Tools
A+ R A- wide normal
Zarejestruj Zaloguj
  • Skip to content
Home » Blogi » Blogi Redakcyjne » Opowieści z Czarodziejskiej Góry
  • Projekt KiM
  • NPRjestOK!
  • Ślubne-plany
  • O nas
  • Wydarzenia
  • Linki
  • Homesummary
  • Ona&Onmy work
    • Elementarz
    • Kobieta
    • Mężczyzna
    • Ona&On
    • Perfekcyjna Randka
    • Kącik Singla
  • Relacjewith us
    • Narzeczeństwo
    • Małżeństwo
    • Seksualność
  • Rodzina 
    • Rodzina
    • Dzieci
    • Wokół życia
  • Blogi 
    • Blogi Redakcyjne
      • Z pamiętnika Księżniczki
      • Z rycerskiego szlaku
      • Dziennik pokładowy
      • Antykoncepcyjne dylematy
      • Dei Verbum
      • Między nami
      • Kuźnia Miłości
      • Dzień-Dobry-Dzieci
      • Biblio-teczka Malucha
      • Przestrzenie Miłości
      • Super mamą być
      • Piękno kobiety
      • I love USA
      • Przez żołądek do serca
      • Opowieści z Czarodziejskiej Góry
      • Nowa dieta MŻ
      • Z pamiętnika Panny Młodej
  • Dobra Strefa 
    • Strefa Książki
    • Strefa Filmu
    • Strefa Świadectw
    • Strefa Multimediów
    • Strefa Poezji
    • Strefa Wiary
    • Zapisy na Kursy
  • Forum 
  • Kontakt 
Złote Myśli
"Jedno jest w życiu szczęście - kochać i być kochanym." (George Sand)
"Radość i miłość są skrzydłami wielkich poczynań." (J.W.Goethe)
"Miłość oznacza rozprowadzać ciepło, nie dusząc się przy tym wzajemnie. Miłość oznacza być ogniem, ale wzajemnie się nie spalać." (Phil Bosmans)
"Miłość jest jak słońce. Ten, którym zawładnęła, może zrezygnować z wielu spraw. Komu jej brakuje, temu brakuje wszystkiego." (Phil Bosmans)
"Jaka miłość - taki człowiek." (św. Augustyn)
"Kocha się nie za cokolwiek, ale pomimo wszystko, kocha się za nic" (ks. Jan Twardowski)
"Radość i miłość są skrzydłami wielkich poczynań." (J.W.Goethe)
"Człowiek najpełniej afirmuje siebie, dając siebie. To jest pełna realizacja przykazania miłości" (Jan Paweł II)
"Człowiek jest odpowiedzialny nie tylko za uczucia, które ma dla innych, ale i za te, które w innych budzi." (Stefan Wyszyński)
"Każda kochana kobieta jest księżniczką w oczach tego, kto się o nią ubiega, i w swoich własnych" (Karel Čapek)

.:BLOG:. Opowieści z Czarodziejskiej Góry
Subscribe to this RSS feed

.:BLOG:. Opowieści z Czarodziejskiej Góry (8)

czwartek, 29 marca 2012 14:15

List szósty

Published in .:BLOG:. Opowieści z Czarodziejskiej Góry Napisane przez Monika Proszak
List szósty

Czarodziejska Góra, 23.03.2012r.

 

Droga moja Przyjaciółko!

 

I przywitałam pierwszy dzień wiosny bez Ciebie. Bardzo mi przykro, że musiałaś odwołać w ostatniej chwili swój przyjazd… Choć przyznaję, jak zobaczyłam Michała z tabliczką „zastępstwo za Nią”, to byłam bardzo rozbawiona. Wiedziałaś, jak mnie przebłagać;-). Że też mu się chciało do mnie jechać samemu! Przecież wiedział, że potem Ci wszystko i tak opowiem (no dobra, może z wyjątkiem kilku spraw), ale najwyraźniej nie ma niczego do ukrycia;-). Porządny ten Twój mężczyzna, ot co. Chyba muszę odwołać mój niedawny pogląd, że pokochałaś tchórza. Ale o tym za chwilę.

 

Masz już sprawozdanie z odwiedzin z jego strony, teraz czas na moją opowieść. Mężczyźni, jak wiadomo, zwracają uwagę na zupełnie inne rzeczy niż kobiety, czyli na te mniej ważne. Michał dostał miejsce w pokoju dla gości, który niczym się nie różni od naszych pokojów, oprócz tego, że ma trochę lepsze ogrzewanie. Zapoznał się z kilkoma mieszkańcami Czarodziejskiej Góry, z jednym nawet wszedł w dłuższą i burzliwą rozmowę na temat czasowości. Nie podejrzewałam go o to, że ma tak określone poglądy w tej materii! Ukrywał się do tej pory, ale jak już się to ujawniło, nie miał potem, biedny, życia — musiał ze mną dyskutować, a już Ty dobrze wiesz, co to oznacza! Zastanawiam się, czy miał siłę, żeby Ci potem zdać sprawę z wszystkiego, o czym mówiliśmy. Bardzo mi to było potrzebne, świeży pogląd z dołu na ważne sprawy. Góra zmienia podejście i z czasem się zapomina o tym, jak było na dole i że tam też powstają często dobre pomysły.

