzo długo. Ciężko jest wymazać wszystko.

 

Jest to ogromnie istotne, jeśli chodzi o czystość przedmałżeńską. Mamy ogromne szczęście, gdy spotykamy osobę, która stanie się naszym małżonkiem, a która we wcześniejszych kontaktach damsko-męskich nie przekroczyła nigdy granicy. Dla wielu kobiet i mężczyzn sam fakt, że Miłość-Mego-Życia chodziła za rękę z inną kobietą czy innym mężczyzną albo wyznawała miłość obcemu nam człowiekowi, jest bolesny. A co, jeżeli do tego dochodzą intymne stosunki? Nawet jeżeli jestem z kimś, kto wydaje mi się być jedynym i ostatnim, dopóki nie podjęliśmy decyzji i nie przypieczętowaliśmy jej węzłem małżeńskim, nie możemy mieć pewności, że to już na zawsze. Wierność przed ślubem chyba de facto musi być wiernością przyszłemu małżonkowi.

 

Czy ta wierność oznacza jedynie wstrzemięźliwość? Nie tylko. Wierność przed ślubem to także dbałość o swój własny rozwój, przygotowanie się na spotkanie z drugą osobą. Jest to też szacunek do innych ludzi i wrażliwość na nich, bo nigdy nie wiemy, jakie więzy mogą ich łączyć np. z osobą na nas czekającą. Może kiedyś ustąpisz miejsca w autobusie Babci Twojego przyszłego męża? Zdziwilibyśmy się na pewno, gdybyśmy zobaczyli, jakich ludzi spotykamy na co dzień. Oczywiście nie powinna być to jedyna motywacja, ale kto wie, kiedy i w jakich okolicznościach spotkamy Tego Jedynego czy Tą Jedyną.

 

Oczywiście, może nam się wydawać, że to czekanie nie ma sensu. Współcześnie coraz częściej wynajdowane są liczne usprawiedliwienia: że trzeba się wypróbować, że przecież czekać się nie da (sprowadzając seksualność do poziomu jedynie fizycznego, zakłamując ją), że zdobędzie się wiele umiejętności i doświadczenia…

 

Myśl o tym, że każdego dnia jesteśmy o krok bliżej do siebie, może być dla nas wielkim motywatorem, aby nie poddawać się takim złudnym zapewnieniom.

 

Kiedy w końcu spotkamy Tę Osobę, która przecież gdzieś na tym świecie zawsze była, nawet gdy czuliśmy się samotni czy wręcz zrezygnowani, ukazuje się nam pełny sens wierności (a i z nią: uczciwości, cierpliwości, wrażliwości, czystości, odpowiedzialności). Wierność przed ślubem, wierność osobie, której jeszcze nie znamy, sprawia, że wierność małżeńska urasta w swojej randze, bo jest przedłużeniem tego silnego przekonania, że małżeństwo nierozerwalnie wiąże ludzi na zawsze.

Opublikowane w Elementarz
Czytaj więcej...
piątek, 25 listopada 2011 12:48

Czystość - coś na swoim miejscu

Czystość - coś na swoim miejscu

„Brud to coś, co nie jest na swoim miejscu”

(Mary Douglas, Czystość i zmaza)

 

Autorka tych słów – jedna z wybitnych antropologów – badała społeczności pierwotne pod kątem ich rozumienia czystości i nieczystości. Jasne było dla niej, że w każdej kulturze istnieje to przeciwstawienie, ale skąd bierze się jego uniwersalność i czy te kategorie rzeczywiście wszędzie są rozumiane jednakowo? Czy po prostu istnieją, ale znaczą nie-to-samo?

 

Nie chcę streszczać dokonań Douglas, a tym bardziej referować jej książki, jednak to uchwycenie i zdefiniowanie, czym jest brud wydaje mi się godne uwagi. Powyższe rozumienie brudu implikuje – jak stwierdza autorka – dwa warunki: „zbiór uporządkowanych relacji i naruszenie tego porządku” i co za tym idzie: „Brud nie bywa nigdy unikalnym, wyizolowanym zjawiskiem. Tam gdzie jest brud, jest też system. Brud to produkt uboczny systematycznego porządkowania i klasyfikacji rzeczy, o tyle, o ile porządkowanie wymaga odrzucenia nieprzystających elementów”.  Przykład, jaki podaje Douglas, to chociażby buty na stole. Same w sobie buty nie są brudne (chyba, że zabłocone), nie są skażone. Natomiast umiejscowienie ich w przestrzeni nie do tego wyznaczonej czyni je brudnymi.

