Przejściowa aura między jesienią a zimą zdecydowanie nie wpływa korzystnie zarówno na zdrowie, jak i ogólne samopoczucie. Na szczęście twórcy filmowi dbają o jego poprawę, proponując nam w ostatnim czasie sporo kinowych nowości. Zachęcona atrakcyjnym trailerem, pewnego listopadowego popołudnia wybrałam się na film Jeden dzień. W związku z moim szczególnym upodobaniem do literatury ostrożnie podchodzę do ekranizacji książkowych bestsellerów – zazwyczaj mnie rozczarowują. Tym razem mogłam pozwolić sobie na w miarę obiektywny osąd, ponieważ pierwowzoru (jeszcze) nie czytałam.
W ciągu niespełna 108 minut przed naszymi oczyma przewija się przeszło dwadzieścia lat życia Emmy Morley (Anne Hathaway) i Dextera Mayhew’a (Jim Sturgess). Począwszy od 1988 roku a na 2011 skończywszy, każdego 15 lipca czas zwalnia i możemy przyjrzeć się, jak zmieniają się nie tylko mieszkania, prace, partnerzy czy fryzury głównych bohaterów, ale przede wszystkim – ich wzajemna relacja. Patrzymy, jak przeżywają swoje sukcesy i porażki. Jak z roku na rok stają się zupełnie innymi ludźmi. Na ich przykładzie przekonujemy się, jak zmienne bywają koleje losu: że ze szczytu można spaść na dno (i odwrotnie) oraz że nic – ani ból, ani szczęście – nie trwa wiecznie.
Film pokazuje też, jak skomplikowane i niejednoznaczne bywają uczucia między kobietą a mężczyzną. Jak różnice z jednej strony elektryzują i przyciągają, z drugiej nierzadko doprowadzają do sytuacji, gdy mówimy drugiej osobie: „Bardzo Cię kocham. Ale już Cię nie lubię”. Jak można być blisko, będąc kilkaset kilometrów od siebie oraz daleko, siedząc twarzą w twarz. Jak egoizm i chęć życia „na skróty” nadszarpują najsilniejszą nawet więź. Oraz że odpowiedź na Mickiewiczowskie pytanie: „Czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie?” nie zawsze jest jasna i oczywista.
Jest to także historia poszukiwania swojego miejsca w świecie, dojrzewania do nowych ról i wyzwań oraz ciągłego, wytrwałego uczenia się życia. I miłości.
Opowieść na podstawie książki Davida Nichollsa o tym samym tytule. Chociaż w rubryce „gatunek” znajdziemy informację, że jest to melodramat, film nie jest pozbawiony również zabawnych, żartobliwych momentów.
Osobiście jako słabszą stronę filmu wskazałabym mało wyrazistą ścieżkę dźwiękową. Wprawdzie główny temat muzyczny (We had today) cieszy ucho, za to pozostałe, skądinąd dobre utwory z list przebojów ostatnich 20 lat (m.in. Dell Amitri Roll to me, Fatboy Slim Praise you) zostały w moim odczuciu potraktowane nieco po macoszemu. A szkoda, bo mogłyby lepiej obudować aurę upływającego czasu.
Przyznam też, że początkowo odnosiłam wrażenie, że kolejne lata upływają zbyt szybko i akcja nie ma szansy się „rozkręcić”. Po obejrzeniu całości stwierdzam jednak, że poszczególne epizody zostały właściwie wyważone. Chociaż w moim odczuciu film nie pretenduje do miana arcydzieła (dość konwencjonalna fabuła, brak oryginalnych rozwiązań technicznych), uważam go za wart obejrzenia i polecam zarówno w ramach randki, jak też „babskiego” wypadu.
Jeden dzień / One Day, reż. Lone Scherfig, USA 2011.