 

Zabrał mnie na pierwszy wiosenny spacer, było bardzo przyjemnie! Choć tu, na górze, jeszcze zimno, ale słońce już zaczęło swój taniec, pojawiły się przebiśniegi, a wraz z nimi pierwsza zieleń, taka czysta i świeża, ach… I on, widząc ten piękny świat wokół, powiedział jedno zdanie „Ja chcę z Nią spędzić resztę życia.” Tak, tak powiedział! I to znienacka, w pierwszej chwili mnie zamurowało, no bo co tu zrobić z takim wyznaniem, skoro to nie mnie ktoś wyznaje właśnie miłość, tylko w mojej obecności mówi coś niby do mnie, niby do siebie, ale o uczuciu, którym darzy inną osobę. Nie, żeby treść tego zdania mnie jakoś specjalnie zdziwiła, no bo przecież od dawna przypuszczałam, że tak się właśnie sprawy mają, tylko ta sytuacja była dość osobliwa. Wiesz, że zrobiło mi się nawet przez chwilę smutno? Żałosne, wiem, ale cóż, tego się nie kontroluje. No bo mnie nikt…

 

Ale ale, ma być o Was, nie o mnie. Po tym jego wyznaniu zebrałam rozbiegane myśli i mu powiedziałam „Michale, ale Ty wiesz, że to nie ja powinnam o tym usłyszeć, tylko Ona.”  On spojrzał na mnie tak, jakby zobaczył mnie po raz pierwszy (co może wskazywać na to, że jednak powiedział to do siebie, a nie do mnie, jakby nie zdawał sobie sprawy, że stoję obok), stropił się i przyznał mi rację. „Ale wiesz, ja się tak po ludzku boję. Nie tego, że to zły wybór, ale że nie będę dla Niej wystarczająco dobry. Na ile można być pewnym, na tyle wiem, że to Ona. Ale ja? Jaki ja będę za te 10 lat? Czy utrzymam rodzinę? Czy będę dobrym mężem i ojcem? Nie wiem, jak więc mogę wziąć na siebie tak ogromną odpowiedzialność?”.

 

Cienka granica przebiega między tchórzostwem a słusznym strachem, ja bym go jednak postawiła po stronie tego słusznego strachu. Powiedziałam mu, że jego strach jest z jednej strony uzasadniony, z drugiej już mniej. No bo to jest jasne, że kiedy kogoś się kocha, to chce się dla niego tego, co najlepsze, że się o niego boi, troszczy, a i tak nie można mieć pewności, że nigdy się go nie skrzywdzi. I to jest słuszna obawa. Ale przecież kocha się osobę, a nie przedmiot, który jest bezwładny! I ta osoba sama o sobie decyduje, jest za siebie odpowiedzialna— więc jak ona czegoś chce, np. chce być z kimś, to jest świadoma ryzyka i wie, co to wszystko oznacza (na tyle, na ile jest to możliwe, bo jednak w stopniu ograniczonym). Nie można próbować zrzucić wszystkiego na siebie, bo to ani sensu nie ma, ani pożytku nie przynosi. To jest przecież decyzja dwóch osób, które są osobne, tj. samodzielne, w pewnym sensie autonomiczne, potrafią się o siebie troszczyć, są za siebie odpowiedzialne. Poza tym, jak się ślubuje przed ołtarzem, to gratis dostaje się pomoc w tym zadaniu, którego się podejmuje.

 

Trochę mu nagadałam, przyznaję! On był wtedy taki poważny. Na końcu się uśmiechnął i powiedział, że niezłe kazanie mu palnęłam, ja się trochę obraziłam (tak dla zabawy, wiesz), no i wróciliśmy do domu. Jemu uśmiech nie schodził z twarzy. Ja nie wiem, o czym on wtedy tak intensywnie myślał, pewnie przetwarzał moje kazanie, heh. Chyba napiszę książkę „Kazalnice Zofii na każdy dzień”. Taką mam silna potrzebę zbawiania świata. I Wy musicie przez to cierpieć!

 

Odwiedziny były nadzwyczaj udane. Prowadziliśmy jeszcze długie rozmowy, ale pozwolisz, że o tym zamilczę, bo nie będę się powtarzać, jeśli on już Tobie o tym opowiedział, no i kazań na ten czas wystarczy z pewnością. Ja już nie mam wątpliwości, co się wydarzy w najbliższym czasie (no, może trochę dalszym, ale to zależy od tego, co dla kogo jest bliższe, a co dalsze) i już się na to cieszę! Bo ten smutek, który się wkradł we mnie podczas tamtej rozmowy, szybko uciekł i ustąpił miejsca radości. To naprawdę wspaniałe, że macie siebie, a ja mam Was:-).

 

Przez tę wizytę Michała tęsknię za Tobą jeszcze bardziej. Musisz i Ty zawitać na Górę! Popatrzymy razem w gwiazdy, w mieście nie widać ich prawie wcale, a tu masz je jak na dłoni. Wtedy będzie żywa mowa, a nie tylko pisanina.

 

Czekam niecierpliwie na Twój list,

 

Twoja Zofia

Tagged under
  • mezczyzna
  • slub
  • zareczyny
Więcej…
środa, 29 lutego 2012 08:02

List szósty

Published in .:BLOG:. Opowieści z Czarodziejskiej Góry Napisane przez Monika Proszak
List szósty

Czarodziejska Góra, 25 II 2012

 

Droga moja Przyjaciółko!

 

Smutno się zrobiło tu u nas, w górze. Deszcz zmył cały śnieg, po bieli i zdrowym dystansie nie ma już śladu. Na dodatek znów zawitała do nas śmierć. Pamiętasz, opowiadałam Ci kiedyś o pani Julianie, która mieszkała w pokoju pode mną. No właśnie, mieszkała.

 

Jak wiesz, u nas o śmierci zwykle mówi się mało, a pogrzeby są zawsze robione „po cichu”. Tym razem miało być tak samo, ale okazało się, że przyjechało na ten pogrzeb mnóstwo ludzi z dołu i nie sposób zachować dyskrecji. Cała wspólnota religijna przybyła na górę, bo pani Juliana była Świadkiem Jehowy. I ja postanowiłam wziąć udział w pogrzebie i pomodlić się za Jej duszę. Ceremonia była bardzo dziwna, nieco odrealniona: może z tego powodu, że trudno mi było uwierzyć, że osoba, z którą niejedną kawę wypiłam przy śniadaniu, już nigdy ze mną nie porozmawia. Pewnie mi powiesz, że powinnam się już dawno była przyzwyczaić do takich sytuacji. Do tego jednak trudno się przyzwyczaić,przejść nad tym do porządku dziennego, zwłaszcza mając 23 lata i całe życie (daj Boże) jeszcze przed sobą!