 

Oczywiście, wiedząc, czym jest brud, możemy stworzyć definicję czystości, która brzmiałaby: „czystość to coś, co jest na swoim miejscu”. Istnieje więc pewien system, istnieją normy, które tworzą zgrabny i sprawny, uznawany i szanowany układ. Poruszanie się wewnątrz niego pozwala nam pozostawać w obrębie czystości, być czystym, być poprawnym, zgodnym z całością. O czystości mówi się dziś w kontekście zachowań w sferze seksualnej. Czyści są ci, którzy wyczekują z rozpoczęciem współżycia do ślubu, czyści są ci małżonkowie, którzy przestrzegają norm personalistycznych w swojej sferze seksualnej. Są czyści, czyli zgodni z normami, zgodni z porządkiem, z ładem. Jednak owi „czyści” przestają być normą, przestają być nawet uznawani za zgodnych z normami, bo zasady zdają się… zmieniać, nie obowiązywać, a może nawet… nie istnieć już więcej.

 

Nie ma już więcej brudu - we współczesnym głównym nurcie myślowym. Już niewiele co może nas oburzyć. Na bilbordach mogą pojawiać się intymne sceny, w teatrze aktor może się rozebrać, w galerii sztuki można obrażać uczucia religijne lub wystawiać fekalia jako dzieło sztuki (Por. Piero Manzoni i jego praca: Gówno artysty). Cóż więc powiedzieć o seksie przed ślubem czy „skoku w bok”? Przy wcześniejszych, publicznych i bardziej rażących przykładach, te dwa są tylko małą kroplą. Która jednak drąży skałę.

 

Ogromne zmiany, jakie zaszły w drugiej połowie XX wieku „na Zachodzie” („wolność” kobiet, oderwanie porządku prokreacyjnego od aktu seksualnego, zakwestionowanie wartości rodziców, bunt przeciw normom) rzeczywiście zmieniły świat, zmieniły postrzeganie tego, co białe lub czarne – bo prawdę mówiąc, teraz wszystko jest szare – tylko bardziej szare lub mniej szare. Ale czy te działania odwróciły do góry nogami to, co było „od zawsze”? Czy rzeczywiście zmieniły owe „jądro świata”, zmieniły zasady? Czy tylko to, co zewnętrzne, co powierzchownie ulotne i tylko to, co na pierwszy rzut oka widoczne?... I tylko to, co człowiek może bez głębszego namysłu uznać/odrzucić, aby było prościej?

 

Mówienie o szarościach jest uproszczeniem. Nie uważam, że nam wszystkim jest obojętne to, jak zdefiniujemy sobie granice przyzwoitości czy czystość. Nie każdy z nas będzie klaskał golasom w teatrze, nie każdy przejdzie obojętnie czy z aprobatą, widząc kolejny plakat-reklamę skierowaną do mężczyzn, gdzie na pierwszym planie jest kobieta w niedwuznacznej pozie. Wciąż wierzymy w podział na czyste – nieczyste, w rozróżnienie tego, co jest na miejscu i tego, co jest nie w swoim przydziale.

 

Dziwi mnie dodatkowo fakt, że jednak pewne reguły istnieją prawie wszędzie (choć czasem i tak bledną), np. nie na miejscu jest mówić „na ty” do osób dużo starszych lub dużo wyższych rangą (a jeśli ktoś powie, że np. w języku angielskim jest inaczej, to chociaż do królowej tak się zwrócimy), nie na miejscu jest urządzać dyskotekę w nocy, gdy domownicy śpią itd. Owszem, są to normy kulturowe, umowne, ale jednak obowiązujące po to, aby służyć człowiekowi. O ileż bardziej są one potrzebne w dziedzinach, które są naprawdę po-ważne. Jeśli tylko pobieżnie czytaliśmy "Małego Księcia" lub znaleźliśmy tylko jego streszczenie w Internecie, to nawet z tych najprostszych źródeł nie będzie jak skorzystać. Jeśli w domu nie poznaliśmy norm, nie dowiedzieliśmy się, jak budować związek na całe życie, nie zobaczyliśmy nawet, że istnieje coś takiego jako relacja damsko-męska, to jak mamy w to uwierzyć? To już nie są pokolenia buntu, bo coraz trudniej znaleźć punkt wyjścia - wobec czego można się buntować (nie licząc, oczywiście, tych prądów myślowych i ludzi, którzy wciąż głoszą hasła czystości), co przedstawił świetnie Mrożek z swoim „Tangu”, kiedy to Artur szukał właściwego wyrazu buntu wobec „nowoczesnej” i zdegenerowanej rodziny i ostatecznie poniósł klęskę.

