Patrzy na nas srebrzysta istota, która zdawałoby się, że jest za szklaną, niewidoczną ścianą. Jest, a jakby jej nie było. Dziecko, a jakby mało tego dziecka w nim było. Uwięziona w swoim półimpresjonistycznym dzieciństwie.
Od zawsze zastanawiało mnie, jak na Nią wołano. Może jest to mała Olga. Może nosi jedno z wielu, modnych w tamtym czasie francuskich imion. A może jest Julią, która nie dotknęła jeszcze miłości. Z pewnością jest jedynaczką, samolubną od czasu do czasu swoich pokaźnych humorów. Albo nie! Bo jakby nią była, jej mamie starczałoby czasu na czesanie dziewczynki w piękne warkocze. Tymczasem stoi ona ze zwichrzonym, rdzawym włosem niczym mała rozhuśtywaczka brzóz. Gdyby chociaż trzymała w ręku słoneczniki już wydawałaby się bardziej promienna, pląsająca latem w ogrodzie. Przez te białośnieżne chryzantemy i wyraźny cień za plecami od tylu wieków poszukiwani są jej domniemani rodzice i dom lat dziecięcych. Wystarczyłaby mała plamka optymistycznej farby, drobna, nawet nie tak bardzo okrągła, pomarańcza w kącie a nie wydawałaby się już tak bardzo andersenowską dziewczynką z zapałkami. A więc Bezimienna, która dopiero zacznie się bać zegara z wyskakującą kukułką. Dziewczynka nie stroi jeszcze min przed lustrem, nie ulepsza swojej buzi, nie uczy się odpowiednich reakcji. Za rzecz najgorszą z najgorszych uważa wkładanie szaroniebieskiej sukienki przez głowę - gryzie i ma strasznie niewygodne rękawy, które zawsze lądują w talerzu. Bystrzejsza niż o niej mówią jej wylewające się czarne oczy. Zawsze druga w kolejności zaraz za swoją siostrą. Ale jakie tak naprawdę ma dzieciństwo? Listopadowe? A może pełne owoców i cudów? Jaki obraz powiesili jej rodzice nad łóżkiem w dziecięcym pokoiku?
Jest w niej coś z dziewczynki, która kocha latać, widzieć więcej, sięgać po nieosiągalne. Porywają ją sny, by znów zabrać z powrotem do stołu na wspólny posiłek z rodzicami, których przecież bardzo kocha, a którzy się nie kochają. Dziewczynka widzi, że mama z tatą nie mają wspólnych pasji, nie uśmiechają się do siebie, nie słuchają, co drugie ma do opowiedzenia. Zawsze szli w różne strony, wybierali różne smaki, kładli się spać o różnych porach. Mama wychodziła z domu płacząc, tata wychodził z domu krzycząc. Potem zaczęły się bajki na dobranoc o nieszczęśliwych królewnach i rycerzach, co gubili drogę. Za porcelankową buzią małej marzycielki coraz głębiej chowały się smutki. Bo tego by jeszcze trzeba żeby sobą zasmucać rodziców. Nauczyła się pięknie mówić o codzienności lalek, o plamce na obrusie, o filiżance z za dużym uszkiem i o tym co nie boli. Przez kolejne poranki, dni, lata dziewczynka szukała bezpiecznej i ciepłej Oranżerii, która się Maeterlincowi nie śniła, takiej w sam raz na swoje prawdziwe myśli i melancholie. Bezpieczna kopuła pośród wystygłych lasów. I tak dziewczynka dorastała i dorastała jak egzotyczna roślina w cieplarni, szukając miejsca, które mogłaby sobą opleść. Chciała bardzo czuć się silna i odgadywana. Chciała bardzo znaleźć kogoś, kto by wiedział czym się żywi i jak dużo potrzebuje słońca. Na kogo więc wyrosła? Na żonę z rozkwitłymi chryzantemami…