 

Realności całemu obrzędowi dodatkowo odbierała ilość ludzi i ich zachowanie. Za życia nigdy tak tłumnie do pani Juliany w odwiedziny nie przybyli. Poza tym, jacyś mało smutni byli. Ubrani bardzo kolorowo, prowadzili rozmowy ściszonym głosem w kondukcie pogrzebowym, a tematyka bynajmniej nie tyczyła się śmierci. Zdziwiło mnie to, zwłaszcza odnosząc ich zachowanie do zachowania ludzi na pogrzebie katolickim. Niby człowiek powinien wtedy trzymać się nadziei na życie wieczne, ale kiedy odchodzi ktoś bliski, nie sposób odpędzić od siebie żalu czy smutku i wprowadzić się w nastrój radosnego oczekiwania na spotkanie w niebie. Rozum wie jedno, uczucia robią swoje, ale to przecież naturalne w takich okolicznościach. W ich oczach nie było smutku, troski o duszę zmarłej. Rychło okazało się, dlaczego.

 

Ktoś kazał się ustawić niedaleko grobu, starszy zboru wziął mikrofon i zaczął przemawiać. Powiedział kilka dobrych, ciepłych słów o pani Julianie, podkreślając na koniec, że najważniejsze było to, że „40 lat temu zaczytała się w Biblii, poznała prawdę”. I zaczął się wykład na temat m. in. rozumienia śmierci czy sądu ostatecznego przez Świadków. Ja w tym czasie odmawiałam różaniec, słowa przemawiającego jednak do mnie dochodziły. Cytował Pismo, opowiadał, że zauważył na cmentarzu wiele napisów typu „pokój duszy zmarłego”, ale że to są jedynie słowa, które proponuje zakład pogrzebowy, bo przecież dusza po śmierci umiera, nie ma świadomości, nie ma czucia, człowiek istnieje tylko w pamięci Boga. Jakie było moje zdumienie, jak to usłyszałam! Może to dlatego na ich twarzach nie malował się smutek? Bo nie trzeba troszczyć się o los duszy po śmierci, bo ona tego losu po prostu nie ma…

 

Moje zdumienie jeszcze wzrosło, kiedy została przedstawiona wykładnia sądu ostatecznego. Mianowicie nie jest tak, że człowiek jest sądzony za to, jaki był na ziemi. Śmierć gładzi wszystkie grzechy, Bóg daje każdemu taką samą szansę. (Kolejny powód, żeby się nadto nie smucić!) Człowiek, wskrzeszony (z pamięci Boga, jak rozumiem, skoro i ciało, i dusza podlegają unicestwieniu) przez Boga, sądzony będzie z tego, jak się zachowa po zmartwychwstaniu. Tak jest sprawiedliwie. Trzeba przyznać, osobliwa wykładnia sprawiedliwości. Po wykładzie nastąpiło odmówienie krótkiej modlitwy i odśpiewanie dwóch pieśni; pieśni oczywiście były mi nieznane, bo niby skąd. Poczułam się wtedy bardzo obco. Nie należałam do kręgu tych ludzi, mimo że tak jak oni, przyszłam pożegnać panią Julianę. Wszyscy byliśmy zbici w ciasną grupę, a jednak dzieliła nas ogromna przepaść. Przepaść światopoglądowa, religijna, modlitewna. Nie było żadnego poczucia wspólnoty w takim smutnym momencie. Dziwne, prawda? Ich religia nie jest tak bardzo odległa od naszej, a jednak różnice są tak wyraźne, że trudno się z nimi pogodzić.

 

Starszy zboru podziękował nam za obecność, ja wróciłam do siebie, reszta pewnie zjechała w dół. Dźwięczały mi tylko w uszach słowa przemawiającego: „wracając do domu, i wy możecie umrzeć. Może was przejechać samochód, możecie wpaść pod tramwaj, poślizgnąć się na kamieniu i spaść ze szlaku.” Trzeba przyznać, potrafił pocieszyć najbliższą rodzinę po stracie. Ech.

 

Życie jest takie krótkie… Niby każdy to wie, ale kiedy uczestniczy się w pogrzebie, nagle ta wiedza staje się bardziej namacalna. Od razu człowiekowi odechciewa się prowadzić bezsensowne kłótnie, wzbudzać sprzeczki, etc. Uczucia do moich przyjaciół nagle też przybrały na sile, od razu pomyślałam o Tobie, o Michale. Brakuje mi tu Ciebie. Przyjedźcie do mnie! Zobaczycie na własne oczy Czarodziejską Górę. Niedługo zacznie się wiosna, może wtedy? Zobaczysz, jak tu wtedy będzie pięknie! Przywitać moja pierwszą wiosnę na górze z Tobą, to by było coś!

 

A jak się u Ciebie sprawy mają? Ostatnio coś mało pisałaś, wiem, że sesja Ci spędzała sen z powiek, ale bez przesady, nie jesteś już na pierwszym roku, żeby tak się przejmować. Czekam zatem na więcej w następnym liście. I koniecznie na sprawozdanie z wyjazdu na narty! Zazdroszczę Ci jazdy białego szaleństwa, szczególnie tego kuligu w zaśnieżonej dolinie! Poznałaś jakiś fajnych ludzi? Czy moja pozycja najlepszej przyjaciółki jest zagrożona?;)

 

Pozdrawiam Cię serdecznie z góry i czekam na gołębia pocztowego (w ostateczności może być zwykły listonosz),

 

Twoja Zofia

Tagged under
  • smierc
  • wiara
Więcej…
środa, 15 lutego 2012 09:26

List piąty

Published in .:BLOG:. Opowieści z Czarodziejskiej Góry Napisane przez Monika Proszak
List piąty

Czarodziejska Góra, 10 II 2012

 

Droga moja Przyjaciółko!

 

Straszne mrozy nastały tu u nas, na górze. Wreszcie opanowałam technikę okrywania ciała przed zimnem i mogę napisać do Ciebie ze słonecznego jeszcze tarasu!