 

Przywołane wyżej rozumienie czystości wydaje mi się szalenie ważne. Pokazuje ono, że zasady nie wypływają z czegokolwiek, z widzimisię, ale z Całości, z dobra, jakie wypływa z systemu. System jest ukierunkowany na dobro. Mówiąc konkretnie: owa czystość przedślubna nie jest po to, aby uprzykrzać życie ludziom, ale po to, by dbać o szeroki kontekst ich obecnego rozwoju i przyszłego życia. I jej uniwersalność opiera się na prostej zasadzie: człowiek ma swoją stałą naturę i proces tworzenia więzi ma swój konkretny "grafik", który pozwala na najlepszy rozwój. Nie jest zatem czystość oderwana od systemu, a więc kwestionując ten element - wstrzemięźliwości (czy wierności itd.), kwestionujemy istotę tej miłości. Tak, możemy się powoływać dalej na naszą miłość, nasze pragnienie itd, jednak to już nie jest Ta Miłość, o jaką chodzi w pierwotnym rozumieniu. To jest miłość, która nie stawia sobie niektórych wymagań, nie żąda wyłączności czy wręcz wierności, nie stawia dobra drugiego ponad przyjemność, itd. I zgoda: jeśli ktoś rozumie miłość inaczej, ma prawo ją inaczej praktykować, ale może wtedy warto robić przypis, mówić o miłości, jak ją rozumiemy. Bo jeśli to samo rozumienie miłości jednym nie pozwala na seks przed ślubem czy zdradę małżonka, i ta sama miłość innym pozwala, to nie ma w tym logiki. Miłość jest pojęciem, którego treść wypełniamy różnorodnie.

 

A może... Może jednak dobrze, że mamy wybór: opowiadając się za granicą czystości i brudu albo kwestionując je całkiem i czyniąc wszystko dozwolonym. Bo przecież Wszystko mogę, ale nie wszystko przynosi mi korzyść. (I mimowolnie chcę Was odesłać do piosenki zespołu "Love Story" pt. "Mayday".)

Opublikowane w Elementarz
Czytaj więcej...
niedziela, 15 kwietnia 2012 19:21

"Czystość to nie wartość religijna. To wartość ludzka"

"Talitha kum" - pierwsza płyta zespołu Love Story

„Czystość to nie wartość religijna. To wartość ludzka” - rozmowa z Magdaleną Frączek, liderką zespołu Love Story


Alexandra Ćwiek: Skąd pomysł na śpiewanie o czystości? Przecież sporo ludzi uważa ją za sztuczny wytwór, wymysł Kościoła. Nie macie wrażenia, że śpiewacie o czymś niepopularnym?

 

Magdalena Frączek: Szczerze mówiąc nie wiem, o jakich ludziach mówisz (śmiech). Jedyne wrażenie, jakie mam, to takie, że jestem bardzo kochana i dlatego robię to, co robię. Od początku działalności koncertowej spotkałam się z setkami młodych osób – i nie tylko – których nasze teksty zauroczyły, wstrząsnęły, wzruszyły, dały nadzieję…

 

Okey. Wiem, że ogółem rzecz ujmując, to, co prezentujemy, jest „niby niepopularne”. Na nasze szczęście potrafimy żyć ze świadomością, że jesteśmy zespołem niekomercyjnym, grającym pod prąd popkulturze. Tylko broń Boże nie po to, aby atakować, taranować, wyzywać na pojedynek. Po prostu szanuję słowa, które wyśpiewuję, przekonałam się, że są prawdziwe i skuteczne. Ewentualne zewnętrzne animozje zostawiam przed wejściem na salę koncertową czy do studia. Robię swoje.

 

Pomysł powstania zespołu narodził się podczas Strefy Chwały – co cię natchnęło do założenia zespołu?

 

Trzeba to powiedzieć głośno – tym Kimś był Duch Święty. Osobiście pragnęłam czegoś muzycznego w moim życiu, przypuszczam jednak, że sama nie wpadłabym na tak genialny i oryginalny pomysł. Poznałam Go też po tym, że przedstawił Swoją propozycję bardzo jasno i czytelnie – w głowie zaistniała nazwa, przesłanie, data pierwszego koncertu i Słowo z Pierwszego Listu do Koryntian św. Pawła o tym, że nasze ciała są świątynią Ducha Świętego. To była tak zwana propozycja nie do odrzucenia (śmiech).

