Krótki lot samolotem, ekskluzywny hotel, wyśmienite jedzenie, kilka zabytków do sfotografowania, a do tego (oczywiście!) słońce, plaża i morze. Wszystko w najwyższym standardzie, dokładnie zaplanowane, zorganizowane odgórnie. Oto współczesna turystyka.
Nie ulega wątpliwości, że w przepełnionym biurami podróży świecie niewiele jest osób, które decydują się wyruszyć w nieznane, bez „zaklepanego” noclegu i umówionego transportu, do miejsc raczej nieatrakcyjnych turystycznie. Wiadomo – nie każdy może być podróżnikiem: nie pozwalają na to chociażby najróżniejsze zobowiązania i więzi, względy zdrowotne, cechy charakteru czy też szereg innych przyczyn. Dla niespełnionych marzycieli pozostaje jednak coś na pocieszenie – relacje innych. Wydają się one tym cenniejsze, im odleglejsze (zarówno przestrzennie, jak i czasowo) miejsca przedstawiają. Oto jeden z takich skarbów.
Marco Polo to przepięknie wydany opis wyprawy trzynastowiecznego podróżnika, który wyruszywszy z Wenecji dotarł aż na tereny dzisiejszych Chin i Indii. A że pokonanie całej trasy zajęło mu nie parę godzin (co zapewne zaoferowałyby współczesne linie lotnicze), a kilka lat, w jego opowieści odnaleźć można zapis wrażeń, jakie wywołały na nim mijane po drodze miejsca oraz ludy z bogactwem poszczególnych elementów ich kultur: zwyczajów, ubioru, architektury, czy gustów kulinarnych – tak odmiennych od europejskich. Jak wiele książek Wydawnictwa Debit, tak i Marco Polo to dzieło, które – dzięki barwnym ilustracjom oraz licznym dodatkom (prezentującym np. wnętrze mongolskiej jurty, działanie łapaczy wiatru, główne zasady buddyzmu, osobliwości Sumatry, czy nawet elementy gry tangram) – rozbudza w czytelniku ducha odkrywcy.
Warto tego ducha rozwijać już u najmłodszych, jeżeli chcemy, by wyrastali na prawdziwych podróżników, a nie tylko poddanych regułom komercji turystów.