 

Widok mam przed oczami osobliwy: góry całe pokryły się milczeniem, wszystko wokół jest takie tajemnicze i budzące z jednej strony niepokój, z drugiej— ukojenie. To ta swoista gra, jaką góry prowadzą z człowiekiem. Wołają ku sobie, a jednak uczą pokory, odpychają w najmniej oczekiwanych momentach. Zupełnie tak, jak ludzie, chciałoby się powiedzieć. Ale to już inna bajka.

 

Klimat u nas wciąż wymagający, człowiekowi wydaje się, że już się przyzwyczaił, a tu nagle chwyci taki mróz i na nowo trzeba ustalać swoją rutynę. Na dole pewnie też wielka zima? Już widzę te zatłoczone miejskie autobusy, wiozące przemarzniętych pasażerów… Zima w mieście— nie zazdroszczę. Choć pod śniegiem nawet najbardziej zszarzałe miasto nabiera koloru. Biel wszystko wygładza.

 

Ta cisza wokół wkrada się do wewnątrz, wypełnia każdą komórkę mojego ciała i umysłu. Inaczej patrzy się na wszystko, jakby to powiedzieć… chłodniejszym okiem? Tak też myślę o Tobie i o Michale, o tej całej sytuacji. I zastanawiam się, czy on nie jest zwykłym tchórzem! Tak bez owijania w bawełnę, bez tych teorii wyjaśniających, usprawiedliwiających. Może jest po prostu tchórzem i boi podjąć się takiego odpowiedzialnego zadania, jakim jest założenie rodziny, wejście w związek małżeński. Bo to jest trudne i trzeba mieć w sobie wiele nadziei, wiele wiary, miłości. Stach przed porażką, przed niesprostaniem wymaganiom może paraliżować. To bardzo ludzkie uczucie: strach. Ale od tego człowiek dostał rozum, żeby nie powodować się jedynie uczuciami, żeby rozpoznać, kiedy warto zaryzykować. Zaraz przypomina mi się Pascal i to ryzyko, jakim jest wiara. Przełóżmy analogię z ważeniem racji „wierzyć czy nie wierzyć” na Waszą obecną sytuację.

 

Na jednej szali: życie we dwoje bez przysięgi małżeńskiej przed Bogiem (a ileż można być tylko czyjąś dziewczyną?), ze zobowiązaniem, ale jednak „nieprzypieczętowanym”, bez większej pewności, że tak już będzie zawsze; wspólne sprawy, ale jednak nie do końca, bo nie ma jeszcze przejścia od „ja”, „ty”, do „my”, zamiany „mojego czasu” na „nasz czas”; radość bez dopełnienia; z drugiej strony: w przypadku niepowodzenia rany nie są tak dotkliwe jak wtedy, kiedy człowiek komuś zawierzy w zupełności; brak tak wielkiego ryzyka, to i mniejsza strata „jakby co”; mniej ciążących obowiązków.

 

Na drugiej: sakramentalne „tak” i wszelkie „przywileje”, które z tego wypływają, większa pewność (co oczywiście nie znaczy, że zupełna), pełniejsza miłość, radość… krótko mówiąc: więcej „przywilejów”, ale też więcej obowiązków, więcej radości, więcej możliwego smutku.

(Swoją drogą to bardzo interesująca zależność: wzrost możliwej radości powoduje wzrost możliwego smutku, tego typu przeciwieństwa wydają się wzrastać proporcjonalnie, a nie wprost proporcjonalnie. Warte to przemyślenia i głębszego zbadania.)

 

Dwie szale, a wybierać trzeba, tertium non datur (trzecim wyjściem mogłoby być rozstanie, ale to właśnie nie wchodzi w grę, jak rozumiem). Mniejsze ryzyko i mniejsza radość, czy większe ryzyko i większa radość? Albo-albo. Brak wyboru też jest wyborem, wiadomo.

 

Ciekawe, co by zrobi Michał, gdyby stanął przed tym albo-albo? Coś podejrzanego jest w pomyśle, żeby go przed takim albo-albo postawić wbrew jego woli. To chyba jest tak, że człowiek musi pozwolić „przyjść” do siebie takiej alternatywie rozłącznej, musi mu się ona jakoś „objawić”, jakkolwiek to brzmi. Kiedy gotowa zostanie podsunięta pod nos, myślę, że nie będzie niosła ze sobą takiej siły perswazyjnej, jak wtedy, gdy się samemu ją odkryje. Ale ileż można czekać na takie „objawienie”? Jak pogodzić ze sobą racje dwóch osób w tak osobliwej materii? Nie mam pojęcia.

 

Tak poza wszystkim, wydaje mi się, że na mężczyzn argument z tchórzostwa zazwyczaj działa; sprzeciw „ja? tchórzem?!” mobilizuje do działania, a jak człowiek zaczyna działać, to nowe możliwości same się zjawiają, poszerzają się horyzonty myślenia.

 

Także możliwe, że pokochałaś tchórza. Możliwe też, że nie, a ja zbyt upraszczam. Ale jak to mówią „w każdym żarcie jest trzy trzecie prawdy”, w każdym sądzie choć kropelka prawdy, więc coś jest na rzeczy.

 

Zapatrzyłam się na góry i zgubiłam wątek, myśli mi gdzieś uciekły. Przesyłam więc dla Ciebie i dla Michała dużo ciepła, choć stąd łatwiej posłać bryłę lodu.

 

Trzymaj się ciepło,

Twoja Zofia

Tagged under
  • dylematy
  • narzeczenstwo
Więcej…
niedziela, 15 stycznia 2012 20:10

List czwarty

Published in .:BLOG:. Opowieści z Czarodziejskiej Góry Napisane przez Monika Proszak
List czwarty

Czarodziejska Góra, 12 I 2012

Droga moja Przyjaciółko!