 

Czym dla ciebie jest czystość? Jak ją realizować w codzienności?

 

Dla mnie Czystość to dar, a jedyne, co trzeba z nią zrobić, to przyjąć. Czystość to też Osoba – wiadomo o Kim mówię (śmiech). Nie jestem oderwana od rzeczywistości. Mówię o czystości, bo poznałam, czym jest nieczystość. Żeby się otworzyć na Boga, trzeba najpierw być zamkniętym. Tak było ze mną. Po osiemnastu latach nijakiego życia zrozumiałam, że mogę więcej, bardziej, mocniej. Pierwszą rzeczą, którą zaobserwowałam w sobie po przyjęciu daru czystości, to nagłe otwarcie się na świat, na życie, na ludzi. Nagle odkryłam, że mogą być otwartą, stanowczą, wartościową osobą.

 

Tu chodzi o decyzję i o wrażliwość serca. Nie trzeba wszystkiego rozumieć od razu, od tego często boli głowa. Życie – każdego człowieka inne, tak samo ważne i inspirujące – samo weryfikuje wybory. Często mówię, rób to, co sprawia, że patrzysz na siebie z szacunkiem.

 

Śpiewacie o wartościach bliskich ludziom wierzącym – a co z niewierzącymi? Jak chcecie ich przekonać o tym, że czystość ma sens?


Tak uważasz? Ja doświadczyłam, że czystość może być tak samo daleka dla wierzącego, jak i niewierzącego. Popatrz na mnie! Przez osiemnaście lat grzecznie do kościoła, co niedzielę, różańce, rekolekcje. To największy kit na świecie, że jak wierzący, to go czystość obchodzi. Oczywiście strasznie pragnę, aby tak było.

 

Myślisz, że używanie antykoncepcji weryfikuje czy ktoś jest katolikiem czy nie? To raczej weryfikuje jaki szacunek ma kobieta do siebie, na ile męski jest mężczyzna i czy potrafi bronić swojej kobiety. Seks przedmałżeński? To samo. To nie teologia, ale prawo naturalne, prawo do tego, aby być kochanym i szanowanym sprawia, że nie chcę, aby mój potencjalny chłopak spał ze mną w jednym łóżku. Czystość to nie wartość religijna. To wartość ludzka. Znam osoby niewierzące, które żyją w czystości, ponieważ pragną kochać. Tyle. Jasne jest, że bez Boga to poznanie czystości, ale nie tylko, każde poznanie jest niepełne, ponieważ my widzimy tylko po części, selektywnie, a Bóg patrzy na całego człowieka.

 

Jeszcze jedno, bardzo ważne i podstawowe – do czystości nie da się przekonać, to słowo zakłada jakąś ingerencję człowieka w życie drugiego człowieka. Nawet Bóg nie pcha się z butami w czyjeś życie, bardziej powiedziałabym, że On mnie w Sobie rozkochuje niż przekonuje do Swojej Miłości. Mówię o tym, bo kiedyś właśnie z takim nastawieniem wchodziłam na scenę – młoda, gniewna, ja wam powiem, co tracicie, jeśli nie żyjecie w czystości! A Jezus łapał się za głowę i tylko dlatego, że jest kulturalny, nie ściągał mnie ze sceny. Całe szczęście doświadczyłam już tego i owego i dziś to już sama śmieję się z takiej postawy. Gdy ktoś mnie prosi, abym powiedziała coś o czystości, odpowiadam „coś”.

 

Czym się inspirujesz, pisząc teksty swoich piosenek?

 

Życiem, czyli wszystkim, co się na nie składa – Słowem Bożym, relacjami z ludźmi, wydarzeniami, pulsem miasta, przyrody… Staram się wszystko przesiewać przez spojrzenie auto. Moje teksty są coraz mnie publicystyczne. Coraz bardziej skupiam się na olśnieniach, które przychodzą od wewnątrz. Sam Jezus przecież mówił, że nie to, co przychodzi z zewnątrz, ale to, co z wewnątrz wychodzi czyni człowieka czystym lub nieczystym.

 

Jak dokładnie nawiązała się Wasza współpraca z Leszkiem Łuszczem? Pracował wcześniej m.in. z Marią Peszek, która muzycznymi klimatami, ale też tekstowo śpiewa o czymś zupełnie innym niż Wasz zespół. Czym przekonaliście do siebie Leszka Łuszcza?