 

Uczenie się własnej niemocy nadal jest dla mnie szalenie męczące. Nie dość, że męczę się chorobą, to jeszcze samą sobą. Zastanawiam się, skąd bierze się taki mocny opór wobec przyjęcia własnej słabości. Myślałam, że po prostu z tego, że człowiek chciałby się widzieć jako silny i wszechmocny, że pycha tutaj daje o sobie znać, a pokora jest trudna do udźwignięcia. Teraz już nie jestem tego taka pewna. Może gdzie indziej jest pies pogrzebany.

 

Tak sobie myślę, że człowiek wciąż jest zanurzony w głębokim poczuciu winy przez to, kim jest, jaki jest. Bo ciągle mu się wmawia, że powinien się doskonalić, że jeszcze nie zasługuje na miłość, podziw, bo wciąż jest zbyt „przeciętny”, nie dorasta do ideałów, nie potrafi sobie poradzić z tym i z tamtym. Ja nadal żyję w takim poczuciu— powinnam siebie przekształcać, powinnam stawać się lepsza, mądrzejsza, silniejsza, etc. etc. I o ile w samych tych dążeniach nie ma niczego złego, tj. bez nich człowiek osiadłby na laurach i leżał tylko do góry brzuchem, to jeśli zaczynają nam one przesłaniać rzeczy ważniejsze lub bardziej podstawowe, to mamy problem.

 

Ja mam problem. On wydaje się być banalny, choć myślę, że skoro wielu na niego choruje, to chyba aż taki banalny nie jest. Problem z czym? Z akceptacją samego siebie. Z tym, co Nietzsche nazywał „wybaczeniem sobie samego siebie”. Z powiedzeniem sobie wielkiego „tak”. Z pogodzeniem się z tym, jaki się ma charakter i że jest się takim a nie innym człowiekiem. Stąd rodzi się frustracja, zniechęcenie sobą i wieczne niezadowolenie z siebie i ze świata, z innych ludzi. I niemożność pogodzenia się z własnymi słabościami. Może, paradoksalnie, pokora oznacza przyjęcie siebie w całości. Odpuszczenie sobie, ale nie w sensie „jestem doskonały i palcem już nie kiwnę”, ale w sensie „kocham siebie i będę traktował siebie jak swojego przyjaciela”.

 

Spróbuj stanąć przed lustrem i powiedzieć „kocham Cię”. Ja na samą myśl mam odruch ucieczki. Dlatego zaczynam małymi kroczkami oswajać się ze sobą. Mam przeczucie, że takie przyjęcie siebie nie prowadzi do zaprzestania pracy nad sobą, ale że jest jej warunkiem. Ja mam siebie zaakceptować i powtarzać sobie Psalm „Dziękuję Ci Panie, żeś mnie tak cudownie stworzył”, i dać się poprowadzić. Dać sobie możliwość bycia prowadzonym przez kogoś (Kogoś?) innego.

 

Wiesz, teraz jeszcze bardziej zaczynam być przekonana do stwierdzenia, że Twoja frustracja z powodu opóźniających się oświadczyn wynika z braku pogodzenia się ze sobą. (Choć z drugiej strony może to być nieuzasadniona projekcja moich problemów na Ciebie.) Wyznaczasz sobie swoje cele i chcesz je wypełniać, co jest przecież działaniem racjonalnym. Ale przy okazji projektujesz sobie siebie inną od tej, którą jesteś, jakąś „lepszą wersję” siebie, taką, która ma już męża, zakłada rodzinę. Tak sobie myślę, że dopóki się sama ze sobą nie pojednasz, to  nie stworzysz prawdziwej bliskości. Może i Michał wciąż zastanawia się nad tym, kim jest, jaki jest i dopóki się tego nie dowie, nie chce wchodzić w małżeństwo. Kiedyś usłyszałam, ze dopóki nie staniemy się bytami odrębnymi, samodzielnymi, umiejącymi przebywać sami ze sobą, nie będziemy potrafili wejść w prawdziwą relację ani jej stworzyć.

 

A my tak lubimy pogrążać się w poczuciu winy, pozwalać innym je sobie narzucać. Ja bardzo chciałabym się go pozbyć, wciąż mi nie wychodzi. Popatrz, nadal chcę się wy-doskonalać, zamiast powiedzieć sobie „basta”. Ja wiem, że Tobie i Michałowi wszystko się ułoży, ale na to potrzeba czasu. Tak jak i mnie potrzeba czasu, aby się ze sobą poukładać.

 

Proszę, nie traktuj moich słów jak pouczeń. Ja w gruncie rzeczy sama siebie pouczam, pisząc do Ciebie. Zastanawiam się, jak dobrze odnaleźć siebie w życiu, w świecie. Na razie wydaje mi się, że chodzi o zastosowanie taryfy ulgowej wobec siebie i świata. Zobaczymy, co stanie się, kiedy wprowadzę to w życie. Przepraszam, ze tym razem tak wiele było o mnie. Wynikło to z potrzeby chwili. Obiecuję następnym razem więcej czasu poświęcić Tobie.

 

Tymczasem bywaj zdrowa,

 

Twoja zagubiona Zofia

Tagged under
  • akceptacja
  • samotnosc
  • przyjazn
  • slub
  • milosc
Więcej…
środa, 28 grudnia 2011 11:10

List trzeci

Published in .:BLOG:. Opowieści z Czarodziejskiej Góry Napisane przez Monika Proszak
List trzeci

Czarodziejska Góra, 27 XII 2011

 

Droga moja Przyjaciółko!

 

Czuję się trochę winna, że ostatnio tyle Ci nagadałam. Choroba ciała spowodowała gorączkę duszy i stąd to wszystko. Nie chcę w tym miejscu unieważniać moich ostatnich słów. Wybacz, jeśli były zbyt dosłowne, zbyt udziwnione. Czasem mam wrażenie, jakby moja refleksja nad światem odrywała się od świata i zaczynała istnieć sama dla siebie. Stąd możesz odbierać moje słowa jako „kazanie”, „pouczenie”, za co przepraszam. Ja nie chcę nikogo nawracać, czasem mój umysł po prostu zaczyna chorować bardziej niż zazwyczaj i piszę wtedy w patetycznym tonie, nieprzystającym zupełnie do naszej relacji.

 

Z takich zawiłości myślowych można łatwo zawrócić, jeśli nagle gorączka skacze i trzeba się wtedy koncentrować tylko na swoim ciele, bo wysyła sygnały, których nie sposób zignorować.  Wiesz, że tu w górze, skok temperatury jest czymś szlachetnym? Masz gorączkę, znaczy jesteś usprawiedliwiony, że tu jesteś, należy Ci się opieka, szacunek do twojej osoby. Oczywiście, nie wszyscy tak do tego podchodzą; są pewni rebelianci, którzy w cierpieniu nie dopatrują się niczego szlachetnego. Ty się skłaniasz ku twierdzeniu, że cierpienie jest sensowne, że wszystko jest „po coś”. Ja wciąż nie wiem, jak jest. Czy istnieje taka granica cierpienia, kiedy człowiek przestaje już być człowiekiem? Czy jednak nic nie jest w stanie odebrać mu jego człowieczeństwa? Czy człowiek jest mniej człowiekiem, kiedy nie może sam o sobie już stanowić, decydować? Jedno wiem: choroba, cierpienie, uczą pokory. Człowiek często jest zbyt dumny, żeby przyjąć pomoc od innych osób. Kiedy uznaje swoją kruchość i niedostatki, rozumie, że sam sobie nie poradzi, że powinien współdziałać z innymi, ze czasem musi wydać się w ich ręce. Uczę się tego powoli, uczę się przyjmować pomoc.  Okazuje się, że to wcale nie jest takie proste! To ja zawsze innym pomagałam, i to było paradoksalnie łatwiejsze; mogłam wtedy myśleć o sobie jako tej, która była silna, miała dużą moc stanowienia, przeprowadzania zmian w świecie. Przyjmowanie pomocy to uznanie swojej słabości. Trzeba dużego wysiłku woli, żeby przyznać to przed sobą, jednocześnie nie pogrążając się w myśleniu o sobie w kategoriach „gorszości”, uniżenia. Wiele mnie to kosztuje, przyznaję szczerze.

 

Nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy  z Michałem! Że to właśnie o to chodzi! Nie zazdroszczę Ci wyboru, przed którym stajesz. Chociaż nie, trzeba to powiedzieć inaczej: może to wcale nie jest Twój wybór? Dostrzegam pewną analogię w tym, co się z Tobą dzieje, a tym, co dzieje się ze mną. Bardzo byś chciała, żeby Michał wreszcie Ci się oświadczył i jest to dobrze uzasadnione: jesteście razem już tyle czasu, wiele razem przeszliście, a nade wszystko— dobrze Wam razem. Michał się nie spieszy; z jednej strony by chciał, z drugiej— najwyraźniej jeszcze w nim to nie „dojrzało”. (Na pewno pamiętasz takie sytuacje, że nie mogłaś wybrać pomiędzy dwoma alternatywami, aż nagle wybór stawał się jasny i oczywisty. Musiało zajść co w świecie, w Twoim wnętrzu, żeby wszystko stało się proste; musiał pojawić się nowy kontekst.) A jest to bądź co bądź tak poważna decyzja, że nie można jej podjąć na zasadzie „hop i już”, bezmyślnie. A Ty pytasz: rozumiem, ale jak długo można się zastanawiać?  Na razie widzę to w ten sposób: możesz postawić go przed alternatywą— oświadczasz mi się albo kończymy nasze bycie razem — lub uznać to, że w tym momencie nie wszystko od Ciebie zależy, czyli nauczyć się pokory, tak jak i ja się jej uczę. Pierwsze rozwiązanie jest pociągające, bo może łatwo odsłonić grunt, na jakim stoisz; wreszcie wszystko stanie się jasne, będzie „tak” lub „nie”. Drugie jest trudniejsze, ale mam wrażenie, że lepiej poprowadzi Cię do celu.

 

Przemyśl to, proszę, i napisz, co o tym sądzisz. Ja też się będę do tego przymierzać, szukać jakiegoś rozwiązania. Choć decyzja jest oczywiście Wasza; nie moja, nie Twoja, nie Michała, ale właśnie Wasza.

 

Czekam na Twój list,

 

Twoja Zofia

Tagged under
  • przyjazn
  • zakochanie
  • choroba
Więcej…
środa, 07 grudnia 2011 05:05

List drugi

Published in .:BLOG:. Opowieści z Czarodziejskiej Góry Napisane przez Monika Proszak
List drugi

Czrodziejska Góra, 6 XII

 

Droga moja Przyjaciółko!

 

I po co ten krzyk na moje słowa? Przecież wiesz, że emocjami mnie nie przekonasz, co najwyżej porządnymi argumentami. Piszesz, że czas wolny bywa wybawieniem? Ależ ja nie przeczę, że może być zbawienny dla niektórych; ja tylko grzecznie zaznaczam, że dla mnie nie jest. Odpoczynek, wytchnienie… Tu masz rację. Ale czas wolny jest odpoczynkiem wtedy, kiedy człowiek potrafi zahamować ten strumień myśli, który jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pojawia się w umyśle z chwilą, kiedy przestaje się wykonywać swoją pracę. A jeśli Ty potrafisz się nim cieszyć, to znaczy, że jesteś bardziej poukładana wewnętrznie niż ja. Ja potrafię jedynie komplikować swoje myślenie zamiast je upraszczać (co przekłada się bezpośrednio na jakość mojego życia).