 

Cóż… To on przekonał się do nas (śmiech). A nawet nie przekonał, tylko poszedł w ciemno. Usłyszał jakieś nagrania z koncertów, niezbyt lotne jak na tamten czas. Spotkał nas ze sobą Paweł Baranowski, mecenas nagrań płyty Talitha kum, wrocławianin, mąż i ojciec, który usłyszał nas na jednym z koncertów i zapragnął, aby taki zespół jak Love Story miał profesjonalną płytę.

 

Dlaczego się Leszek zdecydował to trzeba się już jego pytać. Coś go musiało zaciekawić (śmiech). Niewątpliwie to wymarzony producent – jest mega pomysłowy, osłuchany, otwarty, ogarniający i ma bardzo dobrą kawę (śmiech). Pracował z wieloma wybitnymi muzykami i artystami, sam tworzył zespoły, więc doskonale wie, jak to wszystko się je, ma absolutną wrażliwość. Nasza współpraca musiała ułożyć się dobrze, bo zdecydował się na produkcję kolejnego krążka.

 

Pracujecie nad drugą płytą – co będzie jej tematem i inspiracją?

 

Tematem i inspiracją będzie kobieta. Tak. To będzie płyta o kobietach, i to będzie płyta głównie dla mężczyzn (śmiech). Oczywiście jest to kontynuacja Talitha kum, naszej pierwszej płyty z dobrym tekstem o miłości. Tytuł drugiego albumu to Effatha! W głowie mam już trzecią płytę, ponieważ zamysł jest taki, aby był to tryptyk – trzy góry spotkania, spotkania z Bogiem i trzy płyty. Pierwsza – Talitha kum – to Synaj. Tam Bóg przekazał Mojżeszowi tablicę z przykazaniami. Druga to Tabor, góra Przemienienia, piękna i chwały – i to jest płyta Effatha – bo piękna kobieta jest pełna chwały Bożej i blasku. Naprawdę, ten świat nie zdaje sobie sprawy godności kobiety. Trzecia góra to Golgota, i już czuję, że w jakimś sensie ta płyta będzie najtrudniejsza...

 

Tak właśnie rozumiem czystość – to nasze prawo (Synaj), piękno (Tabor) i pasja (Golgota).

 

W „Mayday” śpiewasz: „zakodowano, że miłość wyraża ściśle seks – ta definicja głęboko rani nasze ambicje” – przez co jeszcze można wyrażać miłość? Czy młodzi ludzie powinni być ambitni, jeśli chodzi o miłość?

 

Miłość można wyrażać na różne sposoby. Jezus wyraził ją przez krzyż i Zmartwychwstanie. Rodzice poprzez trwanie przy dziecku. Chłopak przez uznanie piękna dziewczyny. Dziewczyna przez szacunek okazywany chłopakowi. Paleta okazywania sobie miłości ma nieskończenie wiele barw.

 

Z tą ambicją to bywa różnie. Często jej nie ma, bo wcześniej przydarzyło się jakieś poważne zranienie – głównie w domu… Alkoholizm, depresja, zdrady… Jesteśmy nauczeni, że aby być kochanym, trzeba dopasować się do wizji tej drugiej osoby. Miłość kojarzy się nam z wykorzystywaniem (także okazji). Pragniemy być w końcu „wolni” od tego, na co napatrzyły się nasze oczy przez kilkanaście lat życia i decydujemy się na związek „bez zobowiązań”… Przekonałam się i nadal się przekonuję, że najpierw chcę być ambitna, jeśli chodzi o mnie samą. Chcę dobrze przeżywać każdy dzień, nie uciekać przed problemami, stawiać im czoła. Każdy człowiek jest wart tego, aby być kochanym. Jeśli w to uwierzę, z ambicją nie ma już najmniejszego problemu.

 

Jakie są wasze, jako zespołu, ambicje?

 

Nagrody Grammy, a jeśli nie to przynajmniej Fryderyki… (śmiech). Serio i muzycznie to na pewno jeszcze więcej grania, bo ono sprawia nam niewymownie dużo radości. A tak całościowo naszą ambicją – jeżeli mogę tak za wszystkich coś powiedzieć – jest Miłość. Bo to o Niej ta cała historia!

 

Dziękuję za rozmowę.

 

____________

Zespół Love Story powstał w 2006 roku. Jego liderką i autorką tekstów jest Magdalena Frączek. Debiutancka płyta zespołu nosi tytuł „Talitha kum” i jest pierwszą z zaplanowanych trzech. Teksty piosenek opowiadają o czystości i miłości.

Strona zespołu: www.lstory.pl

Teledysk - "Mayday"

Opublikowane w Elementarz
Czytaj więcej...
poniedziałek, 09 lutego 2009 12:04

'Nie dla rozpusty, ale dla prawdziwego związku'

'Nie dla rozpusty, ale dla prawdziwego związku'

Czystość małżeńska w Biblii


A teraz nie dla rozpusty biorę tę siostrę moją za żonę,

ale dla prawdziwego związku (Tb 8, 7a)

 

Biblia stanowi najświętszą księgę Kościoła. Katolicy wierzą w jej natchnienie i pouczeni przez Magisterium Ecclesiae czytają Słowo Boże, starając się wprowadzić je w życie. Aby więc ukazać istotę czystości małżeńskiej, potrzeba sięgnąć do biblijnego pouczenia.  Małżeństwo, bowiem stanowi jeden z tematów poruszanych na stronicach ksiąg świętych. W Starym Testamencie czystość ma charakter przede wszystkim kultyczny./*1) Izraelici pojmowali ją rytualnie jako postawę człowieka względem Boga. Podkreślano konieczność zachowania czystości przez kapłanów sprawujących służbę w świątyni (por. Kpł 21, 1-6). Według prawa być czystym oznaczało być zdolnym do oddawania czci Bogu. Człowiek czysty mógł zbliżyć się do rzeczy świętych. Natomiast nieczystość zaciągało się między innymi przez współżycie małżeńskie oraz inne czynności fizjologiczne. Nieczystym czyniło człowieka także oddawanie kultu pogańskim bożkom, czy dotykanie zwłok. U źródeł takiego rozumienia czystości rytualnej przez Izraelitów była „idea jedności człowieka, jedności posuniętej tak daleko, że nie można było oddzielić ciała od duszy i że akty religijne człowieka, choćby najbardziej duchowe, nie są wolne od pewnej materialności."/*2)


Dlatego właśnie analizując problem czystości w Starym Testamencie, należy  rozróżnić  pojmowanie czystości rytualnej od czystości właściwej dla małżonków. Jak wyjaśnia J. Machniak, Stary Testament daje pochwałę czystości małżeńskiej wskazując na nowe motywy wybiegające poza rytualne rozumienie tego co czyste i nieczyste./*3) Księgi Starego Testamentu nakazują czystość małżeńską, która wynika z naturalnej godności małżeństwa.


Już  dwa opisy stworzenia świata ukazują nam scenę, która stanowi podstawę instytucji małżeństwa. Bóg stwarzając człowieka uczynił go jako mężczyznę i niewiastę, uczynił go na swój obraz. To rozróżnienie na dwie płcie było zaplanowane i chciane przez Boga. Mężczyzna i kobieta mają być dla siebie nawzajem pomocą. Bóg nadał także sens ich płciowości, mają bowiem być płodni i rozmnażać się, by zaludnić ziemię i czynić ją sobie poddaną (por. Rdz 1, 28). To powołanie pierwszych ludzi było zarazem dla nich błogosławieństwem.

 

Izraelici wysoko cenili powołanie do rodzicielstwa. Posiadanie dzieci było dla nich wyrazem łaski Boga, natomiast bezpłodność oznaczała przekleństwo/*4). Za przykład może służyć tu postawa Anny, matki Samuela, która napiętnowana była z powodu swej niepłodności (por. 1Sm 1, 4-18). Żydzi dopuszczali nawet przekazanie listu rozwodowego żonie niepłodnej. Pozostawienie po sobie potomka było tak ważne dla Żydów, że uznawali oni prawo lewiratu. Dopuszczana była także praktyka, powszechnie znana w starożytności, gdy w przypadku niepłodności kobiety, mąż miał prawo współżyć z niewolnicą, w celu poczęcia dziecka, które  prawnie uznawane było za  dziecko żony. Tak się stało w historii Abrahama i Sary (por. Rdz 16,2).

 

A zatem, czy owe praktyki będące odzwierciedleniem umiłowania nowego życia, które może się zrodzić ze związku mężczyzny i kobiety, nie zaprzeczają monogamicznemu charakterowi małżeństwa? Odpowiadając na to pytanie pamiętać trzeba, że zwyczaje panujące w Narodzie Wybranym i tak były wręcz rewolucyjne w stosunku do innych współczesnych jemu ludów/*5). Bóg przygotowywał Izraelitów stopniowo do przyjęcia pełni Objawienia. Jak dobry pedagog ukazywał Narodowi Wybranemu, do czego jest powołany. Warto zaznaczyć, że pierwsze małżeństwo ukazane w Biblii w scenie stworzenia świata ma charakter monogamiczny. Mężczyzna i kobieta mają stać się jednym ciałem, co wyklucza obecność kogoś trzeciego.