 

U mnie znów wszystko wywróciło się do góry nogami, tj. wreszcie naprawdę zrozumiałam, co oznacza fakt, że jestem tutaj, w górze. Musiałam przewartościować wszystko i spojrzeć prawdzie w oczy: zdrowie jest na pierwszym miejscu. Jest przecież koniecznym warunkiem możliwości działania w świecie, więc bez niego trudno o cokolwiek. (Zawsze można przedefiniować zdrowie tak, żeby włączyć w nie część czynników chorobowych.) Człowiek goni cały czas - w tak zwanym codziennym życiu - i w ogóle nie myśli o „warunkach możliwości”, bo i po co, skoro one są dane - człowiek jest zdrowy. Ale pewnego dnia coś zaczyna się psuć, coraz bardziej i bardziej, i trzeba iść do lekarza. Jednego, drugiego, aż w końcu wysyłają człowieka tutaj, w górę. I trzeba się skupiać na swoich płucach, oskrzelach, dbać o swoje ciało, aby pozwalało nam funkcjonować. Tak, człowiek faktycznie jest tą myślącą trzciną. Póki jest zdrowy, potrafi pięknie myśleć. Kiedy zaczyna chorować, pozostaje mu tylko bycie trzciną - mały podmuch wiatru potrafi go złamać. Potrzebuje pomocy z zewnątrz, żeby się podnieść. Ja mam tendencję do patrzenia na człowieka jako „najwspanialszy cud natury”, ale trzeba skonfrontować się z rzeczywistością choroby i jakoś ją do tego określenia odnieść. Czy choroba odbiera człowiekowi jego cudowność? Czy - jak to mówią - cierpienie uszlachetnia? Kiedy męczy mnie kaszel skłaniam się ku odpowiedzi „tak” na pierwsze pytanie; kiedy „w środku” zapanuje spokój, myślę raczej o drugiej opcji. Kontekst jednak zmienia wszystko, a mówiąc trywialnie: „punkt widzenia zależy od punktu siedzenia”. Absolutnej odpowiedzi więc póki co nie znalazłam, chętnie wysłucham Twojej opinii.

 

Moja Droga, wydaje mi się, że coś kręcisz. Z jednej strony piszesz, że z Michałem Ci się układa świetnie, a z drugiej wyczuwam jakąś dziwną nutkę w Twoim liście. Jakiś smutek, zdezorientowanie, niepewność. O co chodzi? Dopóki mi nie napiszesz wprost, będę skazana na domysły, a jak wiemy, nadmierne myślenie nie sprzyja zdrowiu, etc. Michał dostał stypendium na ten rok studiów, robi to, co lubi, więc tu raczej pies nie jest pogrzebany. Widujecie się bardzo często, dba o Ciebie (przynajmniej tak twierdzisz). Kochana, pamiętaj - szczera rozmowa jest (prawie) zawsze najlepszym rozwiązaniem na wszelkie problemy. Jeśli się nie rozmawia, traci się porozumienie - to brzmi jak truizm, warto go jednak przytoczyć, bo często boimy się rozmawiać, a przecież rozmowa jest warunkiem możliwości wyjścia z trudności! (Coś dziś dużo o tych „warunkach możliwości”…). Powtórzę raz jeszcze: napisz do mnie o tym, co Cię gnębi, a może a nóż widelec znajdę jakieś rozwiązanie albo chociaż jakąś wskazówkę? Spojrzenie z zewnątrz często ułatwia analizę sytuacji (może znów panikujesz bez przyczyny).

 

Ciało moje choruje, duch ma więc lekką gorączkę, zobaczymy, jak sytuacja się dalej potoczy. Nabieram powoli dziwnych przyzwyczajeń - tj. tutaj moje zachowanie jest jak najbardziej w granicach normy, ale norma „z góry” nijak ma się do tej „z dołu”. I znów: kontekst wszystko zmienia!

 

Bądź dzielna, uważaj na kontekst, czekam na Twój list.

Zofia

Tagged under
  • zakochanie
  • dialog
Więcej…
czwartek, 24 listopada 2011 07:21

List pierwszy

Published in .:BLOG:. Opowieści z Czarodziejskiej Góry Napisane przez Monika Proszak
List pierwszy

Czarodziejska Góra, 20 XI 2011

Droga moja Przyjaciółko!

 

Czas tu na górze płynie zupełnie inaczej i nawet się nie zorientowałam, że tak długo nie odpisuję na Twój list. Dlatego spieszę z nadrobieniem zaległości. Wróciłaś na uczelnię po urlopie, powiadasz? I narzekasz na koniec wakacji? Moja Droga! Ja myślę, że z powodu końca wakacji to raczej należy się cieszyć! Nie, nie przesłyszałaś się. Widzisz, patrząc z góry nabiera się na sprawy z dołu zupełnie innego poglądu — do tego stopnia, że tak zwany „czas wolny” zaczyna jawić się jak przekleństwo!

 

Już spieszę z wyjaśnieniami. Moje wakacje trwały 2 miesiące zanim skierowano mnie tutaj. Jak prawdziwe błogosławieństwo przyjęłam regularny tryb życia, który wyznaczają tu pory wspólnych posiłków. Wreszcie wszystko stało się poukładane, wszystko na swoim miejscu; porządek niekwestionowalny. A wcześniej? Ech. Czas wolny. Wolny, czyli do mojego rozporządzenia, do ciągłego decydowania: co dalej, jak i gdzie i z kim i dlaczego tak, a nie inaczej. I do decydowania  o co tak właściwie mi w życiu chodzi, bo chyba nie o marną wegetację, prawda?

 

Jako dziecko uwielbiałam wakacje, zawsze z utęsknieniem czekałam końca szkoły — jak chyba każdy z nas. Bo to był czas bez-troski, czas zabawy, no i najważniejsze — nie trzeba było wstawać rano i spieszyć na lekcje. Nawet nie wiem, kiedy sytuacja zaczęła być zgoła odwrotna i z czasu bez-troski wakacje stały się czasem troski, nadmiernej zresztą. Od tej pory w każdym razie zaczął się powtarzać taki sam scenariusz: kiedy rok akademicki chylił się ku końcowi, wiesz, egzaminy i te sprawy, niedospany człowiek marzył o tym, aby wreszcie położyć się do łóżka, wyspać; albo zamienić aktywność umysłową na wycieczki po górach, wieczory przy ognisku z przyjaciółmi. A kiedy sesja była zakończona, indeks zdany i wszystkie te wyczekiwane sprawy nadchodziły, człowiek fizycznie odpoczął, świat nagle zmieniał barwy na szarobure zamiast na słoneczne. Bo za dużo czasu wolnego i nagle trzeba myśleć o wszystkim o wiele za wiele. Nic nie rozprasza uwagi, nie trzeba się koncentrować na przygotowaniu się do zajęć, można kontemplować ciszę. Zapytasz, co w tym takiego strasznego? Moja droga! Wszystko, a najbardziej to, że wtedy słyszy się siebie i widzi się siebie, a taki obraz często ciężko znieść.