 

Mimo dopuszczalności przez Żydów związków poligamicznych, wierność małżeńska, zachowanie prokreacyjnego charakteru współżycia są podkreślane w Piśmie Świętym. Normą szczególnie ważną jest  Dziesięć Przykazań. Dwa z nich odnoszą się bezpośrednio do życia małżeńskiego. Przykazanie szóste: Nie cudzołóż oraz dziewiąte: Nie pożądaj żony bliźniego swego stoją na straży wierności małżeńskiej/*6). W Biblii znajdziemy także surowe przepisy prawa będące komentarzem do tych przykazań. Za zdradę przewidywano nawet karę śmierci (por. Pwt 22, 13-29).

 

Nawoływanie do zachowania wierności oblubienicy młodości widzimy także w księgach mądrościowych (por. Prz 5, 15-19). W księdze Malachiasza znajdziemy słowa, że Bóg nienawidzi odrzucania małżonki (Ml 2, 14nn). Kontrakt (berith) małżeński zaczęto upodabniać do przymierza (berith) Boga z Narodem Wybranym. Właśnie jako obraz relacji Boga ze swoim Ludem można zinterpretować sceny z Księgi Pieśni nad  Pieśniami./*7)Wierna miłość małżonków staje się obrazem wiernej miłości Boga.


W Księgach Starego Testamentu znajdziemy również słowa broniące prokreacyjnego charakteru współżycia seksualnego. Historia Onana ukazuje nam, że złe w oczach Boga jest zbliżenie mężczyzny i kobiety, w którym celowo unika się zapłodnienia (por. Rdz 38, 9). Jest to bowiem działanie niezgodne z naturą człowieka, którą przez Stwórcę został obdarowany. Podobnie współżycie dla rozpusty, wynikające z pożądliwości ciała, nie jest godne powołania małżonków. Słowa z modlitwy Tobiasza wypowiedziane przez niego przed zbliżeniem się do swej żony Sary, ukazują świętość współżycia mężczyzny i kobiety. Uwielbiając Boga Tobiasz wyznaje: A teraz nie dla rozpusty biorę tę siostrę moją za żonę, ale dla prawdziwego związku (Tb 8, 7a). Stary Testament broni właśnie tego pełnego sensu, prawdziwego związku mężczyzny i kobiety, który przez Chrystusa zostanie podniesiony do rangi sakramentu.


Natomiast w czasach nowotestamentalnych praktyki niektórych Izraelitów, dotyczące zachowania czystości kultycznej, nabrały formalistycznego charakteru/*8). Dlatego Pan Jezus głosząc Dobrą Nowinę ukazuje czystość jako wewnętrzną postawę względem Boga. Podkreśla, że prawdziwa czystość pochodzi z wnętrza człowieka (por. Mt 15, 18-20). Mówiąc o jej źródle wskazuje ludzkie serce, którego czystość jest podstawą w zachowaniu nieskazitelności myśli, uczuć i czynów (por. Mk 7, 14-23; Mt 5, 8; 15, 10-20; Łk 11, 40). W Kazaniu na Górze Syn Boży nazwał błogosławionymi, czyli szczęśliwymi tych, którzy posiadają czyste serca /*9).

 

Pan Jezus oczyszcza także wizję małżeństwa ukazaną już w Starym Testamencie z błędnych ludzkich interpretacji. Podkreślając godność tego powołana, podnosi je do rangi sakramentu. Wskazuje także na nierozerwalność małżeństwa. Mąż i żona zjednoczeni w akcie małżeńskim stają się jednym ciałem. Słowa Pana Jezusa, że tego co Bóg złączył człowiek nie ma prawa rozdzielać (por. Mk 10, 6-9), ukazują świętość tego związku.

 

W Nowym Testamencie zostaje także sprecyzowana nauka na temat cudzołóstwa./*10) W Kazaniu na Górze Pan Jezus wyjaśnia, że już pożądliwe patrzenie na kobietę staje się w sercu cudzołóstwem z nią (por. Mt 5, 27). Jezus odrzuca także prawo oddalenia żony przez wręczenie jej listu rozwodowego. Uczniowie słuchający tych słów byli na tyle nimi wstrząśnięci, że stwierdzają, iż Jeśli tak ma się sprawa człowieka z żoną, to nie warto się żenić. (Mt 19, 10). Pan Jezus na to odpowiada, że Nie wszyscy to pojmują, lecz tylko ci, którym jest to dane. (Mt 19, 11b). Małżeństwo zatem zostaje ukazane jako jedna z dróg, do której Bóg powołuje ludzi. Podobnie jak inne, nie jest to droga łatwa, ale za to prowadzi do świętości.

 

Tak jak w Starym Testamencie małżeństwo ukazywane było jako obraz miłości Jahwe do Narodu Wybranego, tak w Nowym Testamencie staje się ono tajemnicą wielką w odniesieniu do Chrystusa i Kościoła (Ef 5, 32). Święty Paweł wzywa małżonków, by byli sobie nawzajem poddani w bojaźni Chrystusowej (por. Ef 5, 21). To Jezus swoją miłością zespala kobietę i mężczyznę w sakramentalnie nierozerwalny związek. Apostoł Narodów ukazuje również potrzebę odnoszenia się z miłością do ciała współmałżonka, podobnie jak Chrystus żywi i pielęgnuje Kościół (por. Ef 5, 29). Mąż i żona stając się jednym ciałem, odpowiedzialni są za świętość ich związku. Bowiem ciało nie jest dla rozpusty, lecz dla Pana, a pan dla ciała. (1Kor 6,13). Święty Paweł mówiąc o czystości podkreśla, że jest ona wewnętrzną wolnością od pożądliwości (por. Flp 4,8). Wskazuje zarazem, że rozpustnicy, cudzołożnicy, rozwięźli nie wejdą do Królestwa Bożego (por. 1Kor 6, 9-10). Czystość jest zatem konieczna do osiągnięcia świętości/*11).

 


[1]Por. L. Szabo, Czysty, art. cyt., s. 195.

[2] Tamże, s. 195-196.

[3] Por. J. Machniak, Chrześcijanin wobec… czystości, dziewictwa, celibatu, dz. cyt. s. 10.

[4] X. Leon-Doufour, Bezpłodność, w: Słownik Teologii Biblijnej, red. X. Leon-Doufour, Poznań 1994, s. 70.

[5] Por. C. Wiener, Małżeństwo, w: Słownik Teologii Biblijnej, red. X. Leon-Doufour, Poznań 1994, s. 445.

[6] Por. E. Staniek, W trosce o sumienie, Kraków 1987, ss. 76-92; 127-130.

[7] Por. T. Brzegowy, Pisma Mądrościowe Starego Testamentu, Tarnów 2007, ss. 138-161.

[8] Por. L. Szabo, Czysty, art. cyt., s. 197.

[9] Por. E. Staniek, Kazanie na Górze, Kraków 2003, ss. 25-29.

[10] Por. Tamże, ss. 67-69; 72-74.

[11] Por. B. Kuras, Święty Paweł o chrześcijańskiej czystości, dz. cyt.,ss. 33-44.

Opublikowane w Małżeństwo
Czytaj więcej...
  • «
  •  pierwsza 
  •  poprzednia 
  •  1 
  •  2 
  •  3 
  •  4 
  •  następna 
  •  ostatnia 
  • »
Strona 1 z 4

Główne działy

  • Ona&On
  • Relacje
  • Rodzina
  • Blogi
  • Dobra Strefa
  • Forum
  • Kontakt

Blogi

  • Z pamiętnika Księżniczki
  • Z rycerskiego szlaku
  • Dziennik pokładowy
  • Antykoncepcyjne dylematy
  • Dei Verbum
  • Między nami
  • Kuźnia Miłości
  • Dzień-Dobry-Dzieci
  • Biblio-teczka Malucha
  • Przestrzenie Miłości
  • Super mamą być
  • Piękno kobiety
  • I love USA
  • Przez żołądek do serca
  • Opowieści z Czarodziejskiej Góry

Na skróty

  • Kontakt
  • Mapa strony
  • Reklama
  • Polityka prywatności
  • Rejestracja
  • Newsletter
  • Zaproś nas!
  • Formularze
  • Wesprzyj nas!

Zobacz także

  • Konkursy / Akcje
  • Ślubne-plany
  • NPR jest OK!

Polecane strony

  • Fundacja Rodzin Pełna Chata
  • NPRjestOK!
  • Przymierze Wojowników
  • Czysty SEX
  • Księgarnia i Wydawnictwo Rubikon
  • Projekt KiM
  • NPRjestOK!
  • Ślubne-plany
  • O nas
  • Wydarzenia
  • Linki
Copyright © 2011 Portal za-kochanie.pl



  • Nie pamiętasz hasła?
  • Nie pamiętasz nazwy?
*
*
*
*
*

* Pole wymagane