 

Już widzę Twoją minę na te moje słowa i niezgodę na to, że czas wolny jest stanem niepożądanym. Wiesz, może są ludzie, którzy potrafią ze sobą w ciszy długo wytrzymać. Ja nie potrafię i muszę to wreszcie przed sobą przyznać. Mimo, że narzekam na codzienne obowiązki, są mi one w gruncie rzeczy wybawieniem. Bo wtedy myślę „tak akurat” i tylko czasem się zapędzę na jakieś manowce, które bynajmniej nie są cudne, jak chciał Stachura.

 

No ale dość o ciemnych stronach ludzkiej egzystencji. Tutaj mi dobrze, ktoś nadaje ramy moim myślom i dniom, nie martw się więc o mnie i nie tęsknij za bardzo, bo mi się tam na dole, Kobieto, zmarnujesz! A przecież musisz być dzielna i zmagać się ze studiami. Sama sobie takie wybrałaś i teraz ani się waż narzekać! Co z tego, że wciąż jest chaos, zobaczysz, lada dzień się wszystko uspokoi i wpadniesz w rutynę roku akademickiego. Myśl ciepło o mnie i dbaj o swojego chłopaka, zwłaszcza teraz, jak zaczyna doktorat i potrzebuje wsparcia. Michał na pewno sobie poradzi znakomicie, przekaż mu moje gratulacje z okazji tak spektakularnie zdanych egzaminów wstępnych na studia doktoranckie. I nie zrażaj się tym jego marudzeniem, że to wszystko jest bez sensu — jakby tak naprawdę uważał, to by poszedł do pracy, a nie siedział na uczelni.

 

Oho, czas na mnie. Zaraz podadzą obiad, a jak się spóźnię, będzie nietakt. Czekam na wieści ze Stumilowego Lasu. I wcale, wcale mi Ciebie tu nie brakuje i ani trochę nie tęsknię!

 

Twoja

Zofia

Tagged under
  • czas
  • przyjazn
  • kobieta
Więcej…
czwartek, 24 listopada 2011 06:56

Opowieści z Czarodziejskiej Góry

Published in .:BLOG:. Opowieści z Czarodziejskiej Góry Napisane przez Monika Proszak
Opowieści z Czarodziejskiej Góry

Świat „z góry” wygląda inaczej niż „z dołu”— kto czytał Tomasza Manna, z łatwością zrozumie to stwierdzenie. Świat „z góry” to filozoficzny świat autorki listów, które adresuje do swojej Przyjaciółki „z dołu”. Zofia została wysłana „w górę” z powodu swojej choroby i powoli oswaja nową rzeczywistość, w której przyszło jej żyć. Zofia ma bardzo refleksyjne odniesienie do świata, człowieka, samej siebie, co rodzi potrzebę dzielenia się swoimi myślami z Przyjaciółką (bo kto ją lepiej zrozumie, niż jej własna, prawdziwa Przyjaciółka?). Stara się także udzielać Przyjaciółce rad, kiedy ta przeżywa różne rozterki w swoim związku z Michałem, świeżo upieczonym doktorantem. Świat nieustannie dostarcza nowych tematów do rozważań, dziewczyny więc wciąż korespondują, co pomaga im w zmaganiach z rzeczywistością. My poznajemy jedynie część owej korespondencji, tj. listy Zofii.

 

„Opowieści z Czarodziejskiej Góry” to literacko— filozoficzna próba pokazania, jak człowiek zmaga się z własnymi ograniczeniami, myślami, jak odnajduje się w relacjach z innymi ludźmi. Problemy bohaterów listów pozwalają spojrzeć inaczej na nasze własne życie, które przecież prowadzimy „na dole”, czasem posiłkując się kategoriami „z góry”, aby to życie lepiej zrozumieć. Zapraszam w podróż na Czarodziejską Górę!

Więcej…

Główne działy

  • Ona&On
  • Relacje
  • Rodzina
  • Blogi
  • Dobra Strefa
  • Forum
  • Kontakt

Blogi

  • Z pamiętnika Księżniczki
  • Z rycerskiego szlaku
  • Dziennik pokładowy
  • Antykoncepcyjne dylematy
  • Dei Verbum
  • Między nami
  • Kuźnia Miłości
  • Dzień-Dobry-Dzieci
  • Biblio-teczka Malucha
  • Przestrzenie Miłości
  • Super mamą być
  • Piękno kobiety
  • I love USA
  • Przez żołądek do serca
  • Opowieści z Czarodziejskiej Góry

Na skróty

  • Kontakt
  • Mapa strony
  • Reklama
  • Polityka prywatności
  • Rejestracja
  • Newsletter
  • Zaproś nas!
  • Formularze
  • Wesprzyj nas!

Zobacz także

  • Konkursy / Akcje
  • Ślubne-plany
  • NPR jest OK!

Polecane strony

  • Fundacja Rodzin Pełna Chata
  • NPRjestOK!
  • Przymierze Wojowników
  • Czysty SEX
  • Księgarnia i Wydawnictwo Rubikon
  • Projekt KiM
  • NPRjestOK!
  • Ślubne-plany
  • O nas
  • Wydarzenia
  • Linki
Copyright © 2011 Portal za-kochanie.pl



  • Nie pamiętasz hasła?
  • Nie pamiętasz nazwy?
*
*
*
*
*

* Pole wymagane